O wojnie na Ukrainie z pierwszych ust

Ina Vuich z mamą męża Haliną Vuich oraz z córką i synem, a także z przyjaciółką i jej dwojgiem dzieci uciekli z ukraińskiej Winnicy na Litwę. Zamieszkali w Trokach u Vytautasa Zelieckasa, właściciela gospodarstwa agroturystycznego Wieś Vytautasa.

Ukrainka Ina Vuich.
„Żeby spokojnie walczyć, swoje żony, dzieci i matki mężczyźni odsyłają dalej od wojny, żeby były bezpieczne” — opowiada „Kurierowi Wileńskiemu” Ina Vuich
| Fot. Mariusz Pyż

Ludzie żyją w schroniskach, piwnicach

— Miasta ukraińskie wyglądają teraz bardzo różnie. Dzisiaj ludzie żyją w schronach, piwnicach, w metrze pod ziemią. Tam też rodzą się dzieci. Gdy wyjeżdżaliśmy z Ukrainy, nasi mężowie pozostali tam, żeby bronić swego miasta, swojej ojczyzny. Nasi mężowie nigdy nie mieli w rękach broni, mój mąż nawet nie był w wojsku. Ale gdy nastąpiła wojna, mężczyźni uważają za swój obowiązek obronić swój dom. Ale żeby spokojnie walczyć, mężczyźni swoje żony, dzieci, matki przeprawiają dalej od wojny, żeby były bezpieczne — opowiada „Kurierowi Wileńskiemu” Ina Vuich.

Jak mówi, bardzo ciężko jest wszystko zostawić, ale w takiej chwili nie myśli się o tym, że zostawia się dorobek całego życia.

Tam zostało ich życie

— Tam wszystko zostało. Tam nasze życie zostało — płacze Ina.

Rzeczy zbierali bardzo szybko, ponieważ ciągle słychać było wybuchy, ciągle atakowali rosyjscy żołnierze. Na jakiś czas cała rodzina Vuich znajdowała się u rodziców mieszkających poza miastem, chowali się w piwnicy ich domu.

Czytaj więcej: Walka o Ukrainę, walka o Europę

Przez kilka dni siedzieli w piwnicy

— Przez kilka dni i nocy siedzieliśmy wszyscy w piwnicy. Byliśmy wystraszeni, nie rozumieliśmy, co się dzieje, nie wiedzieliśmy, co robić. Potrzebowaliśmy kilku dni, żeby ochłonąć i podjąć decyzję ucieczki. Wiadomości z każdą godziną były coraz straszniejsze i w ciągu pół godziny postanowiliśmy, że trzeba uciekać — wspomina Ina Vuich.

Droga do Polski była bardzo ciężka

Kobieta mówi, że droga była bardzo ciężka, niebezpieczna. Po raz pierwszy w tak długą i niebezpieczną drogę kobiety wyjechały same bez mężów. Kolejka przed granicą to około 25 km. W samochodach czekają kobiety i dzieci. Rodzina do Polski jechała dwie doby. Dopiero gdy przekroczyły granicę Polski, poczuły ulgę, poczuły się bezpieczne.

„Coraz trudniej wierzyć w to, że się jeszcze spotkamy” — mówi Halina
| Fot. Mariusz Pyż

Mężczyźni prawie nie rozmawiają

— Nasi mężczyźni prawie nic nie mówią, są bardzo poważni. Gdy dzwonię do męża, on ze mną o niczym nie rozmawia. SMS dostaję zawsze o podobnej treści: jestem żywy, zdrowy, noc przeszła normalnie, bronimy domu, mieszkanie nasze jeszcze stoi, kota nakarmiłem — opowiada ze łzami w oczach.

Halina Vuich mówi, że na Ukrainie został jej syn. Matka nie chciała wyjeżdżać, nie chciała go zostawiać.

– Mówiłam mu, że nigdzie nie pojadę, zostaję z nim. Rozumiem: on mężczyzna, on musi zadbać o rodzinę, musi ich zabezpieczyć. Mówiłam mu, że chcę być z nim, takich jak ja tam dużo, dużo zostało tam naszych przyjaciół. Tam teraz moja przyjaciółka zbiera kołdry dla ochotników, dla żołnierzy. Najbardziej mnie boli brak syna — mówi rozgoryczona mama Halina.

W miastach nie milkną wystrzały

W ukraińskich miastach nie milkną wystrzały. Tysiące ludzi opuszcza domy, zniszczone są bloki, szkoły, budynki instytucji publicznych. Na ulicach leżą ciała zabitych ludzi, wszędzie mnóstwo rannych, słychać płacz, lament i krzyki.

