Sangiełowszczyzna — Miejsce Pamięci Narodowej

508
Płk dr Zbigniew Wasilewski złożył wieniec przy nagrobku poległych w lutym 1945 r. Fot. Teresa Markiewicz

W ramach programu uroczystości obchodzonych w Miejscach Pamięci Narodowej w Wilnie i na Wileńszczyźnie 1 listopada, w święto Wszystkich Świętych, na cmentarzu w Sangieliszkach (lit. Sangėliškės) przy kaplicy Zniszczyńskich zapłonęły znicze.

Przedstawiciel ambasady RP w Wilnie, attache obrony, wojskowy, morski i lotniczy, płk dr Zbigniew Wasilewski złożył wieniec przy nagrobku poległych w lutym 1945 r. w walce z oddziałem NKWD  20 żołnierzy Samoobrony Wileńskiej AK z oddziału ppor. Czesława Stankiewicza Кomara.

Zbigniewowi Wasilewskiemu towarzyszył Andrzej Andruszkiewicz, wicemer rejonu solecznickiego, na terenie którego znajduje się cmentarz.

W 1998 r. cmentarz został uporządkowany przy pomocy Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Odnowiona została kaplica. Tu pogrzebani są przedstawiciele polskiej szlachty — Franciszek Zniszczyński oraz jego małżonka Monika (z Andruszkiewiczów) Zniszczyńska. Przy kaplicy, na nieczynnym już od dawna cmentarzu, pochowani są w ubiegłych stuleciach mieszkający naówczas w Sangiełowszczyźnie i jej okolicach (Zawiszówka, Dawidowszczyzna, Montwiłowszczyzna, Puciatowszczyzna) przedstawiciele rodzin szlacheckich oraz zwykłych mieszkańców tych okolic.

Do odnowionej przez potomków kaplicy przybyła pielgrzymka piesza Lublin-Wilno-Małe Soleczniki-Sangiełowszczyzna, przekazując obraz z wizerunkiem Matki Boskiej. Odbyła się Msza św., którą celebrował proboszcz parafii w tamtych latach, Józef Narkun, który też poświęcił obraz umieszczony przy ołtarzu.

Franciszek Pawlukowicz przy kamieniu–olbrzymie z rzeczki Кamionki Fot. Teresa Markiewicz

Odtąd co roku z Małych Solecznik do Sangieliszek wyrusza pielgrzymka piesza i odbywa się odpust na św. Bartłomieja. Została odrodzona tradycja sprzed dawnych lat. Obecnie co dwa tygodnie parafianie mają możliwość odmówienia wspólnej modlitwy.

Msze św. celebruje proboszcz parafii Zdzisław Bochniak. Sangiełowszczyzna (obecnie zwana Okolicą) należy do parafii Małych Solecznik.

Przedwojenna Sangiełowszczyzna niegdyś liczyła 14 zaścianków. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko niektóre z nich, gdzie mieszka już niewielu rdzennych mieszkańców. Większość rdzennej ludności wyjechała do Polski albo została deportowana na Sybir. Do Polski w latach repatriacji wyjechali członkowie rodzin Narnickich, Łukaszewiczów, Bortkiewiczów, Kułdoszów, Kutyszów, Stankiewiczów i in.

Jednakże niektórzy pozostali i mieszkają tu do dziś, a są to przedstawiciele rodzin Jagiełłów, Kułdoszów, Radziukiewiczów, Królikowskich. Mieszkali tu także Sławińscy, Siwińscy, Sadowscy, Sikorscy, Wasilewscy, Sawiccy.

Wśród wywiezionych na Syberię był Leon Andruszkiewicz oraz rodzina Paretków. Po wywózce na Sybir, z mienia państwa Paretków korzystał kołchoz, który powstał na tych terenach tuż po wywózkach. W części domu polskich dziedziców urządzono szkołę początkową z polskim językiem nauczania. W tym domu zamieszkała też nauczycielka, przedstawicielka dawnej inteligencji, Florentyna Dąbrowska.

