Tamtego życia już nie ma. O uchodźcach wojennych

Mówiło się o nich zawsze bardzo dużo. Trwały dyskusje na temat każdego kryzysu migracyjnego. Rok 2015 jest zaś uznawany za początek najpoważniejszego kryzysu migracyjnego w Europie naszych czasów. Kraje, z których przede wszystkim napływali wówczas uchodźcy, to Syria, Afganistan i Irak.

Polacy przyjęli setki tysięcy uchodźców pod swój dach. Przy polsko-ukraińskiej granicy nie powstał ani jeden masowy obóz
| Fot. ADOBE STOCK

W czerwcu 2015 r. światło dzienne ujrzały wyniki sondażu polskiego Centrum Badania Opinii Społecznych pt. „Polacy wobec problemu uchodźstwa”. Na pytanie o to, czy Polska powinna przyjmować uchodźców z państw objętych wojną, zdecydowana większość – 72 proc. ankietowanych – odpowiedziała twierdząco. Jednak jak czytamy dalej w tym samym raporcie: „W przeważającej mierze pozytywny stosunek do udzielania pomocy uchodźcom może być jednak w przypadku znacznej liczby badanych czysto deklaratywny, gdyż odnosząc się do konkretnych sytuacji, w których Polska miałaby włączyć się w międzynarodową pomoc cudzoziemcom, znacznie rzadziej akceptują tego typu zaangażowanie”.

Głębokie pokłady empatii

Jeszcze do niedawna myślano o nich: obcy, niebezpieczni, nieobliczalni. Zaleją nasz kraj, wzrośnie przestępczość. Często powtarzającym się sloganem było: „zabiorą nam pracę”. Stawali się bohaterami nagłówków niektórych gazet i kipiących nienawiścią wpisów na forach internetowych. Każdy o nich mówił i każdy był na ich temat ekspertem. To ludzie, których trzeba się bać lub odwrotnie – należy im pomagać bez względu na konsekwencje. W 2015 r. uchodźców w Polsce było ok. 7 tys. I wówczas Polska była rzeczywiście podzielona. Jednak od tamtego czasu narastała ogólna tendencja polegająca na ostrożnej akceptacji: „skoro już muszą u nas być”.

To, co się wydarzyło po 24 lutego 2022 r., dniu wybuchu wojny na Ukrainie, przeszło wszelkie wyobrażenia. Przez granicę polsko-ukraińską zaczęli przechodzić uchodźcy wojenni. I od razu rozlała się fala dobroci dla ogarniętych wojną Ukraińców. Polacy otworzyli granice i serca.

Wojna rosyjsko-ukraińska wyzwoliła pokłady niezwykłej empatii. Akcja pomocowa okazała się niezwykle dynamiczna. Nawet w trakcie pisania tego artykułu powstają coraz to nowe inicjatywy, wszędzie – w Polsce, na Litwie, całej Europie. Fala pomocy dla uchodźców płynie z różnych miejsc świata. Zbiórki darów są tak ogromne, że niektóre nawet tymczasowo się zawiesza.

Tworzy się, niejako od nowa, społeczeństwo obywatelskie. Jednak ono samo z kryzysem uchodźczym sobie nie poradzi, nie będzie w stanie zarządzać tym procesem bez systemowego wsparcia i finansowania ze strony państwa i pomocy z Zachodu.

Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR) prognozuje, że na terytorium Unii Europejskiej wkrótce znajdzie się nawet 7 mln osób z Ukrainy, głównie kobiet i dzieci. Nie wiemy, ile osób pozostanie w Polsce, a dla ilu Polska (i inne kraje graniczące z Ukrainą) okaże się krajem tranzytowym. Wielu z uciekających ma rodzinę na Zachodzie – w Niemczech, we Włoszech, w Hiszpanii, a nawet w USA czy w Kanadzie. Przypuszcza się jednak, że większa część uciekających przed wojną pozostanie w Polsce.

