Renata Dudeń-Dajnowicz: „Ubiór ma służyć. Fajnie, jeśli jest też sztuką”

Renata Dudeń-Dajnowicz to projektantka ubiorów, właścicielka marki R-Duden, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi oraz Szkoły Plastycznej im. Justinasa Vienožinskisa w Wilnie. Jest w ciągłym procesie tworzenia, nieustannie zaangażowana w przeróżne branżowe projekty. Dla „Kuriera Wileńskiego” znalazła chwilę na rozmowę.

| Fot. archiwum prywatne Renaty Dudeń-Dajnowicz

Czy można to nasze spotkanie zacząć od słów: „Modą interesowała się od zawsze, gdy była mała, szyła ubranka dla lalek, lubiła się stroić i przebierać, to była jej ulubiona zabawa…”?

Może powiem tak, że moda była zawsze ze mną. Pochodzę z rodzinnej dynastii krawieckiej i szewskiej. Już prababcia była znana ze swych zdolności na całe miasto. Babcia pracowała w Wilnie, była krawcową w znanym salonie „Lelija”, a potem w „Fabrika Ramune” przy ul. Dominikańskiej (w czasach sowieckich Garelio), dziadek był szewcem w salonie „Batas”. Moja mama Łucja w tejże samej „Ramune” została już konstruktorem krawieckim o wyższych kwalifikacjach i ma za sobą współpracę z różnymi znanymi projektantami mody na Litwie.

A ja, cóż, można powiedzieć pociągnęłam tę tradycję, spełniłam moje i mamy marzenie – zostałam projektantką ubioru. Strojenie lalek to była tylko zabawa w szycie. Żyjąc w takiej rodzinie, jako dziecko pochłaniałam łapczywie wiedzę. Mając niespełna 10 lat, umiałam szyć na maszynie i owerloku, i nikt mnie tego nie uczył. Robiłam to potajemnie przed mamą, bo oszalałaby ze strachu. Mówiła, że maszyna to nie zabawka. Lubiłam też zaglądać do mamy do pracy, gdzie podglądałam, jak się tworzy cudeńka.

Po ukończeniu szkoły średniej zdecydowała się Pani na studia w Łodzi, na Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego. Łódź to szczególne miasto w Polsce, ośrodek przemysłu włókienniczego. Z Łodzią związany jest też Stanisław Moniuszko, kompozytor pieśni „Prząśniczka”, która stała się oficjalnym hejnałem Łodzi. Czy ta historia miasta miała jakiś wpływ na decyzję studiowania właśnie tam?

Przyznam się, że wcześniej nie znałam historii Łodzi. Wiedziałam tylko, że chcę zostać projektantką i kształcić się w tym kierunku. Przygotowywałam się do tego. Gdy miałam 13 lat, poszłam do szkoły plastycznej i ukończyłam ją eksternistycznie. Brałam dodatkowe kursy rysunku akademickiego i malarstwa u znanego mistrza, Wiktora Szocika. Pomogły mi one poznać sztukę obszerniej i nie bać się szukać swego stylu. Miałam też szczęście poznać naszego rodaka, wspaniałego człowieka i artystę Roberta Bluja, który pracował w naszej szkole i był nawet wychowawcą naszej klasy maturalnej. On mi pomógł przygotować się do egzaminu z plastyki, za co jestem mu ogromnie wdzięczna.

Na początku chciałam studiować na wileńskiej akademii, jednak później pomyślałam, że spróbuję za granicą, w Polsce, aby zażyć przygody i usamodzielnić się. Łódź zawsze była bliskim mi miastem. Tu mieszka część rodziny mego dziadka i często ich odwiedzaliśmy. Znałam to miasto dobrze.

By studiować na takim kierunku, trzeba mieć zdolności plastyczne i techniczne, a także zmysł estetyczny, fantazję. Czego uczy szkoła w tym zawodzie?

