Stanisław Widtmann: „Ktoś tam u góry wyraźnie mnie lubi”

To cytat z Kurta Vonneguta, amerykańskiego pisarza i publicysty. Słowa te stanowią przesłanie wystawy malarstwa Stanisława Widtmanna w Ambasadzie RL w Warszawie, którą udostępniono w grudniu ub.r. Stanisława Widtmanna poznaliśmy jako redaktora naczelnego „Słowa Wileńskiego”, wiceministra kultury, a następnie attaché ds. energetyki i infrastruktury w Ambasadzie Litwy w Warszawie. Tylko nieliczni mieli okazję poznać go jako malarza i miłośnika sztuki i natury.

Stanisław Widtmann
| Fot. archiwum prywatne

Z wykształcenia jest Pan jednak biologiem. Czy ten zawód jest obecny w pańskiej przestrzeni życiowej?

Zawsze wykazywałem zamiłowanie do przyrody, dlatego też, wybierając kierunek studiów, zdecydowałem się na biologię na Uniwersytecie Wileńskim. Wpływ na podjęcie tych studiów miał brat mojej mamy, Olgierd Małachowski, który był jednym z prekursorów na Litwie badań nad rakiem i kierował Instytutem Biochemii Litewskiej Akademii Nauk. Na imieniny dostawałem od niego zawsze książkę o tematyce biologicznej. Po ukończeniu studiów, do 1991 r., pracowałem w Instytucie Ekologii, prowadząc badania na pierwotniakach. Zajmowałem się morfologią tych jednokomórkowych organizmów oraz ekologią.

Niektórzy ludzie w dzisiejszych czasach nie umieją czerpać radości z obcowania z przyrodą, bo mieli z nią sporadyczny kontakt, który nie wystarczył do wyrobienia odpowiedniej wrażliwości, dlatego niezmiernie istotne jest to, co się wynosi z domu.

Ja z domu wyniosłem miłość i szacunek do przyrody. Mieszkaliśmy w Wilnie, na Zarzeczu, obok mieliśmy piękny Belmont, Wilenkę. Rodzice kochali naturę i odkąd pamiętam wywozili nas z siostrą na każde wakacje na wieś, gdzie nad Mereczanką w otoczeniu lasów odpoczywaliśmy na łonie natury. Do dziś ogromnym sentymentem darzę to miejsce i jak tylko mam możliwość, wracam tam już ze swoją rodziną. Szczególnie piękna jest Mereczanka między Jaszunami a Rudnikami.

Jaka jest genealogia pańskiej rodziny? Widtmann to rzadkie nazwisko…

Nazwisko mam po dziadku, Janie Widtmannie, który był Czechem i podczas I wojny światowej został wcielony do armii austro-węgierskiej. Walczył na wschodnim froncie, był ranny i trafił do niewoli rosyjskiej. Legion czeski w Rosji został uformowany z jeńców Czechów. Miał swoje dowództwo. Podczas porewolucyjnej wojny domowej Czesi poparli gen. Aleksandra Kołczaka w jego walkach z bolszewikami, którzy próbowali, zresztą bez sukcesu, rozbroić Czechów.

Po porażce Kołczaka Czesi przebijali się Koleją Transsyberyjską na Wschód. Na stacji w Tobolsku stały obok siebie dwa pociągi, w jednym byli Czesi, a w drugim uciekający z Moskwy przed bolszewikami, wśród nich moja babcia, Stanisława Lubkiewicz. Babcia pracowała w Moskwie jako sekretarka u swego starszego brata Józefa, który był urzędnikiem w ostatnim rządzie tymczasowym Georgija Lwowa i odpowiadał za lasy carskiej Rosji. Postój pociągów trwał długo i los sprawił, że Czech Jan i Polka Stanisława zakochali się w sobie. Dalej już razem dotarli do Władywostoku, a stamtąd do Harbinu w Chinach, stąd okrętem przez Cejlon, Ocean Indyjski, Kanał Sueski, Morze Adriatyckie, Triest do Czech, a następnie po paru latach, babcia, już z mężem Czechem, wróciła na Wileńszczyznę. Tutaj był majątek rodzinny babci, Wielka Posolcz, tam przyszedł na świat mój ojciec, moja ciotka. Stąd pochodzi teraz litewska gałąź Widtmannów.

