Nie żyje Krzysztof Krawczyk. „Ileż to ja razy byłem w Wilnie, nie zliczę”

„Dla Wilna zawsze znajdę czas” – mówił w ostatnim wywiadzie, jakiego udzielił „Kurierowi Wileńskiemu”
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Krzysztof Krawczyk nie żyje – ta wiadomość dotknęła fanów jego muzyki na całym świecie. Artysta był bardzo ceniony także przez wileńską publiczność, z którą chętnie się spotykał. – Dla Wilna zawsze znajdę czas – mówił w ostatnim wywiadzie, jakiego udzielił „Kurierowi Wileńskiemu”.

Krzysztof Krawczyk miał 74 lata. O jego zgonie w poniedziałek, 5 kwietnia, poinformował na Facebooku Andrzej Kosmala – wieloletni manager i przyjaciel artysty, a informację potwierdziła żona artysty Ewa Krawczyk.

Krzysztof Krawczyk w ostatnich tygodniach walczył z koronawirusem. Niedługo przed śmiercią poczuł się lepiej, na tyle, że mógł opuścić szpital.  Niestety – poprawa okazała się krótkotrwała.

Jego kariera artystyczna trwała przez ponad 50 lat. Był gitarzystą, wokalistą i kompozytorem.  Urodził się 8 września 1946 r. w Katowicach. Zadebiutował w 1963 roku w zespole Trubadurzy, z którym pracował do 1976 roku. Krzysztof Krawczyk śpiewał razem z zespołem największe przeboje „Znamy się tylko z widzenia”, „Krajobrazy”, „Byłaś tu”, „Kim jesteś” i „Ej, Sobótka, Sobótka”. Z Trubadurami nagrał 9 płyt, kolejne 100 jako wykonawca solowy.

W 1973 rozpoczął karierę solową, zapoczątkowaną płytą „Byłaś mi nadzieją”, nagraną z zespołem instrumentalnym Ryszarda Poznakowskiego. Śpiewał i nagrywał płyty z różnorodną muzyką od popu poprzez rhythm & bluesa, swing, soul, jazz, rock and rolla, country, tango, kolędy, piosenki i pieśni religijne aż po dance, folk, funky, reggae, muzykę cygańską i biesiadną.

Jego twórczość była doceniona na różnego rodzaju festiwalach.  W 1976 r. otrzymał trzy nagrody na Festiwalu w Sopocie: Dziennikarzy, Publiczności i Głosu Wybrzeża. W 1977 r. zdobył nagrodę na Festiwalu Złoty Orfeusz w Bułgarii i podpisał kontrakt z zachodnioniemiecką firmą płytową Polydor. Takie przeboje jak: „Jak minął dzień”, „Byle było tak”, „Pamiętam Ciebie z tamtych lat” nagrał w 1978 r. Wygrał też Festiwal w Opolu piosenką „Pogrążona we śnie Natalia”.

W 1980 r. wyjechał do USA na tournee dla Polonii amerykańskiej i na pięć lat pozostał Stanach, gdzie występował z amerykańskim zespołem „Krystof Orchestra”. Po powrocie do Polski nagrywał nowe przeboje i uczestniczył w kilku recitalach telewizyjnych. Jego karierę przerwał na kilka lat wypadek samochodowy, po którym piosenkarz znów na kilka lat wyjechał do USA. Po powrocie do kraju nagrał płytę „Gdy nam śpiewał Elvis Presley”, która osiągnęła status „płyty platynowej”.

W 2000 r. śpiewał przed Ojcem Świętym na Placu św. Piotra podczas Pielgrzymki Narodowej i wręczył św. Janowi Pawłowi II Złotą Płytę z nagraniem „Ojcu Świętemu śpiewajmy”. Według sondażu przeprowadzonego przez OBOP był w tym okresie najpopularniejszym polskim piosenkarzem. Kolejne lata to recitale piosenkarza z innymi piosenkarzami oraz nagrywanie kolejnych płyt.

Krzysztof Krawczyk należał do artystów szczególnie lubianych na Wileńszczyźnie. Wielokrotnie tu koncertował, a posłuchać jego muzyki zawsze przychodziły tłumy. Muzyk również wielokrotnie wyrażał swoją sympatię dla wileńskiej publiczności.

