Kawiarnie, restauracje i inne lokale w Wilnie (2)

134
Po lewej stronie ulicy Mickiewicza, po przejściu ulicy Jagiellońskiej, był hotel „Georges”, znany w Wilnie „Żorż” Fot. Marian Paluszkiewicz
Po lewej stronie ulicy Mickiewicza, po przejściu ulicy Jagiellońskiej, był hotel „Georges”, znany w Wilnie „Żorż” Fot. Marian Paluszkiewicz

Z kawiarnią Rudnickiego wiąże się pewne zdarzenie opowiedziane przez kompozytora Witolda Rudzińskiego (1913-2004) w „Wileńskich Rozmaitościach”:  

„W »Słowie« ukazała się narysowana przez Dangla karykatura: gęś z głową Hulewicza, w podpisie: »szara gęś«. Wilno zamarło w oczekiwaniu: jak zareaguje Hulewicz i jak to się wszystko skończy!
Najpierw wydawało się, że nic, żadnej reakcji, protestu. W demarche’u redakcji zaczęły się nawet pojawiać objawy zdenerwowania: czy nie poszliśmy za daleko?  W kilka dni później, w samo południe, do kawiarni Rudnickiego wszedł Hulewicz. Podszedł do pewnego stolika i zapytał?
— Pan Dangel?
— E… Tak, a bo co?

Na to Hulewicz wyciągnął trzymaną za plecami szpicrutę i obił nią Dangela po twarzy.
Dangel oczywiście posłał sekundantów, ale Hulewicz odmówił satysfakcji, Dangel nie był członkiem Związku Oficerów Rezerwy.
W kilka dni później, w samo południe, do cukierni Rudnickiego weszła energiczna dama, podeszła do stolika i spytała:
— Pan Hulewicz?
— Tak, czym mogę pani służyć?
— Jestem Dangelowa!
I zdzieliła Hulewicza kilka razy parasolką.
I znów, w kilka dni później, w południe, do tejże cukierni przyszedł Mieczysław Kochanowski (Kagan), wieloletni, zasłużony dyrygent Operetki Wileńskiej. Codziennie o tej porze miał przerwę w próbie z orkiestrą i stale przychodził do Rudnickiego na kawę.

— Pół czarnej jak zawsze! — zawołał i pogrążył się w lekturze „Słowa”.
— Tak jest, panie dyrektorze — odpowiedział kelner i znikł w kuchni. Zaczytany dyrygent nie zwrócił uwagi, że zeszło już z dziesięć minut, a kawy wciąż nie ma. Właśnie zaaferowany kelner przebiegł koło stolika, ale nie do niego.
— Co tam z kawą?
— Już się robi, panie dyrektorze.

I znów znikł w kuchni. Kiedy scena ta powtórzyła się raz jeszcze, zirytowany Kochanowski zawołał:
— Tu u was prędzej można dostać w mordę niż pół czarnej,
Hulewicza zabrano z Wilna i przeniesiono do centrali, z niewątpliwą stratą dla Wilna. Był czynny w radio aż do kapitulacji Warszawy. Jeden z pierwszych został aresztowany przez Niemców, a potem zamordowany przez Gestapo. O Danglu różnie mówiono, ale wojennych plotek lepiej nie powtarzać, często polegały na nieporozumieniu. W każdym razie słuch o nim zaginął”.
Restaurator Rudnicki posiadał jeszcze jedną kawiarnię w Wilnie, mieściła się ona w domu na rogu ulic Trockiej i Wileńskiej na parterze. Wejście było z rogu.

„Wnętrze — wspomina Rapolas Mackonis — było urządzone ze smakiem, a bufet mógł zadowolić każdego gościa, jednakże, jeśli się nie mylę, właściciel większego zysku nie miał, chociaż miejsce w centrum miasta i pomieszczenie wspaniałe. Rudnicki chciał przyciągnąć tu publikę z »Zielonego Sztralla«. Pomysł był dobry, ponieważ kawiarnia znajdowała się w centrum Wilna, gdzie też skupiał się duży i drobny handel, obok był magistrat i w pobliżu duży hotel »Europa«. Ale czemuś niewielu tam bywało gości”.
Przy ulicy A. Mickiewicza, obok teatru „Lutnia” była kawiarnia „Jugosławia”, którą założyli przybyli do Wilna Serbowie. Mackonis pisze, że „wszyscy kelnerzy byli wysocy, przystojni bruneci”. W „Jugosławii”, jak wspomina Alfred Kolator, można było napić się „kawy tureckiej z lebiebiją, a były to nasiona rośliny, używane do kawy w Turcji i na Bałkanach zamiast cykorii”. Ponadto w kawiarni tej podawano macedońską buzę, którą szczególnie lubili popijać studenci z USB.

