Tomasz Snarski, człowiek orkiestra. Komu zawdzięcza Wilno?

W trakcie festywalu dyrektor jest otwarty na każde spotkanie i rozmowę z drugim człowiekiem

Celem naszego przedsięwzięcia jest przede wszystkim umożliwienie spotkania poprzez kulturę z drugim człowiekiem – mówi Tomasz Snarski, dyrektor artystyczny festiwalu „Wilno w Gdańsku” (3–5 września), a na co dzień adwokat, doktor nauk prawnych, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego, ale także filozof, publicysta, wrażliwy poeta.

Im bliżej rozpoczęcia festiwalu „Wilno w Gdańsku”, tym kalendarz dyrektora Snarskiego staje się coraz bardziej napięty. Jeszcze to trzeba załatwić, tam zadzwonić, z tamtym się spotkać. Dla magazynu „Kuriera Wileńskiego”, który jest oficjalnym medialnym partnerem festiwalu, pan Tomasz potrafi jednak znaleźć czas. Spotykamy się w jego gabinecie na Uniwersytecie Gdańskim. Wystrój nie pozostawia złudzeń, ku czemu mocniej bije serce gospodarza. Na ścianach plany Wilna, afisze poprzednich festiwali, dyplomy, podziękowania, wreszcie fotografie wileńskich przodków.

Dyrektor Snarski jest dla dziennikarza nie tyle wdzięcznym rozmówcą, ile wręcz samograjem. Wystarczy włączyć dyktafon, gdy pełen pasji opowiada o festiwalowych planach, celach, ale i o swoich wileńsko-gdańskich korzeniach, licznych zamierzeniach, a także zamiłowaniach. Potem trzeba tylko przelać te opowieści na papier, by i Czytelnicy mogli dowiedzieć się o jego…

Tomasz Snarski przy portretach wileńskich przodków

pomyśle na festiwal

Festiwal „Wilno w Gdańsku” odbywa się już po raz 18. Jego dyrektorem artystycznym jestem drugi rok, ale tak naprawdę za program odpowiadam już trzeci raz z rzędu. Festiwale to twory żywe, zatem ich formuły w sposób naturalny przechodzą przemianę. Ważne jest dla mnie, by „Wilno w Gdańsku”, jako wydarzenie o ugruntowanych tradycjach, otworzyć na młode pokolenia i nowe środowiska. Jedną z moich pierwszych decyzji było, aby obok polskiej nazwy festiwalu oficjalnie używać także litewskiej. Publikujemy też program w języku litewskim. Nie ma piękniejszego okazania szacunku dla drugiej kultury, jak zwrócenie się do kogoś w jego ojczystym języku.

Jednocześnie doceniamy dorobek poprzednich edycji. W ubiegłym roku zaprezentowaliśmy album poświęcony historii festiwalu. Obecna formuła „Wilna w Gdańsku” ma sporo nowych akcentów. Jest rodzajem kompromisu pomiędzy awangardą a formułą popularną. W większym stopniu integrujemy jarmark wileński z działaniami artystycznymi. Tak by ktoś zainteresowany sztuką ludową mógł przyjść także na spotkania literackie, a ktoś zainteresowany literaturą mógł pozostać na koncertach popularnych zespołów. Jednocześnie kładziemy nacisk na budowanie panelu eksperckiego i podkreślamy znaczenie literatury, pokazując jej rolę w tłumaczeniu naszej tożsamości gdańskiej i wileńskiej. Od trzech lat szukamy odpowiedzi na pytania, czym jest ta tożsamość i jak o nią dbać.

Co roku na festiwalu są gdańszczanie o wileńskich korzeniach, Polacy oraz Litwini z Wilna, i wspólnie staramy się rozmawiać o tym, co nas łączy, a co jeszcze oddziela, i co możemy zrobić, by się lepiej zrozumieć. Nie zadawalamy się tylko przeżyciem estetycznym, ale chcemy wejść głęboko i zadać sobie pytania o nasze wspólne wartości. Co możemy zrobić, by zmieniać świat na lepsze?

Moją szerszą ideą jest też przekazanie, że korzenie humanizmu europejskiego mają charakter nie tylko śródziemnomorski, lecz także bałtycki. Budujemy w Gdańsku taki areopag dialogu wokół humanizmu bałtyckiego. „Wilno w Gdańsku”, oprócz działania stricte festiwalowego, ma być symbolem bałtyckiej tożsamości, humanizmu rozciągającego się pomiędzy Wilnem a Gdańskiem.

Osobiście ważne jest dla mnie wyeksponowanie idei hospicyjnej. Pokazanie, że hospicjum ma swoje miejsce w szeroko pojętej kulturze jako przejaw cywilizacji, kultury, troski o każdego człowieka. To wiąże się z tym, co osobiście wyznaję w życiu, czego doświadczam i co chciałbym pokazać. Dlatego nie zabraknie na naszym festiwalu wileńskiego Hospicjum im. bł. ks. Michała Sopoćki i s. Michaeli Rak.

