Rozmowa z ks. prałatem Wojciechem Górlickim, Polakiem Roku 2020: „Musimy być do dyspozycji, a potrzeb jest naprawdę dużo”

W tym roku, ze względu na pandemię, bardzo długo czekaliśmy na finał plebiscytu „Kuriera Wileńskiego” Polak Roku. Ten tytuł nasi Czytelnicy przyznali ks. prałatowi Wojciechowi Górlickiemu, proboszczowi parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Wilnie. Uroczyste uhonorowanie laureata odbyło się w niedzielę 4 lipca. Ks. prałat Wojciech Górlicki opowiedział nam o swojej drodze kapłańskiej i posłudze na Litwie.

Czytaj więcej: Gala „Polaka Roku 2020” w Domu Kultury Polskiej [GALERIA]

| Fot. Marian Paluszkiewicz

Polacy na Wileńszczyźnie przyznali Księdzu tytuł Polaka Roku 2020. Otrzymuje go Ksiądz po 30 latach pracy duszpasterskiej na Litwie. Jak rozpoczęła się Księdza droga na Wileńszczyźnie?

Rzeczywiście, pochodzę z Polski, z diecezji radomskiej, a właściwie sandomiersko-radomskiej, bo tak nazywała się, gdy ją opuszczałem. 30 lat temu bp Edward Materski – oczywiście konsultując to ze mną – przysłał mnie na Litwę, bym pełnił tu posługę duszpasterską. Już w 1989 r., gdy byłem na VI roku seminarium, bp Materski przedstawił nam taką propozycję. Pytał, czy ktoś chciałby wyjechać na Wschód, bo tak się wtedy określało całe tereny rozpadającego się właśnie Związku Sowieckiego.

Zgłosiłem się już wtedy, nie planowałem wówczas, że będzie to Litwa, po prostu wyraziłem swoją otwartość. W 1990 r. przyjąłem święcenia kapłańskie i przez rok pracowałem w Polsce, w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po tym roku otrzymałem propozycję wyjazdu na Litwę. Ks. bp Materski uzgodnił przyjazd kilku księży z Polski z bp. Julijonasem Steponavičiusem. Oczywiście zgodziłem się na ten wyjazd i wyruszyłem na Litwę.

Czy przygotowywał się Ksiądz w jakiś sposób do tego wyjazdu?

Raczej po prostu się spakowałem, nie było wtedy specjalnego przygotowania. Po raz pierwszy przyjechałem do Wilna razem z bp. Aleksandrem Kaszkiewiczem, który był w Białymstoku na spotkaniu z papieżem Janem Pawłem II.

Wtedy spotkałem się z bp. Juozasem Tunaitisem, który wówczas administrował diecezją, bo bp. Steponavičius już zmarł. Po rozmowie ustaliliśmy, że za miesiąc przyjadę na stałe, a biskup w tym czasie przygotuje dla mnie miejsce. Tym pierwszym miejscem były Ejszyszki.

Jaką Wileńszczyznę poznał Ksiądz wówczas?

To nie był łatwy rok pod wieloma względami. Jeśli jednak chodzi o moje wspomnienia z tego okresu, to największe wrażenie zrobiły na mnie ogromna serdeczność, gościnność, otwartość ludzi, do których zostałem posłany. Bardzo życzliwie zostałem też przyjęty przez miejscowe duchowieństwo. Do dzisiaj przyjaźnię się z księżmi, których poznałem na początku swojego pobytu na Wileńszczyźnie. Wiele odbierałem wtedy emocjami, ale to naturalne, bo byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem. Miałem 26 lat, a to czas, gdy więcej odbiera się sercem niż rozumem.

Nie czułem wielkiej różnicy w sposobie życia po wyjeździe na Litwę. Oczywiście, przekroczyłem granicę – i to była pierwsza granica państwowa, którą przekraczałem w życiu – ale w dużej mierze żyliśmy podobnie. W Polsce było może już nieco większe otwarcie na Zachód, ale żyliśmy po tej samej stronie żelaznej kurtyny, nie mieliśmy paszportów w domu.