Czytaj więcej: Do litewskich szkół zapisało się już 1,5 tys. ukraińskich dzieci

Andrzej Duda 4 marca złożył wizytę na polsko-ukraińskim przejściu granicznym Korczowa-Krakowiec i rozmawiał
z uchodźcami. – Przyjmiemy wszystkich, którzy będą tego potrzebowali – zapewnił polski prezydent
| Fot. Jakub Szymczuk/KPRP

Płynie fala do Polski

Jak pokazują badania Centrum Badań Migracyjnych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, opracowane na podstawie danych i analizy historii wszystkich konfliktów zbrojnych, które miały miejsce w ciągu ostatnich lat, tendencja jest zawsze taka sama: w państwie sąsiadującym z krajem ogarniętym konfliktem pozostaje najwięcej uchodźców. Te państwa są zawsze najbardziej obciążone. Uciekinierzy z Wenezueli najliczniej schronienie znajdywali w Kolumbii lub Peru, uchodźcy z Afganistanu, wbrew temu, co się często mówi, najliczniej przybywali do Pakistanu i Iranu (i nadal się tam znajdują), zaś uchodźcy z Syrii – również wbrew powszechnym przekonaniom – w przeważającej liczbie trafili do Turcji (ok. 4 mln osób) i maleńkiego Libanu (nawet 1,5 mln osób).

Jeśli więc chodzi o Polskę, nie będzie inaczej. Poza tym w Polsce już od lat przebywają Ukraińcy, jest duża i dobrze zorganizowana ukraińska diaspora i staje się oczywiste, że ludzie, którzy uciekają przed wojną, starają się, aby połączyć się z rodzinami czy znajomymi. Napływ uchodźców jest bardzo dynamiczny. Kiedy powstawał ten artykuł, granicę Polski przekroczyło już 1,83 mln mieszkańców Ukrainy (stan na 15 marca). Codziennie przybywa 80–100 tys. osób.

Ponad 4,5 tys. osób z Ukrainy dotarło już na Litwę. Połowę stanowią dzieci. Litwa ogłosiła akcję poszukiwania lokali mieszkalnych dla ukraińskich uchodźców. Odzew był natychmiastowy. Mieszkańcy Litwy zgłosili nieodpłatnie setki mieszkań, w których mogłoby zamieszkać nawet 10 tys. uchodźców wojennych z Ukrainy. Również firmy zaoferowały różne darmowe usługi.

Zarówno na Litwie, jak i w Polsce otacza się uchodźców z Ukrainy opieką zdrowotną, psychologiczną. Organizuje się w szkołach klasy dla uczniów i miejsca w przedszkolach dla maluchów.

Polacy przyjęli setki tysięcy uchodźców pod swój dach. Przy polsko-ukraińskiej granicy nie powstał ani jeden masowy obóz, bo każda osoba, która przekroczyła granicę i potrzebowała pomocy, natychmiast znajdowała schronienie. Te akcje pomocowe były i są nadal spontaniczne i jak łańcuszek sięgają coraz dalej, poza Polskę. Cały świat pomaga Ukrainie. Najbardziej oczywiście Polacy – i są naprawdę podziwiani. Te działania są wspaniałe i bezprecedensowe.

Czytaj więcej: Pomoc Ukrainie i uchodźcom wojennym wciąż potrzebna

Każdy chce pomóc. W Polsce PKP Intercity oraz operatorzy transportu miejskiego rozwożą Ukraińców za darmo, banki
i telefonie komórkowe obniżyły dla nich opłaty. Na zdjęciu: darmowa stołówka przy Dworcu Zachodnim w Warszawie
| Fot. TWITTER

Trauma wojny

W całej tej euforii, z całym szacunkiem dla ludzi dobrego serca, trzeba jednak zdać sobie sprawę, że za jakiś czas można się spodziewać różnych trudności. Trzeba się na nie przygotować. Emigranci wojenni to nie to samo co ekonomiczni. Przybywają do nas głównie kobiety z dziećmi, często z trójką, nawet czwórką pociech. Nie można oczekiwać, że te kobiety z marszu będą w stanie np. wkroczyć na rynek pracy i zacząć zarabiać na utrzymanie rodziny. Dzieci muszą chodzić do szkoły, mniejsze powinny mieć opiekę.