Nauczanie w ASP zasadniczo różni się od studiów na innych uczelniach. Tu wszyscy są jak wielka rodzina. Ty rośniesz jako osobowość i twórca. Profesorowie są dla ciebie wzorem, a zarazem stawiają na ciebie, że zostaniesz indywidualnością i odnajdziesz swój styl. To doświadczenie i kontakt z ludźmi, który otrzymałam w akademii, są bezcenne i zostaną ze mną na całe życie. Wspominam te lata z ogromną miłością i zachwytem. Tu nauczono mnie wszystkiego, co potrzebne jest człowiekowi sztuki: wyczucia estetycznych kompozycji, korzystania z faktur, poczucia proporcji i ruchu. Konstruowania i szkicowania ubioru.

| Fot. archiwum prywatne Renaty Dudeń-Dajnowicz

Czy zgodzi się Pani z twierdzeniem, że sam talent w tym zawodzie nie wystarczy? To praca dla osoby, która jest kreatywna, ma zmysł artystyczny, ale jednocześnie bardzo dobrze zna rynek i potrzeby klienta. Musi stale kształcić się, śledzić trendy, znać podstawy rysunku żurnalowego i technicznego oraz szycia. Powinna znać języki, gdyż zawód projektanta wiąże się z licznymi podróżami. Jednym słowem, projektant mody to zawód dla artysty, który obserwuje trendy, ale musi też mieć wiedzę biznesową.

Zgadzam się z tym jak najbardziej. Talent wrodzony jest bardzo ważny, ale też trzeba go rozwijać i nie dawać mu leniuchować. Wiedza jest bezcenna. Ciągłe kształcenie się i doświadczanie dają możliwość realizacji pomysłów. Projektant, moim zdaniem, musi mieć dużą wyobraźnię i wiedzieć, co się dzieje w danym czasie w świecie mody. Być znawcą proporcji i kolorów. Wiedzieć wszystko o szyciu i tkaninach. Ciągle być w temacie.

Wielu osobom mającym tylko pieniądze i poruszającym się swobodnie w biznesie, ale niemającym nawet minimalnych podstaw wiedzy na temat ubioru, wydaje się, że mogą nazywać siebie projektantami mody. Człowiek, który nie zna całego procesu powstania ubioru, nie ceni ludzi, którzy biorą udział w tym procesie tworzenia, nie może nazywać siebie profesjonalistą. Wielu takich „projektantów” zwyczajnie kopiuje, nie chcę nazywać tego dosadniej.

W czasie studiów byłam ambitna i po ich ukończeniu chciałam tworzyć coś awangardowego, coś, co byłoby moją wizytówką (zresztą miałam dobre pomysły). Z czasem zrozumiałam, że to, co potrzebne jest ludziom, to ubiór, w którym czują się dobrze. Ubiór ma służyć człowiekowi. Fajnie jest, jeżeli jest to też dzieło sztuki, które kryje się pod prostotą. Jest oryginalne i niepowtarzalne.

Z modą wiąże się cały przemysł modowy. W modzie, snobistycznie rzekłszy, ważne są nazwiska i miejsca, jak Mediolan, Nowy Jork, Paryż czy Londyn, które uchodzą za najważniejsze ośrodki mody. Czy śledzi Pani pokazy, czy inspirują Panią?

Oczywiście, to nieodłączna część mojej pracy. Wielkie domy mody dyktują trendy na każdy sezon. Wytyczają nurty. Zawsze można poszukać w nich jakiejś inspiracji dla siebie.

Którego projektanta lubi Pani szczególnie?

Lubiłam zawsze Johna Galliano i Alexandra McQueena – to moi faworyci, awangardziści. Podobało mi się też to, co tworzył dla włoskiego domu Fendi i dla swego brandu Karl Lagerfeld. W młodym pokoleniu też są uzdolnieni i twórczy ludzie, jak: J.W. Anderson, Bruno Sialelli czy francuski projektant Olivier Rousteing. Mogłabym wymieniać bez końca, czyje prace mnie zachwycają.

Projektant mody to nie tylko osoba projektująca stroje, to także specjalista od krawiectwa i menedżer, który potrafi zorganizować pokaz. Pani już ma swoją markę. Czy organizuje Pani swoje pokazy? Jak to wygląda na naszym rynku?