Maria Walentynowicz, której sprezentowano gęsia, hoduje trzodę chlewną Fot. Teresa Markiewicz

Dom Paretków był zbudowany na pagórku, okolony sadem i szkółką, gdzie selekcjonowano gatunki jabłoni. W alejce przed głównym wejściem rosły klony i bzy, były klomby z kwiatami…

Wzdłuż majątku zachowała się droga brukowana, po obu stronach zasadzona, dzisiaj już wieczystymi, lipami. W dolinie, pomiędzy pagórkowatymi wzniesieniami, porośniętymi leszczynami, dębami i in. drzewami liściastymi, wesołym nurtem toczy swe wody, wartko szumiąc i bijąc się o głazy i kamyki, rzeczka Кamionka. Niegdyś słynąca jako szeroko rozlewająca się na wiosnę, a nawet groźna rzeka, która wpada w miejscowości Gaściewicze do Wisińczy.

W toku prac melioracyjnych w latach 80. wydobyto z dna rzeczułki kilka ogromnych głazów i ustawiono je przy żwirowanej drodze przebiegającej przez Sangiełowszczyznę. Dokonał tego z własnej inicjatywy, obecnie już nieżyjący mieszkaniec sąsiednich Budojć, Edward Kratkowski.

Dom Paretków nie zachował się. Po zamknięciu Sangieliskiej Szkoły Początkowej, urządzono tu bibliotekę publiczną, a część domu oddano do użytku ubogiej wielodzietnej rodzinie kołchoźników. Wkrótce stało się nieszczęście i dom spłonął. Dzisiaj spod porośniętej trawą podmurówki zieje paszcza piwnicy oraz widnieją schody centralnego wejścia, pozostałości dawnej okazałości majątku Paretków, a w sadzie pasie się bydło…

Dzieci z teraźniejszych Sangieliszek dojeżdżają do Szkoły Podstawowej w Małych Solecznikach rejsowym autobusem. Obecnie mieszkańcy trudnią się tu uprawą roli, hodowlą bydła oraz trzody chlewnej. Jak opowiedział „Кurierowi” Franciszek Pawlukowicz, były kierownik fermy kołchozowej, obecnie robotnik sezonowy, ferma krów i trzody chlewnej w czasach sowieckich prosperowała i przynosiła dochody gospodarstwu. Mieszkańcy mieli stałą pracę i dobre zarobki.
Obecnie w centrum Sangieliszek niszczeją opuszczone budowle-kolosy i tylko nieznaczna ich część jest wykorzystywana. Maria Walentynowicz, pochodząca z Dziewieniszek, zajmująca się hodowlą trzody chlewnej, zamieszkała tu od niedawna. Powiedziała, że trzoda i chlew należą do byłego przewodniczącego kołchozu „Za mir” („О pokój”), Pawła Griaznowa.

— Ciężko tu. Trzeba harować jak wół, żeby zarobić na przeżycie. Pracujemy bez dni wolnych i świąt. Ale nie można narzekać na pieniądze. Poza tym mąż latem, podczas żniw, pracując na kombajnie, zarobił 10,5 tys. litów. Dobry zapas na zimę — dzieliła się życiowymi troskami z „Кurierem” pracowita kobieta.

Hodowlą krów zajmuje się rodzina Piotra Radziukiewicza. Ich stado liczy ponad 20 sztuk.

Z kolei rodzina Czesławy Moroz hoduje owce i krowy. Pagórkowata miejscowość przydatna jest na pastwiska, więc wypasa się tu bydło na odzyskanych lub dokupionych działkach ziemi.

Zachwycającym faktem jednak jest to, że pomimo różnych kolizji losu Sangiełowszczyzna nie utraciła ani polskości, ani szlachetności, a dowodem tego było całkowicie przypadkowe spotkanie „Кuriera” z rodziną rdzennych mieszkańców wielowiekowej Sangiełowszczyzny — przedstawicielami szlacheckiej rodziny Królikowskich.

O przynależności do szlacheckiego rodu świadczy herb rodzinny. Rodzina opiekuje się grobami poległych żołnierzy AK, jak też odwiedza przy kaplicy w Sangieliszkach groby swoich krewnych i bliskich. Pani Jolanta Ostaszewska, z domu Królikowska, dba nie tylko o groby pochowanych przy kaplicy. Jej czułe serce dba o to, by zachować, nie puścić w zapomnienie tego, co buduje i utrwala tożsamość i szlachectwo. Córka ułana odznaczonego medalami za zasługi, Stanisława Królikowskiego, któremu los wyznaczył ciężką próbę — Katyń. Ocalał, bo był tylko szeregowym. Z Katynia na piechotę wracał do domu. Szedł cały miesiąc.