Przy ulicy Mickiewicza była restauracja „Zacisze”, obecnie stoi tu pomnik litewskiej pisarki Žemaitė Fot. Marian Paluszkiewicz
Przy ulicy Mickiewicza była restauracja „Zacisze”, obecnie stoi tu pomnik litewskiej pisarki Žemaitė Fot. Marian Paluszkiewicz

„Żacy wileńscy uczęszczali też do »Fromboli« przy ulicy Mickiewicza. Była to niby cukiernia, gdzie sprzedawano czekoladę, kawę, herbatę. Alfred Kolator pisze, że lokal wyglądał jak staroświecka apteka, prawie nikogo tam nie widać, kupujących mało, a sklep świetnie zaopatrzony (szepczą, że to lokal masonów). Jest dwa czy trzy stoliki, kilka krzeseł i można poprosić o filiżankę kawy. Miła pani odmierzy miareczkę, wsypie do młynka, następnie do maszynki, po sali rozejdzie się wspaniały aromat, poda filigranową filiżaneczkę z ciemnym napojem. Serce od tego nie będzie pikać, drzemka popołudniowa się nie uda, a w umyśle będzie jakoś jasno, świeżo. (…) Przed egzaminem dobrze jest zajść do »Fromboli«, egzamin pójdzie jak z płatka, pod warunkiem, że się przedtem przynajmniej do skryptu zajrzało”.

Na Mickiewicza, za kawiarnią Rudnickiego, był sławny w Wilnie zakład mleczny pani Hejberowej. Kolator wspomina, że „mleko i wszelkie wyroby mleczne były tam również doskonałe”. Dalej, w kierunku placu Orzeszkowej, na rogu dawnej ulicy Śniadeckich i Mickiewicza, była kawiarnia Żyda Dormana. Tu można było napić się dobrej kawy, piwa z pianką i zjeść świetne parówki. Bywalcami tej kawiarni byli przeważnie studenci Litwini i Białorusini, a także mniej zasobni w kasę urzędnicy. Kolator pisze: „Jeżeli się nie jest Polonusem, tylko innym korporantem, to czy się lubi, czy nie lubi Żyda, pójdzie się na piwo do Dormana. Stolików i krzeseł tam prawie nie ma, są długie półki przy ścianach, umieszczone na wysokości piersi, staje się przy nich i spożywa jedyne w Wilnie parówki i popija piwem okocimskim, może być żywieckie, ale z browaru arcyksięcia w Tychach, mocne. Ci z młodszych korporacji piją haberbuscha, czyli piwo z warszawskiego browaru Błażeja Haberbuscha”.

Ulica Mickiewicza sławną była też z istniejących przy niej jadłodajni i restauracji. Kolator pisze o jadłodajni „cioci Dmochowskiej. Zakład cioci Dmochowskiej nie był restauracją, jadalnią czy stołówką, był lokalem cioci Dmochowskiej. Produkty podawane do stołu nie pochodziły z rynku, lecz z własnego majątku. Stołownicy byli gośćmi po prostu, a nie stołownikami i tak ich też traktowano. Ceny były umiarkowane, jakość produktów doskonała. Każdy, kto miał apetyt na barszcz buraczkowy, prawdziwy kapuśniak wiejski, czy jakąś zupę jarzynową, dostawał pachnącą, smaczną, ze świeżych produktów wiejskich, można było zjeść kotlet wieprzowy z przysmażonymi kartofelkami, ale najsłynniejsze bodaj u cioci zsiadłe mleko; ściśle chłodne, na poły ze śmietaną”.

Po lewej stronie ulicy Mickiewicza, po przejściu ulicy Jagiellońskiej, był hotel „Georges”, znany w Wilnie „Żorż”.
Renesans i barok składają się na architekturę dawnego hotelu Georges wzniesionego zgodnie z projektem Tadeusza Rostworowskiego. Jak na skalę miasta była to budowla ogromna. W czasie drugiej wojny spłonęła. Odbudowana pomieściła hotel Vilnius. Dziś to apartamentowiec. Georges, a właściwie jak popularnie wówczas pisano — Żorż, przeszedł do historii głównie dzięki eleganckiej restauracji. Jeszcze przed 1914 r. w karnawale odbywały się tam jedne z najwspanialszych balów.
„Bilety były bardzo drogie, a przy bufecie gospodynie obdzierały gości ze skóry” — wspominał Stanisław Mianowski.  W latach międzywojennych do Żorża chodziło się z paniami.

