Nad Wisińczą. Szlakami polskiej szlachty

329
We dworku i dookoła ostatnio dużo się zmieniło, z tej strony rosły kiedyś piwonie Fot. Teresa Markiewicz

Rzeczka Wisińcza, zagubiona wśród rosnącej nad jej korytem olszyny, ma długość około 50 kilometrów. Jej bystry nurt śpieszy do Solczy, potem wody jej płyną Mereczanką przez Puszczę Rudnicką i wpadają do Niemna.

W czystych wodach, w których niegdyś było pod dostatkiem różnorodnych ryb i raków, gnieździło się także mnóstwo ptaków, rzeka służyła wodopojem dla zwierzyny leśnej, często tu odbywały się także łowy, na które zjeżdżała się polska szlachta, mieszkająca w dworkach nad brzegami rzeczki. Niektóre z tych dworków przetrwały wojny i kołchozy. Były to świetne czasy rozwoju i rozkwitu na terenach niegdyś Rzeczypospolitej, a teraz są przypomnieniem dziejów historii.

Premier Andrius Kubilius, odwiedzając rejon solecznicki, na terenie którego płynie Wisińcza, mówił, że rzeczka nadaje się na spływy kajakowe.
Nie tak odległe są czasy, gdy rodziny zamożnej szlachty polskiej w tych stronach przyjaźniły się i utrzymywały ścisłe kontakty towarzyskie. Nad Wisińczą, nieopodal Solecznik, gnieździły się od pokoleń rodziny Mianowskich, następnie Platerów w Małych Solecznikach, Wędziagolskich w Joworowie, Stanisława oraz Jadwigi Brzozowskich w Gaściewiczach, a także Stefana Cierpińskiego w Anuliszkach. Ich majątki graniczyły i tworzyły piękny widok terenu wzdłuż koryta rzeki, która płynie prawie prostopadle do szosy Lidzkiej na północny wschód od Małych Solecznik.

Było to towarzystwo ludzi twórczych i wielce wykształconych, oddanych szerzeniu polskości, wspieraniu i niesieniu pomocy zwykłym ludziom, efektywnie prowadzące swoje majątki i dające ludziom pracę.

Od prawej — pani Jadwiga, dorosły Adam i pan Stanisław Brzozowscy w gronie domowników i przyjaciół... Fot. archiwum

Do państwa Stanisława i Jadwigi Brzozowskich należał majątek Gaściewicze z leśniczówką Straszki i częścią folwarku Rogiszki. Brzozowscy mieszkali w Gaściewiczach (obecnie po litewsku Gaščionys). Wychowywali jedynaka Adasia, mieli też wychowankę Marię. W dworku państwa Brzozowskich poza nianią i kucharką nie było obcych ludzi. Państwo nie trzymało parobków, a środkami dochodów była ziemia oddawana w dzierżawę, młyn i tartak. Ludzie, którzy dzierżawili ziemię u pana, zwykle mieszkali tuż obok dworku w domu nad brzegiem rzeki, nieopodal stał młyn, był most przez rzekę. Sam dworek był wybudowany na wzniesieniu, dookoła otoczony alejkami białych bzów. Była prześliczna altana. Dworek tonął w zieleni młodych klonów, brzóz i lip, wzdłuż brukowanych dróg, prowadzących do Małych Solecznik i przez wieś Jackany do Anuliszek. W tamtych czasach zwykle drogi po obu stronach zasadzone były lipami albo, jak w przypadku u państwa Mianowskich w Małych Solecznikach, topolami. Te topole jeszcze przed kilkoma laty stały niczym twierdze na wyjeździe do byłego majątku dziedziców pełnego w swoim czasie uroku i godnego podziwu, jednakże zostały wypiłowane w toku prac przy wyrębie lasów, poszerzaniu drogi przy budowie tartaku pod leśniczówką Straszki.

