„Człowiek niemyślący jest ciężarem i zagrożeniem, także dla siebie”. Rozmowa z dyrektorem „Kalinowskiego” w Niemieżu

Zbigniew Maciejewski, dyrektor polsko-litewskiego Gimnazjum im. św. Rafała Kalinowskiego w Niemieżu, które w tym roku obchodzi 80-lecie, opowiada nie tylko o szkolnej społeczności, lecz także o zjawisku, które przekreśla misję szkoły. To duży problem, który rozleje się w przyszłości.

Czytaj również...

Apolinary Klonowski: Podczas gali jubileuszowej szkoły podkreślano trzy wartości: wiarę, miłość i nadzieję. Ale równie mocno wybrzmiało słowo „wielokulturowość”. Jak te dwa porządki – religijny i wielokulturowy – współistnieją w Niemieżu?

Zbigniew Maciejewski: Jeżeli mówimy o wierze, to my, Polacy, Tatarzy, prawosławni, starowiery [staroobrzędowcy – przyp. red.] wierzymy w tego samego Boga. Szkoła jest pod wezwaniem św. Rafała Kalinowskiego, co zakłada pewną koncepcję – ale jest też tolerancja. W ciągu bodajże pięciu lat mieliśmy w szkole nauczanie islamu na zajęciach pozalekcyjnych.

Jeżeli uczennice i nauczycielki z powodów religijnych noszą chustki na co dzień – problemu z tego nie robimy. Przyznam się jednak, że początkowo patrzyłem na to niejednoznacznie. Jestem zdania, że sprawa wiary to wewnętrzna sprawa człowieka i nie należy wystawiać tego na pokaz czy poklask. Na pojęcie wiary można zresztą spojrzeć bardziej uniwersalnie. Człowiek niewierzący też może być „wierzący” – może wierzyć we własne siły. Może wierzyć w to, że wszystko w życiu się dobrze ułoży, że da radę, że osiągnie to, co może osiągnąć, jeśli będzie pracował.

Podobnie z nadzieją. Podobnie z miłością. Te trzy hasła, które pan przywołał, są bardzo uniwersalne i każda osoba, która ma kręgosłup, może je przyjąć za swoje.

maciejewski-2026-05-16-4
Niemieska szkoła mieści się nieopodal wjazdu do Wilna | Fot. Apolinary Klonowski

Szkoła jest dwujęzyczna, polsko-litewska. Jak to wygląda w liczbach i w codziennej praktyce?

Mamy klasy z litewskim językiem nauczania i z polskim językiem nauczania. Celowo nie mówię „klasy litewskie” i „polskie” – bo z w takiej wypowiedzi formują się dwa obozy.

Dzieci z rodzin tatarskich uczą się w klasach z litewskim językiem nauczania. Jeżeli chodzi o proporcje – około 60 proc. dzieci uczy się w klasach z językiem litewskim [40 proc. – w klasach z językiem polskim – przyp. red.]. Niemież to taka miejscowość, że sporo mieszkańców po II wojnie światowej przyjeżdżało tu, aby żyć i pracować. Byli więc ludzie rosyjskojęzyczni, niekoniecznie Rosjanie – różnych narodowości, także Białorusini i Polacy, którzy niby są Polakami, ale nie znają języka ojczystego. Także tacy, którzy nie mają żadnej tożsamości narodowej, nie udawajmy, że takich ludzi nie było czy nie ma teraz.

Dzieci z takich rodzin do 2008 r. uczęszczały do pionu rosyjskiego – językiem nauczania był rosyjski. W 2008 r. pożegnaliśmy ostatnią klasę dwunastą, na następny rok nie zebraliśmy kompletu i wtedy rosyjskojęzyczna ludność zaczęła oddawać dzieci do klas litewskich.

Jak szkoła radzi sobie z tym, że dzieci z klas litewskich zaczynają naukę, nie znając języka? Mówmy otwarcie – obecna metodologia zakłada, że polskie dziecko zaczyna być uczone litewskiego tak, jakby to był jego język ojczysty.

Mamy nawet tak, że gdy dziecko z rodziny rosyjskojęzycznej przychodzi do zerówki, to przez zerówkę i pierwszą klasę uczy się języka litewskiego. To jest dla nich język wyuczony. I tutaj jest pewna różnica, której nie da się nigdy przekreślić. Nie da się zrobić z języka państwowego języka pierwszego. Język pierwszy to ten, którego pierwsze słowo dziecko usłyszało od mamy, od taty – to fiksuje się w głowie i w tym kierunku dziecko się rozwija. To musimy rozumieć jako odpowiedzialni pedagodzy.

