Stefania Romer: Pogodnych wspomnień ciąg dalszy

197
Kuzyn Andrzej Romer przyjechał z Belgii. Wybrali się ze Stefanią na Rossę, gdzie również spoczywają ich przodkowie Fot. z rodzinnego albumu

Spotkać się ze Stefanią Romer, ostatnią na Litwie przedstawicielką wielkiego rodu Romerów, zapragnęłam tuż po przeczytaniu jej jakże ciekawej i pogodnej książki pt. „Wspomnienia”. Ukazała się w Wilnie w końcu 2008 r. w wydawnictwie „Scripta manent” pod redakcją Jana Sienkiewicza. Przedstawione na kartkach „Wspomnień” życie ziemiaństwa polskiego na Litwie Kowieńskiej, opisane czasy i wydarzenia są niby dawno minione, jednak odbiera się jako bliskie i tym bardziej interesujące, że bohaterowie tych wydarzeń, a raczej ich potomkowie żyją, chociaż są rozproszeni po szerokim świecie.

Podróż do podwileńskich Wojdat, gdzie mieszka pani Stefania, okazała się krótką i przyjemną. A to za sprawą „latających” co pół godziny do osiedla 16-osobowych mikrobusów, popularnie nazywanych „marszrutkami”. Wysiadam przy ul. Parkowej, naprzeciwko bloku, w którym mieszka autorka „Wspomnień”. Przywitała mnie na progu swego dwupokojowego mieszkania. Drobna, uśmiechnięta i taka miła, serdeczna, gościnna. W zakamarkach mojej dziennikarskiej pamięci zachowała się jej postać. Nie mogłam zupełnie nie znać pani Stefanii: całe 26 lat przepracowała w polskim Agrozootechnikum w Białej Wace, tej sprawnie funkcjonującej ponad pół wieku kuźni specjalistów rolnictwa dla Wileńszczyzny. A w tej placówce wypadało nam, dziennikarzom prasy polskojęzycznej, bywać niejednokrotnie.

Gdy herbata z cytryną została wypita, rozmowa potoczyła się wokół nazwiska Romerów. Pani Stefania powiedziała, że Romerowie należeli do szlachty inflanckiej, saskiego pochodzenia, osiadłej na Litwie w XVI-XVII w. Zapisał się w dziejach rodowych Stefan Romer, rządca dóbr księcia Kettlera w Inflantach (tereny dzisiejszej Łotwy i Estonii — przyp. redakcji). Stefan posiadał znaczne majątki ziemskie. We „Wspomnieniach” czytamy:(…) Król szwedzki Gustaw Adolf zdobył większą część Inflant. Stefan miał do wyboru albo zostać w Kurlandii na swoich majątkach, uznając zabór Szwecji, albo opowiedzieć się po stronie króla polskiego i utracić całe bogactwo. Wybrał to drugie i w 1620 r. uszedł z rodziną do Wilna. Środki materialne wystarczyły mu zaledwie na kupienie małego dworku. Bezwzględna lojalność i wierność Rzeczypospolitej stały się od tej chwili jakby dewizą rodową Romerów, utrzymaną aż do czasów II wojny światowej”.

— Te ciekawe dzieje familijne widocznie zainteresują niejednego czytelnika. Mogą sięgnąć po książkę „Wspomnienia”, którą jeszcze można nabyć w księgarni „Elephas” — powiedziałam mojej rozmówczyni. — Przejdźmy jednak do czasów bliższych. Proszę opowiedzieć o swojej babce po linii ojca, Marii z Romerów, która poślubiła dalekiego kuzyna, też Romera. Mieszkała w rodzinnych Bohdaniszkach, znajdujących się w pobliżu Rakiszek (lit. Rokiškis).

