Ilona Lewandowska: Jest Pan inicjatorem i redaktorem serii „Zostali na Wschodzie. Słownik inteligencji polskiej w ZSRS 1945-1991”. W 2024 r. ukazał się trzeci tom. Czy prace nad kolejnymi tomami są obecnie kontynuowane?
Adam Hlebowicz: Tak, prace nad kolejnymi tomami są kontynuowane. Czwarty jest już w końcowej fazie prac redaktorskich, za chwilę będziemy mieli jego skład, finalne poprawki i będzie gotowy do druku. Mam nadzieję, że najpóźniej jesienią trafi do księgarń. Wtedy też formalnie rozpoczniemy prace nad tomem piątym, choć mam już kilkanaście biogramów, które są zaawansowane, właśnie z przeznaczeniem ich do publikacji w tym tomie. Zamieścimy w nim po raz pierwszy także biogramy osób żyjących, czyli tych osób, które zaangażowały się w odrodzenie polskości w ZSRS w drugiej połowie lat 80. i na początku 90. Czy będzie to tom ostatni, trudno w tej chwili przesądzać, będzie to zależało głównie od tego, ile materiału do potencjalnego tomu lub tomów zgromadzimy.
Prezentacja drugiego tomu w Wilnie spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem. Czy planuje Pan przyjazd do Wilna również z kolejnymi tomami serii?
Tak, jak najbardziej. Od początku publikowania tej serii jednym z głównych założeń było konfrontowanie ich treści z środowiskami, których ta publikacja dotyczy czyli Polakami zza wschodniej granicy. Takie spotkania odbywały się w Wilnie, Mejszagole, Solecznikach, obowiązkowo chcę z kolejnymi tomami znaleźć się w Wilnie i innych miejscowościach Wileńszczyzny.
W pierwszym i drugim tomie Polacy, którzy pozostali po wojnie na Litwie, stanowią bardzo silnie reprezentowaną grupę. Czy w kolejnych tomach ich obecność jest równie znacząca?
Zdecydowanie tak. Wynika to z faktu, że na Litwie obok Ukrainy, gdzie dominuje Lwów, pozostała po wojnie największa ilość polskiej inteligencji. Choć ilościowo pod względem liczby Polaków dominują Polacy z Białorusi, tam jednak inteligencji pozostało stosunkowo niewiele, głównie było to duchowieństwo. Litwa sowiecka tym się wyróżniała na tle innych republik, że posiadała szkolnictwo polskojęzyczne, z czasem przybyła polonistyka, teatr, zespoły folklorystyczne, tu ukazywał się jedyny w całym ZSRS dziennik „Czerwony Sztandar” wydawany po polsku. Ta sytuacja powodowała, że do Wilna, do innych miejscowości ciągnęli Polacy z Białorusi, którzy chcieli, żeby ich dzieci uczyły się mowy swoich przodków. Jeśli chodzi o gazetę, teatr, czy znane zespoły śpiewaczo-taneczne to ich oddziaływanie wybiegało poza teren Litwy. „Czerwony Sztandar” miał swoich odbiorców praktycznie na całym ogromnym terytorium ZSRS. O ile w dwóch pierwszych tomach zamieściliśmy 43 biogramy Polaków lub osób związanych z językiem i kultura polską, a pracujących na Litwie, to kolejne dwa tomy przynoszą 37 takich biografii. Jak łatwo policzyć Litwa ma 80 swoich przedstawicieli w słowniku. To dużo i mało zarazem, bo mamy świadomość, jak wiele jeszcze osób powinniśmy opisać w naszej publikacji.
Jak wygląda proces opracowywania poszczególnych biogramów?
Najpierw powstaje lista osób, które chcemy opisać. Potem szukamy autorów do ich napisania i sprawdzamy, czy posiadamy wystarczającą bazę źródłową, aby dany biogram mógł powstać. Źródła są bardzo różne. To oczywiście archiwalia, choć pozyskanie ich np. z Białorusi czy Rosji jest w ostatnich latach praktycznie niemożliwe. Nie ma w tym względzie żadnych kłopotów w przypadku wszystkich trzech krajów bałtyckich, także z Ukrainy, mimo toczącej się tam wojny. Niezwykle cenne są wszelkiego rodzaju źródła narracyjne takie jak wspomnienia, dzienniki, listy, relacje. Dodają one barw życiowych naszych bohaterom, bo oprócz najważniejszych dat z ich życia możemy lepiej poznać, jakimi byli ludźmi, czym się pasjonowali, jakie mieli relacje rodzinne etc. Korzystamy także, coraz częściej, z informacji zawartych w internecie, czy nowoczesnych form przekazu jak filmy, audycje, programy radiowe.
Zdarza się, że po osobach pełniących ważne funkcje w polskiej społeczności pozostaje niewiele wspomnień czy dokumentów — jak w przypadku Kazimiery Likszanki. Z czego wynika takie zatarcie pamięci i jak można poszerzać dostępne informacje?
Kazimiera Likszanka jest w naszym indeksie osób niezbędnych do opisania od początku istnienia projektu. Jak dotąd mieliśmy za mało podstawowych danych, aby jej biogram umieścić w słowniku. Teraz jest duża szansa, że uda się tę lukę zapełnić, z jednej strony z archiwaliów Centralnego Archiwum Wojskowego, z drugiej — dzięki pomocy czytelników „Kuriera Wileńskiego”, którzy mogli zetknąć się z postacią tej nauczycielki matematyki w szkoła nr. 5 i 19 w Wilnie i Nowej Wilejce.