Czytaj więcej: „Deficyt” – odgłos sowieckiej epoki

Początek lat 90. był trudny również w polsko-litewskich relacjach na Wileńszczyźnie. U progu niepodległości nie brakowało napięć na tym poziomie. Czy jako duszpasterz Ksiądz to odczuwał?

W Ejszyszkach na pewno nie odczuwało się tego, była to przede wszystkim polska społeczność, ale relacje między Polakami a Litwinami na miejscu były bardzo dobre. Zresztą bardzo często były to więzi rodzinne z polsko-litewskich małżeństw. To napięcie odczuwało się natomiast w miastach, w Wilnie. Musimy pamiętać, że w tym czasie na Litwie wciąż stacjonowało wojsko sowieckie, był to też czas blokady gospodarczej, transformacji ekonomicznej.

To był nowy czas, w którym niektórzy sobie radzili lepiej, a inni gorzej. Jeśli chodzi o moje osobiste relacje, w tym czasie zaprzyjaźniłem się z księdzem Litwinem, z którym współpracowałem, i bardzo tę przyjaźń cenię. Politycznie dużo się wówczas działo, ale na nasze relacje nie miało to zupełnie wpływu.

A język litewski? Kiedy zaczął się Ksiądz go uczyć?

Właściwie od razu, ale w życiu codziennym, a nie przez regularny kurs. Od razu wpadłem w wir pracy duszpasterskiej, miałem naprawdę sporo zajęć, więc nie było czasu na systematyczną naukę. Uczyłem się natomiast przez bycie z Litwinami. Ksiądz, z którym współpracowałem, bardzo często rozmawiał po litewsku ze swoją siostrą, powoli zaczynałem się oswajać z językiem i go uczyć. Na kursy języka przyszedł czas później, bo i litewski zaczął mi być tym bardziej potrzebny, im bardziej zbliżałem się do Wilna.

W tym czasie zaangażował się Ksiądz w organizację pielgrzymki Ejszyszki – Ostra Brama.

Tak, to była wspólna inicjatywa. Wówczas na Litwie był jeszcze ks. Darek Stańczyk i ojcowie dominikanie w kościele Ducha Świętego w Wilnie. Na jednym ze wspólnych spotkań postanowiliśmy, że zorganizujemy pielgrzymkę. Najpierw przejechaliśmy trasę, ustaliliśmy zasady, bardzo dużo korzystaliśmy z polskich doświadczeń. Dziś, kiedy czytam karty pielgrzymkowe, widzę, że niewiele się one zmieniły. To nie była pierwsza pielgrzymka, wcześniej do Ostrzej Bramy wyruszył z grupą ks. Józef Aszkiełowicz, ale rzeczywiście my później nadaliśmy temu wydarzeniu pewne ramy, które są widoczne do chwili obecnej.

Wówczas były jeszcze dwie grupy: żółta, ejszyska, która zbierała pielgrzymów, i biała – dominikańska, wileńska. Ludzie bardzo chętnie brali udział w tym wydarzeniu, nie tylko młodzi, ale też starsi. Takich inicjatyw było dużo więcej. Organizowaliśmy różnego rodzaju wyjazdy, jak np. nasz pierwszy parafialny wyjazd do Rzymu, wyjazdy z młodzieżą w góry, to był czas bardzo żywych kontaktów. Dziś może wydaje się to łatwe, ale w czasie, gdy były kolejki na granicach, trzeba było załatwiać wizy do Włoch, nie tylko włoskie, ale też austriackie, to wszystko nie było takie proste.

| Fot. Marian Paluszkiewicz

Kolejną parafią Księdza był Szumsk.