Wróćmy do Pana kariery zawodowej – wraz z nastaniem wolnej Litwy w 1991 r. otwierały się nowe możliwości i powstała nowa polska gazeta, „Słowo Wileńskie”…

To była inicjatywa ówczesnego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” Dariusza Fikusa. On sam urodził się w Polsce, większość życia mieszkał i pracował w Warszawie, ale do Wilna przyjeżdżał jako dziecko wraz z rodzicami w latach okupacji niemieckiej. Do Wilna czuł ogromny sentyment. I wpadł na pomysł, że szanse, które on sam miał po upadku komunizmu, tworząc „Rzeczpospolitą”, trzeba w jakiś sposób rozpowszechnić u Polaków na Litwie. Inicjatorem powstania spółki po stronie litewskiej był Czesław Okińczyc, ja zostałem redaktorem naczelnym.

Gazeta była przez dwa lata na rynku, od 1994 do 1996 r. To nie był długi czas, ale udało nam się stworzyć dobrą gazetę, wokół której zgromadziliśmy zespół młodych i zdolnych ludzi. Bardzo wspierali nas dziennikarze „Rzepy” [czyli „Rzeczpospolitej” – przyp. red.]. Było to rzetelne, dobre dziennikarstwo i udało się nam zająć ważne miejsce w polskim środowisku na Litwie.

Niestety, po śmierci Dariusza Fikusa zdecydowaliśmy o zamknięciu gazety, również z powodu nierentowności. Nie mieliśmy sponsorów, nie było reklam czy jakichś dotacji. Wiele jednak osób pracujących kiedyś w „Słowie” nadal odnosi sukcesy dziennikarskie czy polityczne, wspomnę choćby Aleksandra Radczenkę.

Czytaj więcej: Łódzcy projektanci w Wileńskiej Akademii Sztuk Pięknych

Pracując w „Słowie Wileńskim” na stanowisku redaktora naczelnego, dał się Pan poznać jako osoba wyróżniająca się charyzmą, komunikatywnością, kreatywnością. Był Pan rozpoznawalny i wzbudzał zaufanie w środowisku Polaków na Litwie. Myślę, że to zadecydowało, że powierzono Panu funkcję w rządzie RL na stanowisku wiceministra do spraw mniejszości narodowych w Ministerstwie Kultury.

Litwa jest krajem wielokulturowym, zamieszkuje ją wiele różnych grup narodowościowych. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości ożywiło się też życie obecnych tu mniejszości narodowych, które się zorganizowały i które powinny mieć kogoś w rządzie, instytucję, która ich reprezentuje i przedstawia ich sprawy na forum rządowym. Największa jest oczywiście polska społeczność, ale są też rosyjska, białoruska oraz mniejsze, ale historycznie bardzo związane z Litwą – Tatarzy, Karaimowie, Romowie czy, można by rzec, egzotyczne mniejszości, uzbecka i tadżycka.

Działający w ramach Ministerstwa Kultury departament, oprócz wspierania działalności kulturalnej organizacji mniejszościowych, proponował też rządowi rozwiązania prawne wynikające z międzynarodowych aktów prawnych w zakresie praw mniejszości narodowych.