Dyrektorzy innych szkół podkreślają, że metodologia nauczania litewskiego nie jest dostosowana dla uczniów z mniejszości. Czy Pan podziela tę opinię?

Zawsze coś można udoskonalić, nic idealnego nie ma. Podstawowa różnica polega na liczbie godzin nauczania w klasach początkowych – to jest jeden ważny aspekt. Poza tym język litewski dla ucznia, który na co dzień mówi w domu po polsku czy po rosyjsku, jest językiem wyuczonym – i tutaj już jest pewna różnica.

Byłoby zatem może uczciwiej, gdyby uczniowie szkół mniejszości narodowych mieli pewne ulgi przy egzaminach z języka litewskiego?

Sądzę, że tak. Byłoby to uczciwsze. Nie jest to jednak kompetencją szkoły. Jest to kompetencja rządu. A rząd to już polityka ekipy rządzącej. Niestety, pomimo różnych inicjatyw społecznych Związku Polaków na Litwie, Macierzy Szkolnej, innych organizacji społecznych, pomimo starań AWPL-ZChR [partia AWPL-ZChR jest obecnie w koalicji rządzącej i współtworzy rząd Republiki Litewskiej, wcześniej była w koalicji rządzącej w rządzie Sauliusa Skvernelisa – przyp. red.] na razie nie ma pozytywnych rozwiązań. Ale próbować trzeba.

A ostatnie propozycje Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związku Chrześcijańskich Rodzin dotyczące zachowania klas nawet tam, gdzie nie zbiera się wymagany komplet uczniów – to dobra propozycja?

Problem demograficzny istnieje nie tylko na Wileńszczyźnie i na Litwie, ale w całej Europie Zachodniej. Nie ma łatwych rozwiązań, są dwa wyjścia – albo zachowujemy małe szkółki, nie zważając na to, że to więcej kosztuje, albo dowozimy dzieci – co też kosztuje i zabiera sporo czasu, który dziecko mogłoby wykorzystać dla własnego rozwoju, odpoczynku, biegania po boisku z piłką.

Natomiast jeżeli mówimy o społeczności polskiej na Litwie – skoro mamy z Polską partnerstwo strategiczne, najlepsze układy, jakie dotychczas były w historii, skoro Polska decyduje się na otwieranie szkoły z trzema czy pięcioma uczniami, to może jest to jakieś rozwiązanie.

Jak szkoła dba o poczucie równości wśród uczniów, skoro większość szkoły jest litewskojęzyczna?

Trzymamy się parytetu. Imprezy są prowadzone 50/50, niezależnie od liczby uczniów. Ile zdań po litewsku, tyle zdań po polsku. Bez żadnej dyskryminacji. Mamy wspólne imprezy, nie oddzielamy, że ta dla klas z litewskim, a ta dla klas z polskim. Uważam, że to sprawiedliwy układ, lepszy niż działanie proporcjonalnie do liczby uczniów. Sprawiedliwość nie zawsze jest wyliczana matematycznie.

A jeżeli chodzi o pomoc materialną z Polski – wyprawki, plecaki, podręczniki – to dostają tylko klasy z językiem polskim?

W przypadku prezentów z Polski dostają je tylko klasy polskie, ale zrobiliśmy coś takiego – klasy litewskie otrzymywały podobne od litewskiej organizacji działającej dla oświaty we wschodniej Litwie. Jeżeli wręczanie darów uczniom z klas polskich przez Macierz Szkolną odbywało się publicznie, jako uroczystość, to jednocześnie wręczano nagrody dla uczniów z klas litewskich i nagłaśniano, skąd pochodzi pomoc i od jakiej organizacji litewskiej. Żeby nie było dyskryminacji. A jeżeli w pewnym roku strona litewska nie była w stanie zapewnić plecaków, to myśmy na uroczystości ich nie wręczali – zrobiono to na spokojnie, cicho, bez reklamy, w klasach. Żeby dzieci nie poczuły się w gorszej sytuacji.

maciejewski-2026-05-16-2
Gimnazjum im. św. Rafała Kalinowskiego w Niemieżu świętuje w tym roku swoje 80-lecie | Fot. Apolinary Klonowski

To chyba przykład, od którego mogłyby się uczyć inne szkoły wielojęzyczne?