Pani Stefania zamyśliła się. Na jej twarzy malowało się wzruszenie. Zrozumiałam, jak delikatną sprawę poruszyłam. Z książki wiedziałam, że lata 1926-1937 spędziła w Bohdaniszkach, gdzie przyszła na świat w marcu 1926 roku. Właściwie odpowiedź na swoje pytanie znalazłam w książce: „Moja babcia, z Romerów Romerowa, wyrosła w wielkim dobrobycie. Były ich cztery siostry, babcia była najmłodsza, ładna, wesoła. Dom był zawsze pełen młodzieży, na zimę wyjeżdżało się do Wilna, gdzie pradziadek miał duży dom. Mój kuzyn Michał Mieczkowski urodził się w tym domu i przed kilku laty pokazał mi go. To dom nad Wilią, obok biblioteki Litewskiej Akademii Nauk. Był w nim Czerwony Krzyż, a teraz szpital dziecięcy. (…) Póki rodzice żyli i byli bogaci, babcia mieszkała u nich. Ale I wojna światowa zmiotła wszystkie bogactwa i dla babci zaczęły się trudne czasy. Na początku wojny babcia znalazła się w Wilnie, odcięta od Bohdaniszek, bez środków do życia. Była jednak dzielna i dała sobie radę. Wtedy jeździło się końmi, babcia miała powóz i konie, więc wykorzystała powóz jako dorożkę, a sama została dorożkarzem, woziła pasażerów i tak zarabiała na życie”.
W takim epickim stylu opisuje pani Stefania, jak jej babcia po śmierci swoich rodziców i utracie męża mądrze gospodaruje w Bohdaniszkach, bez wątpienia stanowiących dla małej Steni rajski zakątek, jakim w rzeczy samej był.

Po śmierci babci w r. 1936 Stefania zamieszkała w domu swojej mamy Marychny z Narbuttów Romerowej w nieistniejących dziś Szaszewiczach, które tak oto opisuje: „Szaszewicze to rodzinna wieś mamy, w drodze z Kowna do Kiejdan, między ojcowiznami Melchiora Wańkowicza i Czesława Miłosza nad rzeką Niewiażą, koło miasteczka Bobty”.

Zanim jednak zatrzymamy się na nowym, bardziej pochmurnym okresie życia młodziutkiej Steni, wróćmy jeszcze na chwilę do słonecznych Bohdaniszek. Autorka odwiedziła je po raz ostatni w 1943 r., a we „Wspomnieniach” odnotowała: „Kiedy urodziłam się w Bohdaniszkach, było nas dziesięć osób, nasze dwie rodziny —babci i cioci Elwiry — wszyscy byli dla mnie bardzo bliskimi, kochanymi ludźmi. Wszyscy już pomarli, zostałam jedna z tej dużej kochającej się rodziny. Co dzień ich wspominam, myślę o nich z miłością i wdzięcznością, bo miałam z nimi dobre dzieciństwo — i modlę się za ich dusze”.

Michał Pius Romer

Nie możemy jeszcze pożegnać Bohdaniszek, zanim chociaż skrótowo nie wspomnimy rodzonego brata babci Maryni — Michała Piusa Romera, którego imię nosi dziś Wileński Uniwersytet Prawa i Administracji. We „Wspomnieniach” czytamy: „Michała Romera nazywałam wujkiem, bo tak nazywali go moi rodzice, a on był z tego zadowolony, nie chciał być dziadkiem. (…) Pracował jako profesor prawa na Uniwersytecie Kowieńskim. A w ciągu dwóch kadencji, aż do wojny, był tam rektorem.(…) Wujek 40 lat pisał pamiętnik, co dzień jedną stronicę, więc nie opuścił ani jednego dnia i w testamencie napisał, żeby to czytać dopiero 25 lat po jego śmierci. Z tego dziennika można by się na pewno dużo dowiedzieć o naszej rodzinie, ale żona oddała go do biblioteki uniwersytetu, tam w czytelni mają bardzo złe oświetlenie i na moje oczy czytanie niemożliwe”.