Tak. Tam oprócz pracy duszpasterskiej czekały mnie też wyzwania materialne: budowa kościoła w Kowalczukach, który został konsekrowany w 2000 r., i remont klasztoru w Szumsku, który potem stał się domem pielgrzyma. Chyba taką najciekawszą inicjatywą były Dni Młodzieży, które zainaugurowaliśmy i które były kontynuowane także po moim wyjeździe. Oczywiście organizowaliśmy różnego rodzaju wyjazdy, spotkania, to był bardzo dobry czas.

Czytaj więcej: Szkoła Podstawowa w Szumsku zalśniła nowymi kolorami

Ma Ksiądz kontakt ludźmi, z którymi, jeszcze jako z młodzieżą, w tym okresie Ksiądz współpracował?

Tak, dziś spotykam ich oczywiście jako dorosłych, którzy mają swoje rodziny, pracę. Niektórzy prowadzą działalność społeczną, polityczną czy biznesową. Z niektórymi po pewnym czasie odnowiliśmy bliższe relacje, jeżdżą ze mną znów na pielgrzymki, uczestniczą w różnych inicjatywach. Wśród moich dawnych uczniów nie brakuje też księży czy sióstr zakonnych. Bardzo się cieszę, gdy ich spotykam.

Na co zwracał Ksiądz szczególną uwagę jako duszpasterz młodzieży?

Wydaje mi się, że najważniejsze było to, by po prostu z młodzieżą żyć życiem Kościoła, by pokazywać drogę wiary jako drogę atrakcyjną, a nie drogę dewocyjną, bo czasem tak właśnie jest postrzegane zaangażowanie religijne. Nie przypominam sobie, żebym miał jakieś szczególne metody, po prostu spotykaliśmy, czytaliśmy Pismo Święte, ale też jeździliśmy w góry, nad jezioro, spędzaliśmy czas przy herbacie czy szaszłyku.

Myślę, że duszpasterstwo polega na tym, by być duchowym ojcem. I nie tylko dla młodzieży, ale też dla dorosłych, bo tak naprawdę wszyscy mają zbliżone potrzeby. Tego się nauczyłem od księży, których poznałem, gdy sam byłem młodym człowiekiem, i tak postępuję.

Mówi Ksiądz z perspektywy 30 lat doświadczenia. Czy młodzież bardzo zmieniła się w tym czasie?

Oczywiście, wszyscy doświadczamy, jak zmieniają się zewnętrzne warunki naszego życia – i oczywiście dotykają one także serca człowieka. Wydaje mi się jednak, że człowiek nadal potrzebuje tego samego: miłości, czasu i – szczególnie młody człowiek – autorytetu, który go poprowadzi. Widzę jednak pewne nowe trudności.

Poprzez zmiany cywilizacyjne mamy zupełnie inny kontakt z dziećmi czy młodzieżą. Kiedyś młodzi ludzie szukali wyjścia z domu, chcieli się spotykać; teraz bardzo wiele osób zostaje zamkniętych w domu przy komputerze. Oczywiście, ludzie się komunikują przez internet czy telefon, ale to nie może zastąpić żywego spotkania. Taka izolacja generalnie człowiekowi szkodzi.

Wydaje mi się, że wypełnienie życia hałasem, nieustannie zmieniającymi się obrazami sprawia, że o wiele trudniej jest teraz młodym ludziom usłyszeć głos powołania. W tym jednak jednak jest wielka misja rodziny. Rodzice mogą tak ukierunkować swoje dziecko, że będzie otwarte na poszukiwanie wartości i głębokich relacji, także w swoim dorosłym życiu. Dużo się więc zmieniło, ale człowiek nadal tak samo płacze, przeżywa, cierpi i po prostu trzeba mu w tym towarzyszyć.

Czytaj więcej: 30 lat temu zginął pierwszy litewski pogranicznik

| Fot. Marian Paluszkiewicz

W jednym z wywiadów dla „Kuriera Wileńskiego” powiedział Ksiądz: „Choć większość ludzi kwalifikuje mnie jako Polaka z Polski, co jest oczywiście prawdą, to tę Polskę, z której wyjechałem, znam coraz mniej i czuję coraz mniej”. Czy teraz czuje się Ksiądz już Polakiem z Wileńszczyzny?