Chyba tak. Jednak takich szkół jest bardzo mało. W rejonie wileńskim realnie są dwie dwujęzyczne szkoły polsko-litewskie, szkoła w Pogirach i jesteśmy my. Więcej chyba nie ma.

Częściej szkoły są sąsiadujące niż połączone.

Tak. Sąsiadujące, a nawet skrycie względem siebie wrogie.

Byłby Pan zwolennikiem łączenia takich organizmów?

Nie jestem przekonany. Chyba nie, bo każdy z modeli ma swoje zalety i wady.

Wróćmy do tego, co padło przy okazji gali – Polska Szkoła Wirtualna. To była inicjatywa właśnie Państwa gimnazjum.

Ta inicjatywa to był pomysł naszych pań – pani Ani Pawiłowicz-Janczys, pedagog specjalnej, i pani Krystyny Masalskiej, nauczycielki historii, która nadal pracuje w naszej szkole. Pani Ania już pracuje gdzie indziej – miała tu możliwość rozwoju, rozwinęła się i poszła wyżej. To właśnie te dwie panie zainicjowały to środowisko, to ich zasługa.

Szkoła nie ma określonego profilu, ale podczas jubileuszu można było zobaczyć spektakl oparty na „Małym Księciu”, inicjatywy plastyczne, sportowe. Czy jest jakiś kierunek, który wyróżnia „Kalinowskiego”?

Nie mamy profilu specjalizacji. Silniejsze strony wynikają z kompetencji i inicjatywy nauczycieli. Z naszych nauczycieli możemy być dumni. Mamy sporo inicjatyw nauczycieli od plastyki, WF-u, historii, polskiego, technologii – wszystkich nawet nie dam rady wymienić. Bierzemy udział we wszystkich olimpiadach i konkursach – na poziomie rejonu, kraju, w projektach międzynarodowych.

Wydaliśmy też swoje książeczki – trzy różne. To wynika z możliwości, chęci i inicjatywy nauczycielek. To one są liderkami społeczności, tak bym powiedział.

Przejdźmy do sprawy głośnej medialnie – telefony w szkole. Znamy stanowisko innych szkół. „Mickiewiczówka” zakazuje ich nawet na przerwach, w Rukojniach podobno również, inne mają elastyczny model „skrzynek” w czasie lekcji. Jakie jest podejście w gimnazjum w Niemieżu?

Od kilku lat mamy takie zasady, że uczniowie, gdy wchodzą na lekcje po dzwonku, kładą telefony w pojemniku, w skrzynce. To ten bardziej elastyczny model. Po lekcji je biorą i w czasie przerw mogą z nich korzystać.

Sądzę, że nie da się siłą, przymusem zabronić telefonów – bo nawet jeżeli ktoś odda jeden, to w kieszeni może mieć drugi. I tak się zdarza. Na przykład przy pracy samodzielnej. Widzę tu też zagrożenie ze strony AI, sztucznej inteligencji. Uczniowie korzystają z AI. Niby oddał telefon, a potem sprawdzam pracę samodzielną, widzę, że nie tak było uczone, wiem, że dziecko nie korzystało z kalkulatora, a rozwiązało. Pytam: jak, skąd? Nie potrafi wyjaśnić. I to jest problem, bo przekreśla podstawowy cel, po co w ogóle mamy szkoły.

Szkoły mają nie tyle nauczyć konkretnych dat, nazw geograficznych, liczb. Szkoła musi uczyć myślenia. AI nie uczy myślenia, daje tylko odpowiedzi. Mózg człowieka stworzony jest tak, że aby był postęp, musi być ciekawość. Człowiek musi szukać odpowiedzi. Jeśli ma je podane na tacy, nie wykonuje tej pracy, nie wyrabia nawyku reflektowania rzeczywistości. AI w pewnym sensie tę zdolność myślenia usypia. To jest duże wyzwanie dla nas, bo człowiek niemyślący jest ciężarem i zagrożeniem, także dla siebie.

Czy szkoła oczekuje zmian w prawie, żeby chronić młodzież przed uzależnieniem od technologii?

Proszę pana – zabroniony jest też alkohol dla osób poniżej 20. roku życia. Czy może pan powiedzieć, że młodzież nie kupuje, nie próbuje alkoholu?