Nie wiemy też, w jakiej kondycji psychicznej i fizycznej są te osoby dziś i jak będą się czuły po upływie pewnego czasu. Trzeba się liczyć z tym, że wiele z nich będzie potrzebowało wsparcia psychologa, nawet długotrwałego. Ale by to wiedzieć, trzeba umieć rozeznawać się w ich potrzebach psychologicznych. Mogą się borykać z traumą, istnieje ryzyko wystąpienia załamania psychicznego czy wręcz depresji. Oni wyjechali, ponieważ musieli. Nagle, w pośpiechu. W kraju często pozostawili swoich najbliższych – ojca, syna, męża – ale też znajome miejsca, wspomnienia, część siebie.

Niepokój o drogie osoby, strach, czy żyją, niepewność, tęsknota, często poczucie, że „uciekło się z tonącego okrętu”, towarzyszą im nieustannie. Noszą w sobie wielki ciężar. Nie wiedzą, kiedy będą mogli wrócić do domu i czy w ogóle będzie to możliwe. Jest to straszna świadomość. Tak właśnie wygląda los uchodźcy.

W miarę postępu kryzysu będziemy mieli do czynienia z osobami bardziej straumatyzowanymi, potrzebującymi znacznie więcej wsparcia. Należy pamiętać o tym, że decydując się na pomoc, ponosimy odpowiedzialność za te osoby, które są w kryzysie. Do tego kryzysu musimy podejść jak do maratonu, a nie sprintu „na setkę”. Żeby nie wygasł entuzjazm i zapał zwykłych ludzi, potrzebne jest wsparcie instytucjonalne, i to dobrze zorganizowane. O ile bowiem na razie jesteśmy na etapie euforii pomagania, o tyle za chwilę może się okazać, że będziemy mieć do czynienia z chaosem.

To już było widać chociażby w apelach prezydentów przygranicznych miast Polski, aby nie przyjeżdżać na granicę i nie przywozić tam już ubrań czy żywności. To, co było niezbędne w pierwszych dniach wojny, teraz stało się obciążeniem i dodatkowym problemem – ubrania mokną na stosach, żywności nie da się w odpowiedni sposób dystrybuować.

Polska i tym bardziej Litwa nie miały dotychczas dużego doświadczenia w zarządzaniu kryzysami migracyjnymi czy z ciągłym napływem imigrantów. Niegdyś pojedyncze ośrodki dla uchodźców były tworzone gdzieś w lasach, w oddaleniu od miast. W tym przypadku tak nie może być, bo to utrudnia życie ludziom zamkniętym na odludziu i późniejszą integrację, zwłaszcza dzieciom.

Czytaj więcej: Uchodzących przed wojną na Ukrainie Litwa życzliwie przyjmuje

Na dworcach rozdawane są paczki, udzielane są informacje uchodźcom i osobom zajmującym się pomocą. Osoby prywatne
przyjmują pod swój dach ukraińskie rodziny. Polskie miasta, w tym Warszawa, szeroko zaangażowały się w godne przyjęcie Ukraińców
| Fot. TWITTER

Do niektórych krajów trudniej

Zapowiada się, że będziemy mieli do czynienia z największym kryzysem uchodźczym w Europie od czasu II wojny światowej. To ogromne wyzwanie dla państw, które przyjmują pokiereszowanych przez wojnę.

Niektóre kraje starają się ułatwić uchodźcom funkcjonowanie po przekroczeniu granicy, upraszczając procedury lub likwidując tymczasowo obowiązek ubiegania się o azyl. Inne, jak np. Wielka Brytania, chcą mieć nad przepływem uchodźców większą kontrolę i nie wprowadzają ułatwień. Uchodźcy muszą się tam ubiegać o wizę. Tymczasem Niemcy wpuszczają do siebie wszystkich i mają pod tym względem opracowany system; Słowacja oferuje uproszczoną procedurę azylową; Holandia zaś zniosła tymczasowo obowiązek ubiegania się o azyl.