Czytaj więcej: Pożegnalny koncert Krzysztofa Krawczyka z Wileńszczyzną

W 2010 r. na koniec koncertu otrzymał w podziękowaniu od wilnian obraz Matki Bożej Ostrobramskiej
| Fot. Marian Paluszkiewicz

„Ileż to ja razy byłem w Wilnie, nie zliczę. Bywałem tutaj jeszcze z Trubadurami, potem już jako solista. I to jeszcze w czasach słusznie minionych. Kiedyś Tadziu Drozda, który zapowiadał moje koncerty, zapytał na bankiecie jakiegoś sekretarza partii, czy w Wilnie mieszka wielu Polaków. On nieco zmieszany odpowiedział: „Jakieś pięć procent”. Tadziu nie byłby sobą, gdyby nie skomentował: „To ciekawe, bo wczoraj wieczorem poszedłem na spacer i wszędzie słyszałem polski język. No, ale widocznie na spacer chodzą tylko Polacy…”. W Wilnie byłem zawsze serdecznie przyjmowany, choć zaskoczyło mnie zachowanie publiczności, która pierwszych trzech utworów słuchała w nabożnym skupieniu, jakby z szacunku dla artysty, a dopiero potem nieśmiało włączała się do wspólnej zabawy, która przy końcu była już zabawą na całego! Z Wilnem łączy mnie też jeden fakt z życiorysu mojego ojca Januarego: w początkach swojej drogi aktorskiej, w sezonie 1931/1932, występował na deskach Teatru Miejskiego” – wspominał w ostatnim wywiadzie, jakiego udzielił „Kurierowi Wileńskiemu” w 2018 r.

Czytaj więcej: Niezapomniany koncert Krzysztofa Krawczyka w Wilnie

Krzysztof Krawczyk z żoną podczas koncertu w Wilnie w 2010 r.
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Szczególne miejsce w jego życiu zajmowała wiara. W 2010 r. na koniec koncertu otrzymał w podziękowaniu od wilnian obraz Matki Bożej Ostrobramskiej. „Rodacy zawsze prowadzili nas do Matki Bożej Ostrobramskiej. I było to wielkie wzruszenie. A prezent odebrałem ze łzami. Opowiadał mi mój przyjaciel Janek Budziaszek, perkusista Skaldów, że klękając tam, doznał nawrócenia. Wiadomo, że w młodości prowadziliśmy życie dalekie od Boga. O Janku mówiliśmy: jak flaszka, to do Budziaszka. On właśnie przed obliczem Matki Bożej Ostrobramskiej doznał cudu uzdrowienia duchowego, mało tego, do dziś jest aktywny w głoszeniu Słowa Bożego” – opowiadał „Kurierowi Wileńskiemu”. – „Już za pierwszym razem, kiedy dane mi było spojrzeć na oblicze Matki Bożej Ostrobramskiej, postawiłem oczy w słup. Nigdy przedtem ani potem nie zobaczyłem tak pięknej kobiety. I niech mi Pan Bóg wybaczy te słowa, ale na urodzie kobiet to ja się znam…”.

Ostatni koncert w Wilnie zagrał 14 lutego 2020 r. Nieco ponad pół roku później jego żona poinformowała w rozmowie z „Super Expresem”, że ostatecznie zakończył on już karierę muzyczną. Zadecydowały o tym problemy zdrowotne i pandemia koronawirusa, która uniemożliwiła koncertowanie. Artysta podjął decyzję o zakończeniu kariery. Pożegnał się ze swoimi fanami słowami:

„Żegnajcie. Finiszując w biegu mego życia nie wypatruję jednak napisu meta. Jako człowiek wierzący wiem, że dla mnie nie ma mety, bo przede mną jest horyzont, w którego stronę zmierzam. Lecz będę walczył do ostatniego dźwięku, chyba że od publiczności usłyszę: „Panu już dziękujemy”! Albo Bóg mój zaprosi mnie do swego niebiańskiego chóru. Zapewne skieruje mnie do sekcji polskiej, a tam spotkam tak wielu moich przyjaciół”.