Mniej niż za „moich czasów”, bo narracja się zmieniła, że to nie jest dobre. Ale narracja by się nie zmieniła, gdyby jednak nie było tych wszystkich zakazów.

Być może. Na przykład gry hazardowe działają podobnie. Możemy próbować ograniczać, ale człowiek w zasadzie jest hazardzistą. Pytanie, czy to jest tylko pojedyncza próba, czy to już nałóg. Możemy ostrzegać przed nałogiem. Zabronić nie da rady. Narkotyki – marihuana jest zakazana, a młodzież używa. Alkohol wychodzi z mody, ale „trawka” już całkiem się zadomowiła, jest traktowana jako nowa norma. Mówi pan, że narracja się zmieniła. Naszym celem i zadaniem szkoły jest ostrzegać i przestrzegać przed konsekwencjami – że nie wszystko, co jest na topie, jest pożyteczne i zdrowe. Formować pewne wartości. Na pierwszym miejscu jest bezpieczeństwo i zdrowie ucznia. Bo jak nie ma ucznia, to nie ma komu formować wartości. Musi być moralność.

Nie można po prostu przekazać wiedzy, a moralność zostawić na boku? Nie prościej?

To byłoby straszne. Proszę pomyśleć, ile taki człowiek może zła tą wiedzą wyrządzić. Tak jak z bronią – człowiek, który ma problemy psychiczne albo po prostu wyznaje ideologię zła, nie powinien mieć broni palnej, bo nie wiemy, co może z nią uczynić. Potężne narzędzie musi być tylko w rękach myślącej osoby o twardych zasadach etycznych.

Tak samo zresztą ze sztuczną inteligencją – widzimy, że zaniżyła próg wejścia dla osób, które często nie mają kompetencji, ale nie mają też moralności.

Niestety. Teraz tacy nie muszą mieć kompetencji, bo jest AI, a moralności wciąż nie mają i mamy liczne tego konsekwencje. W niektórych dziedzinach to przyniosło więcej problemów niż korzyści.

Wrócę do sprawy czytelnictwa i mediów. Jak wygląda czytelnictwo polskiej prasy w szkole?

Nie nakłaniamy nikogo do prenumerowania czy kupowania. Natomiast jeżeli chodzi o czytelnictwo w ogóle, w naszej szkole pani od biblioteki organizuje konkurs czytania dla klas początkowych. Czytamy jakąś ciekawą książkę, literaturę piękną odpowiednią do wieku, a potem piszemy streszczenie, omawiamy, nagradzamy. To jest zachęta do czytelnictwa.

Jednak mówimy o kryzysie czytelnictwa, kryzysie internetu. Książki są wymagane, a nie tylko rekomendowane, bo badania dowiodły, że bez czytania nie możemy wykształcić sprawnie myślącej osoby. Czy taka inicjatywa jak „Kurier Wileński”, polska gazeta, której jakość i „bezpieczeństwo” dla ucznia została nieraz udowodniona, mogłaby w jakiś sposób dotrzeć do uczniów?

Jeżeli „Kurier Wileński” ogłasza jakiś konkurs dla dzieci i dla młodzieży, to jak najbardziej – jeżeli ta informacja dotrze do nauczycieli, udział możemy wziąć i znajdziemy chętnych. Jeżeli chodzi o samo czytanie, to gazety raczej tracą na popularności, mamy internet. Chociaż mogę się pochwalić, że sam byłem związany z gazetą, z „Czerwonym Sztandarem”, czyli dzisiejszym „Kurierem Wileńskim”.

Czy w internecie młodzież czyta, czy raczej wybiera coś innego, to wiemy, że bywa różnie. Przejdźmy jednak dalej – wspomniał Pan o więziach z „Czerwonym Sztandarem”. Starsi czytelnicy pamiętają felietony „Idzie Maciej idzie”, a także scenki – to była Pana inicjatywa?