Od 1824 r. dwór w Małych Solecznikach wraz z folwarkami Wodaginie i Trokienie należał do Mianowskich i był rodzinnym gniazdem Mikołaja Mianowskiego, profesora Uniwersytetu Wileńskiego, kierownika katedry i rektora Wileńskiej Akademii Medyczno-Chirurgicznej. Małe Soleczniki nad Wisińczą przed Mianowskimi — to posiadłość Hlebowiczów i Chodkiewiczów. Nabywcy majątku, Mianowscy, bardzo lubili majątek i dbali o niego. Gromadzono w nim dzieła sztuki, był bogaty księgozbiór, prowadzono rodzinne archiwum. Dla społeczności małosolecznickiej po pożarze, który strawił kościół parafialny pw. św. Jerzego, Mianowscy odbudowali świątynię w 1834 r. Na cmentarzu przy kościele spoczywają ich prochy — śp. Mikołaja, jego żony i synów — Aleksandra oraz Konstantego. Groby rodziny Mianowskich odnowiono w 2006 r. na uroczystość 100-lecia parafii.

Właściciele majątku Gaściewicze Brzozowscy z synem Adamem na schodach swego dworu. Od prawej — Adaś, pani Jadwiga, wychowanka Maria, niania i kucharka oraz pan Stanisław fot. archiwum

Niefortunny zbieg okoliczności doprowadził dworek Mianowskich do licytacji i w 1933 r. zmienił się jego właściciel. Od Zygmunta Mianowskiego nabył go arystokrata, hrabia Stanisław Plater-Zyberk. Kupił i osiadł w nabytym majątku, nie stroniąc od hojnych sąsiadów, prowadził bogate życie towarzyskie. Często bywał w Gaściewiczach, nie pomijał również Anuliszek.

W toku działań wojennych  z winy niemieckich żołnierzy dwór Platerów spłonął. Natomiast dwory Brzozowskich i Cierpińskich ocalały. W Gaściewiczach spalił się tylko młyn i dom, w którym mieszkały rodziny dzierżawiące ziemię — dom ostrzelali niemieccy żołnierze. Tu przebiegała linia frontu podczas II wojny światowej.

Janina Ozarowska-Paszkiewicz, podczas wojny kilkuletnia dziewczynka, mieszkająca z rodzicami Stanisławą i Janem Ozarowskimi w Gaściewiczach (jej rodzice dzierżawili ziemię pana) pamięta te czasy. Opowiedziała, że Stanisława i Jadwigę Brzozowskich, właścicieli Gaściewicz, już w starszym wieku schorowanych ludzi, sowieci wywieźli gdzieś za Ural, jeszcze w 1941 r. Wywieźli także ich wychowankę Marię, tylko panicz Adam ocalał od wywózki.

— Odjeżdżając pani Jadwiga bardzo płakała, płakał i pan Brzozowski, dla wszystkich takie rozstanie sprawiło wiele smutku. Pan i pani do ostatniej chwili nic nie wiedzieli o tym, co się dzieje z ich synem… — przypomina wydarzenia sprzed dziesięcioleci wilnianka Janina. Z nutką żalu w głosie opowiada, że z natury pani była zrównoważoną i bardzo miłą osobą, pięknie grała na fortepianie, a w salonie u Brzozowskich było mnóstwo obrazów i wielu gości. A pan miał chorą nogę i był inwalidą, ale był zawsze opanowany.

— Wtedy wszyscy rozumieli, że nie było sensu uciekać, że wszędzie jest to samo, że to jest nieuniknione i wcześniej czy później przyjadą po nich „budy” sowieckie i wywiozą, więc gdy „buda” przyjechała, Brzozowscy już mieli spakowane rzeczy — kontynuuje opowiadanie starsza pani.

Po pewnym czasie do Gaściewicz do Jana Ozarowskiego, ojca rozmówczyni, nadszedł list od Jadwigi Brzozowskiej, w którym pani pisała z pewną ironią, że jest im bardzo tam dobrze, że „…i tańczą, i śpiewają za Uralem…

Przy wejściu do salonu Brzozowscy z synem i gościem dworu (od lewej) Fot. archiwum

Tylko bardzo martwią się o Adasia, nie wiedzą, dokąd go wiatry zaniosły”. Jak powiedziała córka adresata, „ojciec bał się nawet rozgłaszać, że otrzymał list od pani z Gaściewicz. Groziło to wtedy więzieniem, więc nie odpisał, ale list zachował i dopiero po kilku dziesięcioleciach opowiedział o liście z łagru…”.