Nie próbuję siebie jakoś szufladkować, ale 30 lat to większość mojego życia i niemal całe dorosłe życie. To, co najważniejsze, przeżyłem na Litwie, tutaj mam przyjaciół, znajomych. Wiem, czym żyją Litwa i Wileńszczyzna, i to prawda – coraz mniej doświadczam realiów Polski. Owszem, mam kontakt z rodziną, wiem, co się w Polsce dzieje, z mediów, ale tu jestem zaangażowany. Odczuwam to, gdy wyjeżdżam do Polski. Po prostu ciągnie mnie na Litwę, moje życie jest gdzie indziej.

Często można też usłyszeć, że Polacy z Polski na Litwie inaczej, głębiej zaczynają rozumieć znaczenie patriotyzmu.

Kiedy coś ma się na co dzień, nie zauważa się tego tak bardzo. Zawsze miałem świadomość, że jestem Polakiem, że mam dbać o ojczystą kulturę, ale po przyjeździe na Litwę zobaczyłem, co to dbanie oznacza w praktyce. Polacy na Wileńszczyźnie pokazali mi, jak wielkie znaczenie ma polskość. Byłem pod ogromnym wrażeniem tego, że Polacy z Wileńszczyźnie znają wiele tradycyjnych pieśni, jak przekazują je swoim dzieciom.

To, jak bardzo moi rodacy troszczą się na Wileńszczyźnie o to, by ich kultura przetrwała, by przekazać ją kolejnym pokoleniom, bardzo mnie inspiruje i buduje. I czasem jest mi przykro, gdy przyjeżdża ktoś z Macierzy i nie potrafi tego poczuć, docenić.

Czytaj więcej: Tożsamość Polaka na Litwie jest nie do złamania

| Fot. Marian Paluszkiewicz

Rozmawialiśmy już o księdza pracy w małych parafiach, ale przecież od dawna jest Ksiądz proboszczem w Wilnie. Najpierw była Nowa Wilejka, a teraz chyba jedna z największych parafii na Litwie – Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Z jakimi wyzwaniami mierzy się Ksiądz na Antokolu?

Tak, parafia Piotra i Pawła jest bardzo duża i – przyznaję – bardzo prestiżowa, dlatego jestem wdzięczny księdzu arcybiskupowi, że mi zaufał. Posłał do parafii, w której większość stanowią Litwini, Polaka, i to Polaka z Polski, myślę, że było to pewne ryzyko. Taka wielkomiejska parafia jest rzeczywiście zupełnie inna niż te, w których wcześniej pracowałem. Jest w niej na pewno więcej anonimowości, ludzie trochę mniej się tutaj znają.

Z drugiej strony zorganizowanie duszpasterstwa nie jest wcale proste, bo mamy tu bardzo wiele chrztów, ślubów, niestety, także pogrzebów. Na terenie parafii jest też sześć szpitali, odwiedzamy więc także chorych. Musimy być do dyspozycji, a potrzeb jest naprawdę dużo. Na początku ogromnym wyzwaniem było dla mnie zdobycie zaufania parafian, zarówno Polaków, jak i Litwinów, i po czterech latach mogę chyba powiedzieć, że bardzo dobrze nam się współpracuje.

Ogromnym wyzwaniem jest też sama świątynia. To jeden na najpiękniejszych kościołów nie tylko na Litwie, lecz także w Europie, i chcemy go utrzymać w jak najlepszym stanie, dlatego rozpoczęliśmy remont fasady. Ale tak już jest, że gdy się coś robi, to znajdują się ludzie, którzy chcą pomóc, chcą się zaangażować, więc mam nadzieję, że z Bożą pomocą podołamy i temu.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 27(77) 03-09/07/2021