W restauracji „(…) stoliki były tak przemyślnie rozstawione, aby goście mogli nie tylko swobodnie rozmawiać ze znajomymi siedzącymi przy innych stolikach, ale i zaglądać im do talerzy” — pisał w książce „Wojna i sezon” Michał K. Pawlikowski. — Jego zdaniem, Żorż był restauracją familijną i panował w nim duch rodzinnego plotkarstwa. Gdy pojawiał się jakiś nieznajomy przybysz, „najczęściej osoby przyjeżdżające na rozwód kalwiński przy ul. Zawalnej” — witano go ożywionym szmerem. Stali klienci nie zawsze dysponowali gotówką i gdy nie mieli czym zapłacić, podpisywali rachunek, który przez kelnera wieszany był na haku nad kasą. Takie posiłki na kredyt u Żorża nazywano jadaniem na hak.

A Alfred Kolator wspomina, że „była tam obszerna sala restauracyjna, meble stylowe z belle epoque, miękkie, pokryte jasno kremowym brokatem, części drewniane złocone, ściany zdobione złoconymi gzymsami, gości nie za wiele. Dania: zupa rakowa, udziec sarni, może być zając, cietrzew, bażant, przepiórka, jarząbek (zależnie od sezonu), w ogóle czego dusza zapragnie, ale zawsze coś z dziczyzny, a do podlania tego ni wypadało wziąć co innego, niż jarzębiak izdebnicki. Na deser, choćby to było w okresie Bożego Narodzenia, mogą być świeże truskawki — od tego byli w Wilnie sławni ogrodnicy, panowie Kiec i Wagner”.

Przy tejże ulicy Mickiewicza była też restauracja „Zacisze”, w tym miejscu obecnie stoi pomnik litewskiej pisarki Žemaitė. Restaurację „Zacisze” bywalcy popularnie nazywali „U Macieja”. Takie imię nosił jej właściciel Maciej Kiełbuć. Do Zacisza męskie towarzystwo chadzało na wódeczkę. Ale restaurację upodobała sobie też wileńska palestra. Tu odbywały się „kiełbasy adwokackie” organizowane tradycyjnie przez prawników w dzień walnego zebrania Rady Adwokackiej w Wilnie. Rady funkcjonujące przy Izbach Adwokackich w międzywojennej Polsce załatwiały personalne sprawy adwokatów wraz ze szkoleniem i przyjmowaniem aplikantów oraz skreślaniem z listy. Kiełbasa, jak wspominał Stanisław Mianowski, była wspólną kolacją czy też późnym obiadem, na którym pośród zakąsek i gorących dań podawano gorącą kiełbasę z kiszoną kapustą.

Potrawa miała symbolizować zapusty wypadające zwykle w tym czasie. „Kiełbasy swoją tradycją sięgały daleko w przeszłość, bodaj pochodziły od zebrań tzw. szubrawców wileńskich. Szubrawcy, jak wiadomo, to było grono osób, kwiat inteligencji, które w okresie dawnego Uniwersytetu Wileńskiego w latach 1812-32 wydawało pisemko »Wiadomości Brukowe«” — czytamy u Mianowskiego. Tu należy sprostować, bo Szubrawcy działali tylko w latach 1817-1822.

Alfred Kolator wspomina, że w „Zaciszu” podawano też befsztyki z cebulą, rumsztyki ze skrobanym chrzanem, albo boeuf a la Stroganoff, dania te podlewano doskonałą firmową „maciejówką” lub śliwowicą. „A gdy się bywało w damskim towarzystwie — pisze Kolator — to podawano melbę z płonącą wisienką (lody z kremem — M.J.), mazagran (napój chłodzący z czarnej kawy, cukru i koniaku — M.J.) i zapewne likier do kawy”.
Między restauracją „Zacisze” a ulicą Wileńską, na Mickiewicza, była restauracja „Myśliwska”, gdzie podawano dania z dziczyzny, a na dużej Sali wieczorami były potańcówki.

Cdn.
Pocz. w nr. 13