— Widok na ulicach Ukrainy jest przerażający. Pod ziemią, w piwnicach, metrach śpią ludzie z chorymi dziećmi, sami ranni. To straszne… Ciągle wsłuchujesz się, kiedy zaczną znów bombardować, jak latają wojskowe samoloty. Tego nie da się przekazać w słowach. Ja, jako matka, będąc tam na miejscu, martwiłam się bardziej o dzieci i wnuków niż o siebie. Oczywiście cieszę się, że wnuki i synowa są bezpieczni, ale serce zalewa się krwią, gdy pomyślę, że mój syn jest tam — mówi Halina Vuich.

Droga jak w filmach o wojnie

Jak mówi, droga z Ukrainy do Polski wyglądała jak w strasznych filmach o wojnie, gdzie skazani idą na śmierć.

— Gdy żegnaliśmy się, to ich pożegnanie, obietnica, że się spotkamy — wierzysz w to. Coraz trudniej wierzyć w to, że się jeszcze spotkamy — mówi Halina.

Dziękują za pomoc

Ukrainki ze łzami w oczach dziękują za pomoc.

— To są wspaniali ludzie, gościnni, szczerze martwią się o nas, przeżywają i ty wtedy zaczynasz rozumieć, że nie jesteś sam, że masz kogoś, kto ci pomoże, podtrzyma. Ta pomoc bardzo nam pomaga nie tylko materialnie, ale duchowo. Czujemy, że ludzie martwią się o nas, myślą o nas. Nawet nie myślałam, że tak może być. Nami zaopiekowali się zupełnie obcy ludzie. Stworzyli nam wspaniałe warunki do życia, pomagają nam we wszystkim. Jesteśmy bardzo wdzięczni tym ludziom, co nas przyjęli, a także wszystkim tym, którzy pomagają innym naszym rodakom. Wielkie Bóg zapłać za waszą dobroć. Niski pokłon — dziękuje Halina Vuich.

Ina Vuich z mamą męża, Haliną Vuich, oraz z córką i synem, a także z przyjaciółką i jej dwojgiem dzieci uciekli z ukraińskiej Winnicy na Litwę
| Fot. Mariusz Pyż

Mieszkańcy Litwy nie są obojętni na to, co dzieje się na Ukrainie

Prawie 9 na 10 Litwinów zgadza się, że musimy pomóc uchodźcom wojennym z Ukrainy w znalezieniu bezpiecznego schronienia. Ponad połowa z nich deklaruje zapewnienie tymczasowego schronienia Ukraińcom uciekającym przed wojną we własnych domach. Już ponad tysiąc osób w różnych miastach kraju zaoferowało swoje domy uchodźcom wojennym z Ukrainy i liczba ta stale rośnie.

Unika tematu o wojnie

— Staram się nie poruszać tematu wojny, ponieważ gdy tylko zaczynamy o tym mówić, to w ich oczach widzimy łzy. Staramy się nie rozdrapywać tej rany. Staramy się ich integrować u nas, żeby dobrze się czuli. Oczywiście czasami rozmawiamy z nimi na temat wojny, ale bardzo dyskretnie, bo, jak oni mówią, najtrudniej było zostawić swój dom i wyjechać — powiedział Vytautas Zelieckas, właściciel gospodarstwa agroturystycznego Wieś Vytautasa, który zaopiekował się rodziną z Winnicy.

Ks. Górlicki zaopiekował się rodziną z Ukrainy

Ksiądz prałat Wojciech Górlicki, proboszcz parafii kościoła pw. św. św. Piotra i Pawła w Wilnie, „Polak Roku 2020” i jego parafianie zaopiekowali się jedną z pierwszych rodzin uciekających przed wojną z Ukrainy. Rodzina jest wystraszona i w wielkim szoku.

— Ta rodzina, która została przyjęta przez naszą parafię, to jest mama, córka i syn córki, czyli wnuk. Pochodzą z okolic Lwowa, przyjechali do nas w niedzielę, jechali dwie noce. Szli pieszo 11 kilometrów. Ich mężczyźni są na Ukrainie. Ratując siebie i dziecko przyjechały do nas na Litwę i są tutaj bezpieczne, chociaż oczywiście w tej sytuacji są też pełne niepokoju o swoich bliskich, o swoją rodzinę — mówi ks. Górlicki w rozmowie z naszym dziennikiem.

Czytaj więcej: Ks. Wojciech Górlicki: Bądźmy dla siebie braćmi i siostrami. To jest istota tych świąt