Jednak przez lata polskiej mniejszości nie udawało się załatwić pozytywnie jej postulatów, jak chociażby dotyczących pisowni nazwisk w oryginalnej wersji. Trwało to niemal trzy dekady…

Mogę tylko wspomnieć, że podczas mojej pracy w Departamencie Mniejszości Narodowych, a potem w Ministerstwie Kultury, były co najmniej trzy podejścia do ustawy o mniejszościach narodowych, w którym były zawarte postulaty dotyczące oryginalnej pisowni nazwisk czy podwójnego nazewnictwa miejscowości, gdzie mniejszości stanowią 30 proc. Niestety, w tamtym czasie nie było woli politycznej, nie udawało się. Teraz są sprzyjające warunki, Litwa zbliżyła się z Polską. Łączy nas partnerstwo strategiczne w wielu dziedzinach.

Łączy nas też wiele projektów. Pan został delegowany do pracy w Ambasadzie RL, gdzie pełnił początkowo funkcję attaché ds. energetyki, teraz komunikacji i łączności.

Z Polską mamy wiele wspólnego: projekty energetyczne, infrastruktury, nie wspominając już o wspólnocie interesów w zakresie polityki zagranicznej. To są bardzo pozytywne zmiany. Został zrealizowany projekt LitPol Link, czyli polsko-litewskie połączenie energetyczne. Następnym bardzo ważnym etapem jest odłączenie się krajów bałtyckich, również Litwy, od systemu energetycznego, który jest zarządzany z Moskwy, i przyłączenie się, zsynchronizowanie z systemem zachodnioeuropejskim. Bez udziału Polski jest to niemożliwe.

Nowy projekt to położenie kabla podmorskiego, tzw. Harmony Link, który już jest realizowany. W założeniu Harmony Link ma łączyć stację elektroenergetyczną w Dorbianach (Darbėnai) na Litwie z Żarnowcem w Polsce. Większa część kabla będzie przebiegać po dnie Morza Bałtyckiego. Bardzo ważny jest litewsko-polski projekt gazowy GIPL, który obecnie jest na ukończeniu. Wszystkie te prace przebiegają harmonijnie.

Tak samo jest w zakresie infrastruktury. Bardzo ważne dla Polski i Litwy, ale też dla krajów bałtyckich, są połączenia komunikacyjne, takie jak Via Baltica czy Via Carpatia. Inną strategiczną inwestycją jest Rail Baltica – kolejowa linia dużej prędkości, będąca elementem transeuropejskiego korytarza transportowego, łącząca torami: Helsinki, Tallin, Rygę, Kowno, Warszawę. Pociągi będą mogły jeździć z prędkością do 200–250 km/h. To są bardzo istotne inwestycje, które będą miały przełożenie nie tylko na życie gospodarcze tych krajów, lecz także na rozwój społeczny, kontakty transgraniczne, na powstanie prywatnych biznesów.

Obecnym miejscem Pana pracy jest Ambasada RL w Warszawie, która z końcem ubiegłego roku, w okresie bożonarodzeniowym, przeistoczyła się w galerię. Odbyła się w niej wystawa pańskich obrazów. Malarstwo to Pana pasją od lat. Jak wyglądała inicjacja w świat sztuki? Kiedy rozpoczęła się u Pana artystyczna pasja?

Malowanie, rysunek są moim zamiłowaniem od dawna. Zawsze wypełniały mi wolny czas. Myślę, że tę malarską pasję również odziedziczyłem po czeskim dziadku, Janie, który z wykształcenia był artystą plastykiem. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Czechach, zresztą w okresie międzywojennym pracował jako wykładowca rysunku w Wilnie. Ja, niestety, nie mogłem mojego dziadka poznać, bo zmarł podczas II wojny światowej, ale zachowały się jego niektóre prace, które są cennymi pamiątkami w moim rodzinnym domu.

Ja sam maluję od lat. Teraz, będąc tutaj na placówce, wolne wieczory i weekendy spędzam przy płótnach. Nieoczekiwanie dla mnie padła propozycja, abym swoje prace zaprezentował publicznie. Ambasada litewska w Warszawie ma bardzo ładne pomieszczenia, obszerne sale, w których wystawiane są prace malarskie, odbywa się tu dużo różnych wystaw, przez ambasadę prowadzona jest działalność kulturalna. Dzięki uprzejmości pana ambasadora i kolegów mogłem zorganizować tam swój wernisaż. To była ogromna radość i satysfakcja, bo nie spodziewałem się takiego odzewu. Na otwarcie wystawy przybyło sporo osób, którym spodobały się moje prace, i to mnie zachęciło do tego, aby dalej malować.