Oczywiście, łączenie projektów kultury elitarnej z popularną nie jest łatwym zadaniem, ale wierzę, że ta formuła się broni, bo mamy coraz więcej przyjaciół, coraz większe zainteresowanie. W tym roku aż 15 podmiotów w różny sposób współuczestniczy w naszym festiwalu, na czele z Ambasadą Republiki Litewskiej w RP. W mediach, także ogólnopolskich, jest coraz więcej informacji o „Wilnie w Gdańsku”. Dzięki temu wiele osób zaciekawia się Wilnem. W ubiegłym roku podchodzili do mnie ludzie z Warszawy, Poznania, nawet z zagranicy i mówili, że to niezwykle ciekawe, co robimy, że u nich nie ma czegoś podobnego.

Czytaj więcej: Dlaczego Gdańsk jest najbardziej wileńskim miastem na świecie?

Dyrektor„WILNA W GDAŃSKU” przed telewizyjną kamerą

gdańsko-wileńskich korzeniach

Urodziłem się i wychowałem w gdańskiej dzielnicy Letnica. Przed wojną był w niej znaczący odsetek polskiej ludności w Wolnym Mieście Gdańsku. Polacy stanowili około połowy mieszkańców. Była polska szkoła, katolicki kościół. Po wojnie ta wielokulturowa część miasta była zasiedlana, podobnie jak cały Gdańsk, przez ludzi z różnych stron, także z Wilna i Wileńszczyzny.

Można zatem powiedzieć, że od urodzenia wychowywałem się w miejscu, gdzie międzykulturowość była codziennością. Do tego jeszcze doszła pamięć o wileńskich korzeniach części mojej rodziny. Moi prapradziadkowie, Maria i Marcin Bakszas, osiedlili się w Wilnie na początku ubiegłego wieku, wybudowali piękny dom. W międzywojennym Wilnie wychowywali dzieci w polskiej kulturze i katolickiej religii, chociaż ich małżeństwo było polsko-litewskie i katolicko-ewangelickie. Dla nich miasto nad Wilią było domem i ojczyzną.

Rodzina Bakszasów była dość liczna. Jedna z ich córek, moja prababcia Marta, wyszła za mąż za Polaka z Mazowsza, mojego pradziadka Czesława Zygmunta, który przyjechał do Wilna odbyć służbę wojskową, a osiedlił się na stałe. W Wilnie się pobrali, a rok przed wojną urodziła się im córka Basia, moja babcia. Mieszkali przy dawnej ul. Mysiej 3.

Świat tej rodziny został brutalnie zniszczony przez wojnę, podczas której spłonął ich dom. W tym roku byłem na placu, gdzie stał. Jeszcze zachowała się kamienica przy Mysiej 4 z polską nazwą, ale po naszym domu, niestety, nie ma śladów. Po II wojnie światowej, tak jak wielu Polaków z Litwy, dziadkowie ewakuowali się do Polski. Świadomie nie używam słowa „repatriacja”, które sugerowałoby, że powrócili do ojczyzny.

Już jako dziecko wiedziałem, że moja babcia ze strony taty pochodzi z terenu dawnych kresów Rzeczypospolitej. Wiedziałem, że moja tożsamość nie jest tylko stąd, że jest też takie miasto jak Wilno, że Matka Boża Ostrobramska jest mi szczególnie bliska. Znam wiele wspomnień babci z okresu wileńskiego, m.in. o spacerach na Zakrecie z ojcem czy wspólnych rodzinnych modlitwach w Ostrej Bramie, a także o wyjazdach na wieś pod Wilnem. Zawsze dostawałem jakieś albumy o Wilnie, pamiątki, ten temat żył.

Nikt mnie do Wilna specjalnie nie zachęcał, a jednocześnie całe życie byłem w tej tradycji wileńskiej kształtowany. I chociaż moi przodkowie pochodzą z różnych stron, to najżywsza jest we mnie spuścizna wileńska. Taki ze mnie po prostu wileński gdańszczanin.

Pod koniec podstawówki babcia Basia zabrała mnie na pielgrzymkę na Litwę. Byliśmy w Kownie, w Szawlach, na Górze Krzyży. No i oczywiście w Wilnie. Ostra Brama, Rossa, katedra z kaplicą św. Kazimierza, no i kościół pw. Ducha Świętego. Do dziś żyją we mnie wspomnienia tamtego wyjazdu. Swój tomik poezji, wydany w 2016 r. w Wilnie, zadedykowałem „Babci Basi, której zawdzięczam Wilno”.

Wychowując się w Letnicy, znałem kilka osób, które określały się gdańszczanami, ani Niemcami, ani Polakami. Mówili pięknie po polsku z takim niemieckim „r”. Dzięki nim mogłem zrozumieć sytuację autochtonicznych Polaków w Wilnie. No bo jak Polakom w Wilnie można powiedzieć, że oni nie są u siebie? To tak, jakbym powiedział to tym gdańszczanom, do których dzielnicy sprowadzili się moi przodkowie.