Raczej nie. Wyjątkowo może napisałem jeden albo dwa teksty. To były przede wszystkim felietony śp. Jerzego Surwiły. Autorów było wielu. Jednak to właśnie Surwiło jest kojarzony z tytułowym Maciejem. Kilka razy tylko odgrywałem tę postać – gdy były święta „Czerwonego Sztandaru” na Placu Katedralnym. Pasowałem wizualnie: z wąsami, z kijem. Jednak, że tak się wyrażę, mózg operacji to przede wszystkim wspaniały, nieodżałowany dziennikarz Jerzy Surwiło.

maciejewski-2026-05-16-3
Szkoła i uczniowie zazwyczaj aktywnie uczestniczą w życiu społeczności Polaków na Litwie (na zdjęciu: obchody 11 listopada 2025 r.) | Fot. Apolinary Klonowski

Długo jest Pan dyrektorem gimnazjum w Niemieżu?

Od 2004 r. Wcześniej pracowałem w „Syrokomli” (Gimnazjum im. Władysława Syrokomli w Wilnie) – w gimnazjum, które też ukończyłem. Najpierw pracowałem jako nauczyciel chemii, a potem półtora roku jako wicedyrektor. I czułem, że trochę jest to dla mnie za ciasne. Szkoła dobra, ale szukałem czegoś dla dalszej drogi. Stanąłem do konkursu właśnie w Niemieżu i wygrałem. W czerwcu będzie 21. rok mojej pracy jako dyrektora.

Jak te 20 lat ocenia Pan z perspektywy czasu? Co może Pan określić jako największy sukces?

To jest trudne do sprecyzowania. Ale chyba mogę zaznaczyć pewien pogląd – dobra szkoła to taka, w której dyrektora nawet nie widać, a szkoła pracuje jak szwajcarski zegarek.

I można to chyba o „Kalinowskim” powiedzieć. Widzimy, że będzie już trzecia dobudówka.

I ona zacznie być budowana już tego lata. Ale my tylko zgłaszaliśmy zapotrzebowanie – konkretną pracę wykonuje samorząd, czyli założyciel szkoły.

Skoro mowa o zarządzaniu – czy dobrze odczytuję, że jest Pan raczej zwolennikiem dialogu niż konfrontacji?

Proszę pana, gdybym był zwolennikiem konfrontacji, to 20 lat bym tu nie pracował. Wyleciałbym stąd z powodu skargi po pierwszym roku pracy. W tak wielokulturowym, newralgicznym środowisku nie można być człowiekiem konfrontacji. Nieważne, jak trudny jest temat, do wszystkiego dochodzi się rozmową. Jak mamy problem – rozmawiamy.

Braki kadrowe dotykają całego kraju – czy szkoła ich doświadcza?

Udaje się lawirować, ale jesteśmy na granicy wytrzymałości, jeśli chodzi o lituanistów – są zbyt przeciążeni pracą. Zarabiają, owszem, bardzo dobrze, ale mogą szybko się wypalić. Czyli to nie pieniądze są problemem, tylko że nie ma komu tych pieniędzy zapłacić. Szukaliśmy też logopedy i matematyka na przyszły rok szkolny.

Problem z logopedami jest spory. Ale mamy teraz panią z naszej szkoły, która studiuje i od września będzie pracować w tym zawodzie. Szkoła wypatruje osoby jeszcze na studiach, żeby przyciągnąć je do siebie. Tak samo mieliśmy z psychologiem – teraz mamy aż dwóch. Jedna pani psycholog to nasza była uczennica, po studiach przyszła do nas pracować. Pan psycholog miał w rejonie stypendium z obowiązkiem odpracowania trzech lat.

Czyli kroki podjęte kilka lat temu zaczynają przynosić efekt. Czy są inne pomysły na odciążenie nauczycieli?

Klonować! [śmiech] Na razie udaje się odciążyć sprawnym zarządzaniem. Jak będzie dalej? Zobaczymy.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 19 (53) 16-22/05/2026

Afisze

Więcej od autora

Wycieczka z Czarnego Boru w redakcji „Kuriera Wileńskiego”

W dniu 8 maja redakcję „Kuriera Wileńskiego” odwiedziła wycieczka uczniów z Czarnego Boru. To druga redakcyjna wycieczka Czarnoborzan w tym sezonie. Jednak, jak to bywa we wrzącym kotle informacji i zmian, jakim jest redakcja — każda wycieczka jest trochę inna.

Studenci z Łodzi w redakcji polskiego dziennika na Litwie

We środę 29 kwietnia naszą redakcję odwiedzili studenci z Uniwersytetu Łódzkiego, działający w kole naukowym pod egidą ejszyskiej politolog, dr Barbary Jundo-Kaliszewskiej.