Stanisław Brzozowski więziony był w łagrze Nr 47 w Gari (Siewieurałłagier w obwodzie swierdłowskim). Zmarł w 1942 r. Kobiety w łagrach były więzione oddzielnie od mężczyzn, więc o losie pani Jadwigi trudno jest coś opowiedzieć.

W 1989 r. panicz — Adam Brzozowski — odwiedził Gaściewicze i sąsiadów ze wsi Jackany. „Był bardzo zmieszany. Niewiele pytał, tylko rozglądał się po izbie, jakby coś chciał odnaleźć. Być może myślał, że chronimy jakieś pamiątki z dworku… Powiedział tylko, że mieszka w Szczecinie, jest żonaty i ma dzieci” — przypomniała „Kurierowi” Janina Łatwisówna opowiadania swej matki śp. Stanisławy Ozarowskiej-Łatwis. Panicz odwiedził także rodzinę Bohdziunów, rozmawiał z Heleną, córką repatrianta Józefa Bohdziuna, który sam schronienie od wywózki znalazł w Elblągu, tam jest pochowany z żoną i synami. „Nie wiadomo, o czym rozmawiali” — wspominał wnuk śp. Józefa, Stanisław z Elbląga, który w owym czasie gościł u swej matki, śp. Heleny w Jackanach. Gaściewicze, jakie zastał pan dziedzic miały już inne oblicze i inne wymiary, zniekształcone były naleciałościami kołchozów…

Po wojnie, w czasach organizowania kołchozów, dworek Brzozowskich częściowo stał się siedzibą, kwaterą nowych gospodarzy — przewodniczących kołchozu „Bojownik”, których po wojnie kierowano w te polskie strony „naprowadzać porządek”. Pierwszymi przybyszami do pańskiego dworu, którzy zamieszkali tu jako lokatorzy, była rodzina Toni (z Witebska) i Władisława Sinkiewicza (z Kowna). Małżeństwo, które podczas wojny walczyło z Niemcami, zostało skierowane na dalszą walkę… Antanina była sanitariuszką na froncie. Mieszkali w skrzydle domu od strony rzeki. Następnie zajął kilka pokoi kolejny przewodniczący kołchozu Edmund Winogrodskij z żoną Tatianą z Ukrainy. Tylko Feliks Iwanowski nie życzył sobie mieszkać na cudzym kącie i wybudował swój dom, za co zyskał wielki szacunek u rdzennych mieszkańców tych okolic.

Przestronne pokoje dworskie zmieściły także zarząd kołchozu, bibliotekę, a w salonie, w którym już nie było ani obrazów, ani fortepianu, utworzono klub dla młodzieży i zebrań, przyjeżdżało kino… Kołchoz korzystał ze wszystkich dóbr wywiezionego za Ural pana Brzozowskiego — z zabudowań gospodarczych, obory, stajni, chlewa, spichrzy, z gumna…

Większa część dworku została sprywatyzowana przez Władisława Sinkiewicza. Dotychczas dworek zmieniał lokatorów. Mieszkali tu tylko czasowo młodzi specjaliści, zasadniczo budowali własne domy i wyjeżdżali z Gaściewicz. Wielodzietnej rodzinie Sinkiewiczów bardzo przydała się dodatkowa powierzchnia mieszkaniowa. Jej dzieciom i wnukom wystarczyło tu miejsca, zresztą nigdy i nie szukali czegoś lepszego. Za wyjątkiem tylko młodszego syna Anatolija, który ożenił się i mieszka z rodziną w Wilnie. Przed kilkoma laty kupił u byłej lokatorki część powierzchni mieszkaniowej i w skrzydle od strony rzeki utworzył daczę. Kupił także kawałek ziemi, a własność ogrodził wysokim drucianym płotem. Mieszka tu na stałe Wasilij, syn, wnukowie Sinkiewiczów z rodzinami. Zięć śp. Sinkiewicza, Nikołaj Sierik, ojciec dziewięciorga dzieci, jest z Czernigowa (Ukraina), jednakże zakorzenił się tu i nigdy nie chciał wrócić do ojczyzny…