Wiedziałem, że Polacy na Wileńszczyźnie mają problemy związane z zagwarantowaniem praw mniejszości, i po prostu z potrzeby serca postanowiłem im pomóc na tyle, na ile to możliwe. Złożyłem do Parlamentu Europejskiego petycję w sprawie praw językowych Polaków na Litwie. To było w 2011 r., byłem jeszcze młodym asystentem na Uniwersytecie Gdańskim. Zawsze podkreślam, że nie skierowałem mojej petycji przeciw komukolwiek, lecz na rzecz praw człowieka, a konkretnie moich rodaków na Litwie. Petycja była procedowana wiele lat, przyczyniając się do nagłośnienia problemu na forum europejskim oraz ukazania, że w sprawie prawa do pisowni imion i nazwisk w języku ojczystym tak naprawdę chodzi o godność i prawa człowieka. Osobiście ubolewam, że wciąż ta sprawa nie została prawnie załatwiona. Oczywiście, trzeba odnotowywać każdą poprawę relacji między naszymi państwami, bez wątpienia można ją dostrzec obecnie, ale nie można nie zauważyć, że w kwestii praw językowych nie posunęliśmy się do przodu.

Czytaj więcej: Gdańskie święto ulicy Litewskiej

Festywalowa Pogawędka z dyrektorem Snarskim

uczeniu się człowieka

Celem każdego przedsięwzięcia kulturalnego powinno być ukazanie piękna człowieczeństwa i wyjście ku drugiemu człowiekowi. Postaranie się, by go poznać i zrozumieć. „Uczę się ciebie, człowieku” – jak pisał w swoim wierszu Jerzy Liebert. Uczymy się więc siebie wzajemnie. Wiadomo, że „Wilno w Gdańsku” ma swoje oczywiste zadania: zintensyfikowanie współpracy, kultywowanie przyjaźni, podtrzymywanie tradycji i więzi, pokazywanie dorobku artystycznego twórców z Gdańska i Wilna, nawiązywanie kontaktów. Ale w gruncie rzeczy chodzi o możliwość spotkania poprzez kulturę z drugim człowiekiem.

Wychodzimy z poziomu makro, spotkania polsko-litewskiego, gdańsko-wileńskiego, a dochodzimy do spotkania mikro, człowieka z człowiekiem. To ma być szerokie, otwarte, szczere spotkanie. Forum, jakiego dzisiejszy świat bardzo potrzebuje. Dlatego jest tu miejsce i dla hospicjum, i dla młodych zespołów litewskich, dla różnych kultur i religii, ale i naszych polskich tradycji z Wilna. Jeśli festiwal miałby być tylko formą prezentacji osiągnięć bez prawdziwego spotkania ludzi, to moim zdaniem nie miałby sensu.

Festiwal „Wilno w Gdańsku” jest formułą instytucjonalną, organizowaną przez miasta partnerskie, Gdańsk i Wilno, ale poza formalnymi ramami angażuje się w niego wiele osób, często społecznie. Dają z siebie coś więcej, nie oczekując nic w zamian, bo kochają swoje miasta.

Chciałbym szczególnie wspomnieć Ryszarda Adamowicza, który jeszcze podczas ubiegłorocznej edycji dzielił się z nami miłością do ukochanego Wilna. Uosabiał w najpiękniejszy sposób gdańsko-wileńską tożsamość. Był naszym przyjacielem, zawsze obecnym. Rozmowa z nim oraz panią Teresą Adamowicz, nagrana i emitowana w ubiegłym roku, pokazuje, jak wielkie znaczenie ma nasz festiwal także dla utrwalenia pamięci o historii i losach wilnian, którzy po 1945 r. musieli opuścić ukochane miasto nad Wilią.

Festiwal jest dla Gdańska imprezą priorytetową i mimo pandemii się odbędzie. Część gości będzie stacjonarnie, z częścią będziemy się łączyć online, ale najważniejsze, że impreza już po raz 18. jest i można powiedzieć, że wchodzi w dorosłość. Nasz program jest naprawdę różnorodny, od koncertów, poprzez pokazy filmowe, po jarmark i spotkania literackie.

Pokażemy wielokulturowość naszych miast. Z jednej strony będziemy mieli dwie połączone wystawy plenerowe poświęcone Tatarom litewskim, z drugiej – wystąpi żydowski zespół Fajerlech z Wilna. Będzie też, w ramach cyklu rozmów, panel o tożsamości bałtyckiej. Zaplanowana jest dyskusja o książkach podejmujących trudną tematykę Holokaustu, w tym rozmowy z litewską autorką Anetą Anrą i Iloną Lewandowską, dziennikarką „Kuriera Wileńskiego”.

Wreszcie ogromnie się cieszę, że przyjadą litewscy Polacy, że ich twórczość żyje. Będą też młodzi Litwini, którzy opowiedzą o swoim życiu. Staramy się pamiętać o każdym. Wierzę, że festiwal przyczynia się do umacniania więzi gdańsko-wileńskich i polsko-litewskich. Może w przyszłości uda się stworzyć nowe formuły i projekty, które jeszcze pogłębią naszą współpracę.

A tymczasem jestem wdzięczny wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do tego, by Wilno w Gdańsku kolejny raz się odbyło. Iki pasimatymo Gdanske!


Fot. Bożena Kisiel, Jarosław Tomczyk


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 36(103) 07-10/09/2021