„Po powrocie nikt nie mógł uwierzyć, że przeżył. Był bardzo wycieńczony…” — wspomina córka Jolanta Ostaszewska. Gdy ożenił się z Walerią Łukaszewiczówną i zamieszkali w folwarku, urodziło im się dziesięcioro dzieci…

Rodzinne grono Jolanty i Józefa Ostaszewskich przy wspólnej kawie. Od prawej: seniorka rodziny Waleria Królikowska, córka Jolanta, prawnuczka Ewa, wnuk Erik, zięć Józef i wnuczka Barbara Fot. Teresa Markiewicz

„Mieliśmy wówczas 60 ha ziemi i lasu. Na szczęście udało się odzyskać ojcowiznę” — opowiada pani Jolanta, która przed 18 laty wraz z mężem Józefem Ostaszewskim, malarzem z zawodu i powołania, będąc już w wieku emerytalnym, powróciła z Wilna. W Wilnie 32 lata pracowała jako księgowa. Wróciła na Sangiełowszczyznę i zamieszkała w rodzinnym domu, by opiekować się już prawie 90-letnią matką Walerią Królikowską, której na stare lata zasłabł wzrok i od kilku lat jest niewidomą.

Córka Barbara z rodziną — mężem Erikiem oraz synem Albertem i córką Ewą — mieszka w Wilnie, ale często odwiedza rodziców. W domu rodzinnym zachował się duch szlachetności. Wiszą obrazy pędzla pana Józefa, którego muzą, należy podejrzewać, zawsze była i pozostaje pani Jolanta, piękna i miła osoba, z którą w małżeństwie przeżyli już ponad 40 lat. Pani Jolanta ma piękny głos, gromadzi śpiewniki i śpiewa piosenki z przedwojennych lat, piosenki ułańskie i wiele innych.
„Gdy zbiera się w domu całe rodzinne grono, to tworzy się spontanicznie kapela!” — żartuje zięć Erik Żelepianis. Rodzina jest muzycznie oraz plastycznie bardzo uzdolniona. Córka Barbara jest muzykiem i plastykiem, gra na akordeonie i maluje obrazy. Ojciec towarzyszy jej na instrumentach strunowych, a wokalistką jest „Słowiczek” — tak nazywana jest pani Jolanta w rodzinie oraz całej okolicy.

Przybyły z Krzemieńca Podolskiego (woj. chmielnickie na Ukrainie), syn organisty rozstrzelanego w latach stalinizmu, Józef Ostaszewski, pokochał pannę Jolantę Królikowską i Wilno, i Sangiełowszczyznę. Ze wspomnień z lat jego dzieciństwa najbardziej pamięta ten straszny głód, kiedy ludzie masowo wymierali.

„Wieś, w której się urodziłem, miała 120 chat. Zawsze panował głód. Tam mieszkała moja matka, która dożyła do 92 lat” — opowiedział pan Józef o sobie. Teraz wspólnie z żoną, będąc emerytami, zajmują się ogrodnictwem, hodują króliki, a w stawie, wykopanym własnoręcznie przez pana Józefa, hodują karpie, pielęgnują stary sad, który niegdyś liczył aż 150 jabłoni. Do kompetencji wyłącznie pani Jolanty należą pszczoły. Dogląda pasiekę i ule nie tylko swoje, ale także sąsiadów, ponieważ mieszkają w prawdziwie rajskim zakątku pośród zieleni, kwitnących krzewów i kwiatów, w ustronnej od zgiełku miejscowości.
Pracowitość to podstawowa cecha wspaniałej i twórczej rodziny Józefa oraz Jolanty Ostaszewskich, jak też wielu innych rodzin. Tu nie zaniedbuje się domów rodzinnych i częste są powroty na ojcowiznę. W Sangiełowszczyźnie przetrwała tradycja i mowa polska bez naleciałości gwarowych…