Jeszcze nie tak dawno robiłam pokazy, lecz nie miałam zamiaru projektować na dużą skalę. Swój brand założyłam tylko dla klientów indywidualnych. To jest moja największa pasja, pracować z klientem sam na sam. Wtedy dopiero tworzę. A wszywka z moim imieniem na ubiorze – to jak podpis autora na obrazie. Ciągle wątpię w sens większych kolekcji. Rynek jest tak przepełniony różnymi markami. Nie ma tam miejsca dla indywidualności. To taka masowość, że się w niej gubię. Wolę pracować z teatrami i animatorami, z ludźmi, którzy cenią ubrania uszyte od projektanta, a nie kupione w sieciówce.

Czytaj więcej: Fanatycy modelarskiego hobby będą mieli swoje święto

W dorobku ma Pani wystawy i jest Pani ceniona w branży. Była Pani stylistką na planie paru filmów, jak również pracowała Pani w „Užupio teatras” jako projektantka i wykonawczyni kostiumów teatralnych. To musi być interesujące wyzwanie.

Najlepiej pracowało mi się z reżyserką teatralną Ritą Urbonavičiūtė. Kobieta geniusz. Rozumiałam jej wizje i potrafiłam urzeczywistnić je w kostiumach. Pandemia, niestety, zatrzymała naszą współpracę, lecz nadal mamy plany tworzyć razem. Zrobiłyśmy mnóstwo kostiumów dla dzieci oraz dorosłych aktorów. Kulminacją naszej współpracy była wystawa kostiumów do spektaklu „Niebezpieczne związki”, na której pojawiły się też moje szkice i obrazy.

Przez lata nabyła Pani doświadczenie w branży i teraz dzieli się nim z innymi, chcącymi wejść w świat mody.

Dla mnie, młodej dziewczyny, guru w tej branży była moja mama. Zawdzięczam jej wszystko. Nauczyła mnie podstaw i ciągle jest przy mnie. Rozumiemy się bez słów. Ja swoją wiedzą też chętnie dzielę się z młodzieżą, gdy zwraca się do mnie o pomoc. Prowadziłam ponadto kursy projektowania ubioru dla dorosłych. Ale najbardziej polubiły mnie dzieci, gdy miałam zajęcia szycia w szkółce prywatnej. Dziewczynki były zachwycone moimi pomysłami i wspólną pracą.

Obecnie ma Pani swoje studio projektowania ubioru, nawet swój brand R-Duden dla indywidualnych klientów. To jest duże osiągnięcie przy tak dużej konkurencji i masie towarów na rynku.

Właśnie dzięki mamie zaryzykowałam, żeby pracować samodzielnie i być niezależną od innych firm. W swoim studio „Individum” mogę sama wybierać klienta i tworzyć to, co nam się podoba. Mając przy sobie tak dobrego konstruktora, mogę pozwolić sobie na wszystko. Wspólnie z mamą wykonujemy takie projekty, do których potrzebna byłaby cała drużyna fachowców. Jesteśmy szczęśliwe i spełnione w tym wspólnym projekcie.

| Fot. archiwum prywatne Renaty Dudeń-Dajnowicz

Współpracujecie też z innymi firmami. Chyba największym sukcesem jest widzieć zadowolenie klienta, czerpać satysfakcję z tego, że mu się podoba.

Zadowolenie klienta na pewno jest wielką satysfakcją za starania i wysiłek. Ale kiedy ten klient jest z tobą przez 5–10 lat, a czasami i więcej, to jest to naprawdę cenne. Wystarczy powiedzieć, że zagraniczna marka A Mere Co z Nowego Jorku, z którą pracujemy ponad pięć lat, ma wszystkie nasze kolekcje. Wszystko, co jest uszyte dla tej firmy, ma początki w naszym studio.

To teraz prosimy o fachowe porady. Okiem znawcy, czy każdy ubiór jest dla każdej kobiety?