Ks. Twardowski w swoim znanym wierszu mówił o „śpieszeniu się w kochaniu ludzi, bo tak szybko odchodzą”. To mądre stwierdzenie odnosi się też do pracy historyków. Mój mentor prof. Tomasz Strzembosz mówił do nas, wtedy młodych adeptów historii z KUL — „panowie, źródła szybko odchodzą z tego świata, trzeba się śpieszyć, aby zdążyć ich nagrać, spisać, przeprowadzić rozmowę”. Inny wymiar ratowania przeszłości to nasze dokumenty rodzinne, fotografie, listy, które mogą się komuś wydawać już niepotrzebne, do wyrzucenia, a tymczasem dla historyków, ale i naszej wspólnej pamięci to są często bezcenne źródła.
W słowniku często pojawiają się odwołania do „Czerwonego Sztandaru” i późniejszego „Kuriera Wileńskiego”. Jaką rolę, Pana zdaniem, odegrała ta prasa w dokumentowaniu życia Polaków na Litwie?
Dzięki prasie zachowało się bardzo wiele świadectw minionego czasu. Kapitalną robotę prowadził przez wiele lat Jerzy Surwiło, najpierw w „Czerwonym Sztandarze”, a potem w „Kurierze Wileńskim”, namawiając czytelników do dzielenia się wspomnieniami o sobie i ludziach nieprzeciętnych. Dzięki czemu po latach mogła powstać książka „Zostali tu z nami na dobre i złe. Losy przedstawicieli przedwojennej inteligencji Wilna i Wileńszczyzny po 1944 r.”. Często są tam przytaczane same nazwiska, z niewielkim biogramem, ale to dobry punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Niekiedy ciekawą inspiracją do opisania osoby są listy z dawnego „Czerwonego Sztandaru”, chętnie drukowane przez redakcję (…).
W Pana badaniach pojawia się wiele postaci nauczycieli, których pamięć z czasem zanikła. Którzy pedagodzy — Pana zdaniem — wciąż czekają na przypomnienie?
Ich lista jest bardzo długa, zdecydowanie za mało mamy opisanych takich postaci w słowniku. Przy czym niekoniecznie musieli to być poloniści czy historycy, w wypadku których o odniesienie patriotyczne jest najłatwiej. Często byli to ludzie innych specjalizacji jak przywołana tu matematyczka Likszanka, opisani w słowniku chemiczka Idalia Żyłowska, czy łączący historię ze sportem Stanisław Mikonis. Świetni pedagodzy oddziałujący na dzieci i młodzież trafiali się w każdej specjalizacji i warto te postawy i działalność takich osób utrwalić dla potomnych na piśmie.

W trakcie prac nad kolejnymi tomami do zespołu autorów dołączają nowe osoby. Jak udaje się Panu zainteresować serią coraz większe grono autorów?
Jestem dumny z tego, że w przygotowaniu czterech tomów słownika wzięło udział już 50 autorów. To zawodowi historycy, częstokroć o ogromnym dorobku naukowym, zazwyczaj mocno związani z tematyką dawnych kresów Wschodnich Rzeczpospolitej. To działacze, dziennikarze, artyści mieszkający na co dzień na Litwie, Białorusi, Ukrainie, w Rosji. To wreszcie przedstawiciele rodzin osób, które zostały opisane w „Zostali na Wschodzie”. Oczywiście moim, i pozostałych współpracowników zadaniem jest zunifikowanie wszystkich tekstów, nadanie im podobnych kryteriów, tak aby słownik był spójny. Ten fantastyczny odzew ze strony autorów haseł jest także potwierdzeniem, jak bardzo nasza publikacja jest potrzebna, żeby utrwalić pamięć, często jest to jedyna forma utrwalenia wspomnienia o tych, którzy w najtrudniejszych warunkach opresji państwa sowieckiego potrafili zachować polskość. Warto w tym kontekście przywołać nazwiska takich nauczycieli jak Ludwik Kuczewski, Zbigniew Rymarczyk, Felicja Stecewiczowa, Anatol Waleszkiewicz ze Szkoły nr. 5 w Wilnie, czy z dawnej Szkoły nr. 11 — Nikodema Krasowskiego i Ludmiły Siekackiej, ze szkoły nr. 19 — Haliny Mikołajówny, Weroniki Skupiowej, Zofii Szulc-Rzeszowskiej, Heleny Wasilewskiej, a także pedagogów Anatola Korniuka oraz Heleny i Ryszarda Kuźmów z Landwarowa, Teresy Myszko w Podbrodzia, Reginy Ciechanowicz z Trok, czy Jadwigi Montwiłłówna-Żotkiewicz z Nowej Wilejki. Ta lista jest oczywiście o wiele bogatsza i od Państwa, Czytelników „Kuriera Wileńskiego” wiele zależy — kogo powinniśmy jeszcze opisać w naszej wielotomowej publikacji.
Czy czytelnicy „Kuriera Wileńskiego” mogą w jakiś sposób włączyć się w współtworzenie słownika, np. poprzez przekazywanie wspomnień, dokumentów lub rodzinnych archiwaliów?
Bardzo o to proszę. Jeśli macie państwo w pamięci osoby, które Waszym zdaniem powinny być zapisane na tych kartach, posiadacie swoje wspomnienia, relacje innych, ciekawe dokumenty, fotografie, może jakieś większe opracowania czy dzienniki, proszę o kontakt bezpośrednio ze mną, adam.hlebowicz@ipn.gov.pl, lub za pośrednictwem redakcji gościnnego „Kuriera Wileńskiego”.