Czytaj więcej: Renata Dudeń-Dajnowicz: „Ubiór ma służyć. Fajnie, jeśli jest też sztuką”

Pana malarstwo nie jest stricte amatorskie. Kształcił się Pan w tym kierunku.

Nie była to Akademia Sztuk Pięknych, ale będąc w szkole średniej, uczęszczałem równolegle do szkoły plastycznej. Chciałem nabyć wiedzę fachową, poznać techniki malarstwa i rysunku. To była czteroletnia edukacja, gdzie były wykładane: historia sztuki, rysunek, grafika, malarstwo, rzeźba. Pełny zakres form artystycznych. Wykładowcami byli profesorowie, którzy na co dzień wykładali w ówczesnym Instytucie Sztuk Pięknych.

Jak wygląda Pana warsztat pracy? Jakie metody stosuje Pan, malując obrazy?

Maluję farbami akrylowymi. Pozwalają szybko pracować, bo to są farby wodne, szybkoschnące. Technika w zasadzie jest podobna do techniki malowania farbami olejnymi. Efekt też uzyskuje się podobny.

Maluje Pan portrety, postacie, ale są też obrazy abstrakcyjne, które wymagają myślenia przestrzennego, pracy kolorem, formami. Który styl jest Panu bliższy? I co jest dla Pana inspiracją?

Nie przywiązuję się do jednej techniki, jednego motywu czy sposobu malowania. To zależy od nastroju i inspiracji. A inspiruje mnie literatura, natura albo jakieś spostrzeżenie, impresje. I zgodnie z tym stosuję taką albo inną technikę, w sensie takim, że są to prace abstrakcyjne albo realistyczne.

A portrety i postacie – w jaki sposób trafiają na płótno?

Częstokroć maluję z pamięci. Sądzę, że mam w sobie umiejętność zapamiętywania, taką pamięć fotograficzną. Ale też plastyczną, która pozwala, w jakimś sensie, odtworzyć charakterystyczny szczegół, ruch, mimikę, kształty. Oczywiście, ważna jest technika tworzenia, ale cała istota obrazu polega na twórczym aspekcie. Podobnie jak pisarstwo czy muzyka, również sztuki plastyczne opierają się na elemencie twórczym; trzeba kierować się wyobraźnią, poczuciem piękna, swoistą estetyką, kolorystyką. W zasadzie o malowaniu trudno się rozmawia. To trzeba zobaczyć, odbierać emocjonalnie.

Czy ma Pan swojego ulubionego malarza, którego prace się Panu wyjątkowo podobają, inspirują?

Dużo było takich malarzy reprezentujących różne formy i okresy. Ja sam maluję różne obrazy – kompozycje figuratywne, abstrakcyjne i trochę popart, więc inspiracje są różne. Bardzo sobie cenię Edwarda Hoppera, amerykańskiego malarza, którego twórczość przypadała na okres międzywojenny. Jego obrazy dają wewnętrzne wyciszenie, oferują lakoniczność, sugestywność wizji przy jednoczesnej oszczędności środków wyrazu. Bardzo też mnie inspiruje twórczość Brytyjczyka Davida Hockneya, w szczególności jego prace z lat 70.–80. XX w.

Pięknie Pan mówi o sztuce. Ma Pan wspaniałą rodzinę. Z żoną Renatą podzielacie wiele zainteresowań, wartości. Wyobrażam sobie, że ściany waszego wileńskiego domu pełne są pańskich prac i że będą mogli je zobaczyć również nasi rodacy na Litwie…


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 5(15) 05/02-11/02/2022