Na pewno ubiór trzeba dopasować do stylu życia, typu figury, cery, koloru włosów. Ubiór też dostosowujemy do okoliczności, do miejsca, do którego się udajemy. Każda kobieta może wyglądać dobrze i nieważny jest wiek czy figura. Na pewno szczupłym paniom to nie sprawia takiego kłopotu jak otyłym. Ale fachowiec może doradzić. Często ludzie sami mają dobry gust i poczucie stylu.

Jak Pani postrzega dzisiejszą ulicę? Wydaje się, że ludzie, szczególnie młodzi, lubią eksperymentować i bawić się modą.

Młodość zawsze jest odważniejsza i pełna polotu. Tym bardziej że młody człowiek może sobie na więcej luzu pozwolić. Młodzi często bawią się modą, poszukują swojego stylu. To pomaga podkreślić osobowość, wyróżnić się. Byle nie przesadzić. Osoba dorosła musi bardziej uważać, aby wyglądała na ubraną, a nie przebraną. Istnieje dress code, z zasadami ponadczasowymi. Inny jest ubiór do biura, w innym się idzie po zakupy, inny zależny jest od uroczystości. Nieodpowiednie jest to, że np. ludzie idący do teatru są ubrani w zwyczajny spacerowy, uliczny strój, np. dżinsy i sweter. Nie musimy zakładać drogich rzeczy, ale wyglądać schludnie i elegancko każdy może. Natomiast dzisiejsza ulica jest mało różnorodna.

Czytaj więcej: Daniel Zmitrowicz: Hobby stało się moim zawodem

Jak cię widzą, tak cię piszą. Okazuje się, że sposób, w jaki się ubieramy, mówi wiele o naszej osobowości. Co sygnalizuje nasz ubiór?

Wygląd jest bardzo ważny i wbrew pozorom to pierwsze wrażenie, jakie ktoś na nas wywrze, jest istotne. Ubranie sygnalizuje, jakimi zasadami się kierujemy, które normy respektujemy, a których nie. Jaki mamy stosunek do siebie, do innych, do otaczającego świata. Ubiór też pokazuje nasz status i wychowanie. Zadbany i ładnie ubrany człowiek wywiera miłe odczucia.

Ubiór wpływa też na naszą psychikę, samopoczucie…

Pandemia wiele zmieniła w tym względzie. Nie chce nam się dbać o siebie jakoś szczególnie. Jesteśmy przygnębieni, rozleniwieni. Pandemia zweryfikowała zatem, dla kogo tak naprawdę się ubieramy, jeśli ani znajomi, ani współpracownicy nas nie oglądają, to po co mamy starać się, aby ładnie wyglądać.

Projektant to artysta. Czy ma Pani jeszcze inne artystyczne zamiłowania, pasje?

Moją pasją jest malarstwo i szycie. Malarstwo, niestety, obecnie zeszło na dalszy plan z powodu nadmiaru pracy w studio krawieckim. W wolnej chwili wracam do niego. Tego nie można zapomnieć, to miłość na zawsze. Jestem bardzo wdzięczna Galerii „Znad Wilii” i jej właścicielce, Wandzie Oleksy, za tyle poparcia i akceptacji mojej twórczości. Nie spodziewałam się, że moje prace zyskają takie uznanie i będą się podobać tylu ludziom.

A rodzina, mąż i syn, jaki mają stosunek do artystycznej mamy?

Mąż Mirosław – dla którego właśnie podjęłam decyzję o powrocie na Litwę, bo przeważyła miłość – też ma duszę artystyczną. Ukończył szkołę muzyczną, ale nie pracuje w zawodzie. Obydwaj z synem Oskarem wspierają mamę i rozumieją, że wracam w nocy umęczona ślęczeniem nad projektem. Przyszłość pokaże, kim zostanie syn, czy będzie kontynuatorem rodzinnej tradycji. Na razie jest pełen różnych zainteresowań, wśród których prym wiedzie sport.

Czytaj więcej: Dominika Wasilewska o tajemnicach wina. „Le Beaujolais Nouveau est arrivé!”


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 3(9) 22-28/01/2022