Zanim jednak sytuacja prawna zostanie uporządkowana, wielu polskich obywateli w odruchu serca zdecydowało się przyjąć pod swój dach migrantów wojennych. Część wspólnot samorządowych w Polsce promuje takie rozwiązania, pośrednicząc w przekazywaniu adresów obywateli, którzy chcą przygarnąć uciekinierów.

Na razie pomoc w zakwaterowaniu migrantów wojennych z Ukrainy ma w Polsce raczej charakter spontaniczny niż systemowy. Tysiące uciekinierów wprost z granicy trafia do prywatnych domów, a to może zrodzić wiele problemów, zarówno dla gospodarzy, jak i gości, na co już wskazują eksperci. Przyjęcie pod dach migranta wojennego jest czym innym niż przenocowanie gościa czy pielgrzyma w drodze. Może zrodzić kłopoty prawne i społeczne. Odbywa się to często poza jakąkolwiek kontrolą. Uchodźcy wymagają także wsparcia organizacyjnego i psychologicznego, którego gospodarz raczej nie jest w stanie zapewnić.

Konieczna koordynacja pomocy

Eksperci, choć rozumieją odruch serca obywateli, wskazują, na ryzyka z tym związane. – Obecnie pomoc przypomina partyzantkę. Rozumiem, że sytuacja mogła nas zaskoczyć, ale z każdym dniem trzeba coraz większej koordynacji. Osoby przechodzą granicę, wsiadają do prywatnych aut, jednym autem dojadą do miejsca docelowego, ale drugim nie. Już dochodzą niepokojące sygnały znad granicy. To nie może być tak, że każda osoba, która stoi tam z tabliczką, bierze kogo chce – ostrzegała prof. Patrycja Grzebyk z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizująca się w międzynarodowym prawie karnym oraz międzynarodowym prawie humanitarnym.

Badaczka uważa, że uciekinierów wojennych trzeba rejestrować, zorientować się, gdzie są wywożeni znad granicy, gdzie będą przebywać, jakie będą mieli potrzeby. – To nie jest kwestia kilku dni. Mówimy o kryzysie, który będzie trwał miesiące, a może nawet lata. To musi być koordynowane we właściwy sposób, takie są zasady współczesnej, nowoczesnej pomocy humanitarnej. Tym muszą zajmować się profesjonaliści i to musi być skoordynowane – podkreślała prof. Grzebyk.

Już dzisiaj widać, że wojna XXI w., zapoczątkowana przez Rosję agresją na suwerenny kraj, jakim jest Ukraina, wywołuje wiele problemów do natychmiastowego rozwiązania. I niezależnie od finału starcia zbrojnego pozostanie olbrzymi problem, który dotyczy uchodźców. Trzeba zadbać o ich bezpieczeństwo – to w pierwszym okresie. Potem długofalowo trzeba przygotować szkoły dla dzieci, pomoc medyczną, opiekę zdrowotną. Następnie pomoc psychologiczną, również w podjęciu decyzji co dalej, po szczęśliwym zakończeniu wojny, czy wrócić na Ukrainę.

Kolejna kwestia wymagająca rozwiązania to łączenie rodzin. Przybywające do nas kobiety z dziećmi na pewno będą chciały połączyć się z mężami i ojcami. Jest też problem osób starszych, które uciekły przed wojną. One szczególnie wymagają zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego i bytowego.

Osobną kwestią, już na tym etapie ważną, jest szukanie rozwiązań docelowych, dotyczących miejsca zamieszkania, dostosowania zawodowego, szukania pracy. Bardzo często przybywają do naszych krajów ludzie wykształceni, specjaliści w różnych dziedzinach.

Nadszedł czas, aby przywódcy świata zachodniego zaczęli szukać długofalowych rozwiązań ekonomicznych, prawnych i instytucjonalnych dla uciekinierów z Ukrainy, którzy decydują się zostać w wolnej i demokratycznej Europie, USA czy Kanadzie. Potrzebują oni nadziei na bezpieczne jutro. Nie mogą zostać oszukani. Wielu z nich zostawiło za sobą wszystko. „Tamtego życia już nie ma”.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 11(33) 19-25/03/2022