Wokół dworu jeszcze rosną stare lipy pamiętające sylwetki państwa Brzozowskich, jednakże klony zostały wyrąbane, ponieważ, jak opowiadali mieszkańcy Gaściewicz, klony nadawały się na parkiet dla przybyłego przed laty w te strony specjalisty i głównego energetyka gospodarstwa, który pozwolił sobie z kolonów zrobić podłogę w swoim domu. A brzozy, które rosły na wzgórzu, były wiosną bogate w sok, a więc lokatorzy popijali soczek, aż brzozy wyschły…

Romek Sawicki obawia się, że bobrze żeremia zniszczą Straszki i zatopią jego dom Fot. Teresa Markiewicz

Mieszka w Gaściewiczach Romuald Sawicki, syn stolarza Stanisława i Stanisławy, im wtedy także groziła wywózka, gdyż mieli chutor Skibałuczkę… Romuald ukończył Moskiewską Szkołę Malarstwa i większą cześć swego życia pracował jako nauczyciel rysunków i kreślenia w szkołach rejonu solecznickiego. Dzisiaj jest pracownikiem Samorządowego Centrum Kultury Rejonu w Solecznikach, do pracy dojeżdża autobusem. Maluje obrazy i uczestniczy w międzynarodowych plenerach „Ściana Wschodnia”, a w wolnych chwilach własnoręcznie remontuje skromny swój domek nad rzeką. Opowiedział „Kurierowi”, że odwiedzają go siostry Lusia i Teresa, one z rodzinami mieszkają w Ventspilsie na Łotwie, a najczęściej odwiedza go siostra Stanisława z Kiejdź spod Jaszun, bo ma najbliżej. Cieszy mieszkańca Gaściewicz to, że miejscowość budzi się z letargu. Syn lekarza z Solecznik kupił tu działkę i buduje dom, prowadzi hodowlę owiec Zygmunt Bie riozkin. W Gaściewiczach działa cech stolarski, bezczynnie stoi tartak — pozostałości po kołchozie, które w swoim czasie zostały sprywatyzowane przez ostatniego przewodniczącego kołchozu „Za mir”, Pawła Griaznowa, głównego księgowego oraz mieszkańca Solecznik Giennadija Tracewskiego.

Analogiczne skutki poniósł majątek Stefana Cierpińskiego, z różnicą tylko w tym, że w Anuliszkach w latach Litwy radzieckiej był sowchoz, a w niepodległej — w ten sam sposób, sowchozowe mienie sprywatyzowano…  Rodzina Stefana Cierpińskiego, lekarza i ziemianina z Anuliszek, nie uniknęła wywózki. Zachował się dworek, ale ze zmianami, które narzuciła mu społeczność sowchozowa, ponieważ ta społeczność kwaterowała tu przez długie dziesięciolecia. Mieszkali tu przeważnie Rosjanie, „bieżency” (uciekinierzy), wśród nich Dubkowie, Smolakowie i in.

Lekarz Stefan Cierpiński prowadził gospodarstwo, hodowlę krów mlecznych, zorganizował w majątku Spółdzielnię Producentów Nabiału. Produkcję sprzedawał do Wilna. Wody rzeczki Wisińczy wykorzystał do zasilania stawów, w których hodował ryby.

Nad stawami gromadziło się ptactwo wodne. W swym majątku miał „leczebnię” i nieodpłatnie przyjmował pacjentów, w tym z okolicznych wsi. Widoczne jeszcze są suche doły porośnięte krzakami i trawą…  Sowieckie „czystki” zmuszały do ucieczki nawet tych ludzi, którym nie groziły wywózki na Syberię lub do „szacht” (kopalń) Ukrainy.