Słusznie więc zaznacza się we wstępie do książki, że dzięki temu, iż pani Stefania wzorem dziadka spisała swoje wspomnienia, „otrzymaliśmy cenny dokument epoki, a raczej kilku epok — tej przed i tej powojennej, sowieckiej. A jednocześnie jest to malowany słowem panoramiczny obraz jednego życia, pełen ciepła i niepowtarzalnego uroku”.

Pisząc o Szaszewiczach, Stefania Romer zahacza o miasteczko Bobty (Babtai), dzisiaj prawie przedmieście Kowna, stanowiące teren podmiejskich sadów i ogródków. „W Bobtach było bardzo mało Litwinów — stwierdza autorka — głównie urzędnicy, wioski naokoło polskie, ale większość dzieci szła do litewskiej szkoły. Różne były tego przyczyny — główna ta, że kiedy po odzyskaniu przez Litwę niepodległości wydawano wszystkim nowe paszporty, bez pytania zapisywano narodowość „Litwin”, nawet dla ludzi, którzy nie znali litewskiego języka. Chłopi zwykle godzili się z tym, a potem okazywało się, że kto ma w paszporcie „Litwin”, nie może posyłać dzieci do polskiej szkoły”.

Trzeci rozdział „Wspomnień” jest poświęcony nauce Steni w szkole w Bobtach i polskim gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Kownie. Był rok 1938. Ciekawy, pełen żywych obrazków jest opis nauki i nauczycieli, wspomniana sympatyczna panna Urniażówna, nauczycielka historii Polski, którą późniejsze pokolenia poznały jako założycielkę „Kotwicy”, pierwszego polskiego zespołu w Kownie. Niejednokrotnie pisał o niej dziennik „Czerwony Sztandar”.

Późniejsze wspomnienia są bardzo bolesne, dotyczące lat wojny, mordowania Żydów w Bobtach, Rakiszkach, Kownie. Pierwsze powojenne lata również nie należały do lekkich, ale Stenia w roku 1946 ukończyła gimnazjum i wstąpiła do Akademii Rolniczej na wydział agronomii. Pisze, że chciała mieszkać i pracować na wsi, miasta nie lubiła. Lata studenckie nie były pogodne, nad wszystkimi zawisł strach wywózki na Syberię, doskwierała bieda, żyło się na kartki.

Dla dzisiejszych młodszych pokoleń ciekawy jest opis pierwszych kołchozów, w których studenci mieli praktykę i Stacji Maszynowo-Traktorowych,w których wypadło Steni pracować po ukończeniu studiów w 1952 roku. Trafiła do Szyrwint, a później zamieszkała z mamą w podwileńskich Giedrojciach, z których dobry los w osobie dyrektora Masandowicza, poszukującego w całej Litwie specjalistów rolnictwa, Polaków, zaprowadził ją do technikum agrozootechnicznego w Białej Wace. Po latach Stefania z mamą otrzymała w Wojdatach mieszkanie w nowym budownictwie. Zacieśniły się kontakty z rodziną, zamieszkałą na obczyźnie. Przyjechała do Stefanii jej serdeczna przyjaciółka Maria Korniłłowiczówna, wnuczka Henryka Sienkiewicza. Był to rok 1972.

Bardzo ciekawe są ostatnie kartki „Wspomnień”, gdzie poznajemy wielu Romerów — z Paryża, z Brukseli i wielu innych miast i państw, wreszcie z całej Polski, odwiedzających swoją starą ojczyznę i ukochaną kuzynkę Stenię, która została tu na dobre i na złe i która już będąc na emeryturze udokumentowała dzieje swego rozgałęzionego rodu, nadal wiernego Rzeczypospolitej. Potwierdzeniem tego stało się przekazanie w r. 2007 dla Biblioteki Narodowej w Warszawie bogatego archiwum rodzinnego Romerów o wielkiej wartości naukowej. Szkoda, że nie znalazło się w tym darze pamiętników Michała Piusa Romera, które w Wilnie wciąż jeszcze nie zostały do końca przestudiowane.