30 lat temu zginął pierwszy litewski pogranicznik

Do największej zbrodni doszło w Miednikach, ale napady w latach 1990-91 na posterunki pograniczników były częste
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Kiedy mówimy o litewskich ofiarach sowieckiej agresji, to przede wszystkim myślimy o 13 stycznia lub masakrze w Miednikach. Ofiar i ataków było znacznie więcej. Bardzo często dochodziło do ataków w rejonie solecznickim. 19 maja 1991 r. w rejonie solecznickim, w Krakunach, zginął Gintaras Žagunis, 43-letni litewski pogranicznik.

We wszystkich oficjalnych przekazach mówi się, że funkcjonariusza Gintarasa Žagunisa zastrzelili uzbrojeni mężczyźni. Czasami mówi się, że byli to sowieccy wojskowi. Litewski polityk Artūras Paulauskas, który w latach 1990–1995 pełnił funkcję generalnego prokuratora, pamięta trochę inną wersję wydarzeń.

– Tak, pamiętam tę sprawę. Jeśli się nie mylę, dosyć szybko znaleźliśmy sprawców. To był mieszkaniec Białorusi. O ile pamiętam – bardzo młody. Wówczas całą sprawę przekazaliśmy prokuraturze Białorusi, bo był ich obywatelem. Został osądzony, ale pamiętam, że wyrok był bardzo łagodny. Chyba dostał ok. sześciu lat. Bardzo się wówczas zdziwiłem. Nie pamiętam wszystkich szczegółów, ale ten mord nie miał podłoża politycznego. To był jakiś lokalny konflikt – komentuje dla „Kuriera Wileńskiego” Paulauskas.

Czytaj więcej: 13 stycznia oczami ówczesnych dzieci — także Polaków

Artūras Paulauskas
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Ataki na posterunki

W listopadzie 1990 r. przy Departamencie Ochrony Kraju stworzono Służbę Ochrony Granicy, która z czasem przekształciła się w Państwową Służbę Ochrony Granic. Nowo powołana instytucja zaczęła organizować punkty kontroli granicznej na granicy z Rosją, Łotwą i Białorusią. Oczywiście, te punkty miały charakter symboliczny, ponieważ realnych narzędzi kontroli wewnętrznej granicy z republikami związkowymi nie było. Sam jednak fakt powołania służby granicznej wywołał niezadowolenie Moskwy. Do pierwszego ataku doszło 17 grudnia 1990 r. na punkcie granicznym w Ejszyszkach. Wówczas pobity został szef zmiany Petras Pumputis, który został hospitalizowany. Do kolejnego ataku doszło kilka tygodni później, 11 stycznia 1991 r. Ogółem litewscy pogranicznicy w latach 1990-91 byli atakowani 18 razy. Do maja 1991 r. udało się uniknąć ofiar śmiertelnych, chociaż kilkakrotnie funkcjonariusze straży granicznej byli ostrzelani. Na przykład, 12 maja został wysadzony w powietrze domek, gdzie mieścił się solecznicki oddział straży granicznej, natomiast   21 marca zostali ostrzelani funkcjonariusze powracający z Miednik do Wilna. Trzech pograniczników zostało rannych.

Bardziej dramatyczny charakter przyjęły wydarzenia w maju. 5 maja do solecznickiego punktu kontroli granicznej przybył kapitan milicji A. Fijaź (imienia milicjanta nie udało się ustalić), który z pistoletem w ręku groził litewskim funkcjonariuszom. Trzy dni później Fijaź przybył do punktu kontroli granicznej z kałasznikowem. Ok. godz. 13-ej 18 maja Fijaź ponownie zaatakował z bronią w ręku punkt kontroli, ale został zastrzelony. Wówczas władze Litwy rozkazały wszystkim opuścić punkty graniczne. Niestety, z powodu błędu przełożonego rozkaz nie dotarł do Gintarasa Žagunisa, który dyżurował w punkcie granicznym w Krakunach. Ciało Žagunisa znaleziono z rana 19 maja. Ustalono, że został zamordowany między godziną 2.30 a 3.00 nad ranem. Pogranicznik został pochowany na cmentarzu Antokolskim. Žagunis już w 1990 r. wstąpił do Związku Strzelców i od samego początku zaczął pracować jako pogranicznik.

– Bardzo trudno było badać sprawy dotyczące napadów na punkty kontrolne. OMON nas nie uznawał. Uważali, że oddzieliliśmy się od radzieckiej prokuratury i działamy nielegalnie. Chociaż to właśnie tych kilku prokuratorów, którzy zostali wierni Moskwie, nie miało faktycznie żadnej władzy – podkreśla w rozmowie z naszym dziennikiem Paulauskas.

Były prokurator generalny powiedział, że tylko raz miał rozmowę z szefem wileńskiego OMON-u, Bolesławem Makutonowiczem.
– Pamiętam, że jakoś po 13 stycznia OMON zatrzymał ówczesnego szefa Departamentu Ochrony Kraju, Audriusa Butkevičiusa. Został zatrzymany nocą wraz z kierowcą i z rana pojechałem do siedziby OMON-u. Miałem długą rozmowę, ale udało mi się wyzwolić – wspomina Paulauskas.

Czytaj więcej: Sprawa 13 stycznia nadal budzi emocje

Straż graniczna odrodziła się w listopadzie 1990 r.
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Ostatnie napady

Ataki odbywały się praktycznie do końca czerwca. W atakach przede wszystkim brali udział przedstawiciele OMON-u albo sowieccy żołnierze. Władze Litwy po incydencie w Krakunach zwróciły się do prezydenta ZSRS Michaiła Gorbaczowa, ministra spraw wewnętrznych Borisa Pugo oraz ministra obrony Dmitrija Jazowa, aby wyjaśnić, kto daje rozkaz do ataków. Gorbaczow na wstępie oświadczył, że nie wydawał żadnych rozkazów. Pod koniec maja Pugo oświadczył, że wiedział o działalności wywrotowej OMON-u, ale obiecał, że osobiście będzie kontrolował działalność jednostki. Pod koniec czerwca faktycznie ataki na punkty graniczne ustały. Aż do 31 lipca, kiedy doszło do masakry w Miednikach, w ramach której na miejscu zostało zastrzelonych sześciu funkcjonariuszy. Kolejny zmarł 2 sierpnia w szpitalu. Życie udało się zachować tylko celnikowi Tomasowi Šernasowi. Uroczysty pogrzeb rozstrzelanych celników i pograniczników odbył się 2 sierpnia. Późniejsze śledztwo ustaliło, że winę za masakrę ponoszą szef ryskiego OMON-u Czesław Młynik oraz jego podopieczni: Andrej Laktrionow, Aleksandr Ryżow oraz Konstantin Michaiłow. Wszystkich sprawców litewski sąd skazał na dożywocie, ale karę w więzieniu odbywał tylko Michaiłow. Pozostali ukrywają się na terenie Rosji i Białorusi.

Do ostatniego ataku doszło 22 sierpnia w Kibartach, kiedy prosowieccy działacze próbowali przeprowadzić zamach stanu. Po przegranym puczu moskiewskim Litwa de facto i de iure została państwem niepodległym i odzyskała kontrolę nad wszystkimi granicami.