Kobiety uciekające z Ukrainy chcą pracować, ale też wrócić do domów

Rozmowa z Miglė Dalgedaitė, właścicielką gospodarstwa agroturystycznego ValleyHouse, która udostępniła swój dom uchodźcom z Ukrainy.

Miglė Dalgedaitė .
„Bardzo pomogli sąsiedzi, cała wspólnota bardzo się zaangażowała” — mówi Miglė Dalgedaitė
| Fot. Ilona Lewandowska

Ilona Lewandowska: Jest Pani jedną z osób, które zdecydowały się otworzyć swój dom dla uchodźców z Ukrainy. Czy długo zastanawiała się Pani nad decyzją?

Miglė Dalgedaitė: Zupełnie nie musiałam się zastanawiać. Wiadomość o wojnie w Ukrainie była dla mnie szokiem, jak chyba dla wszystkich. Mamy gospodarstwo agroturystyczne, jest to naprawdę sporo miejsca, więc od razu zdecydowaliśmy się, że przyjmiemy uchodźców. Zarejestrowałam się na stronie „Silni razem”, ale nie otrzymaliśmy stamtąd żadnych zgłoszeń. Osoby, potrzebujące pomocy, trafiły do nas inną drogą, ktoś po prostu szukał miejsca dla większej grupy kobiet z dziećmi i my ich przyjęliśmy.

Czy mogliście liczyć na pomoc, czy też o wszystko troszczyliście się sami?

Na początku brakowało rzeczywiście bardzo wielu rzeczy. Kobiety, które razem z dziećmi uciekały przed rosyjską agresją, nie mogły przecież z domu zabrać wszystkiego, potrzeba było naprawdę bardzo wiele. Miały trochę ubrań, pieniędzy, ale nie na tyle, żeby zacząć życie w innym kraju. Staraliśmy się więc pomóc i nie byliśmy sami. Bardzo pomogli sąsiedzi, cała wspólnota bardzo się zaangażowała. Ktoś przyniósł rzeczy, ktoś jedzenie, inni zrobili zbiórkę pieniędzy. Pomagał także trocki samorząd, Rudziszki (gmina i szkoła). Przez dwa dni mieliśmy wszystko, co potrzebne. Teraz też sobie radzimy. Część pieniędzy pochodzi ze zbiórki, są środki na żywność, jeździmy razem na zakupy.

Czytaj więcej: Na Litwie uchodźcy z Ukrainy mogą uczyć się litewskiego. Już jest 300 chętnych

Zdarzają się jednak także nieprzyjemne sytuacje…

Tak. Niedawno w mediach pojawił się artykuł o tym, że w trockim rejonie, w jakimś gospodarstwie, Ukrainkom nie jest przekazywana pomoc, a właściciele domu wszystko zabierają dla siebie. Nie było nazwy tego gospodarstwa, dokładnego miejsca i miałam wrażenie, że niektórzy myślą, że chodzi o nas. To po prostu bardzo boli, gdy ludzie źle o tobie mówią, zwłaszcza w takiej sytuacji. Dzwoniłam więc, prosiłam, żeby ujawnili nazwisko osoby, o której piszą, ale takiej możliwości nie ma. To kładzie niepotrzebny cień na ludzi, którzy chcą pomóc, budzi niepotrzebną nieufność. Ostatecznie okazało się, że nie chodzi o żadną agroturystykę, ale po prostu o prywatne gospodarstwo. Niestety, sformułowanie „w rejonie trockim przywłaszczono sobie pomoc dla Ukraińców” postawiło w złym świetle nas, a może i poddało w wątpliwość wszystkich, którzy pomagają uchodźcom.

Właściciele gospodarstwa starają się, by dzieci miały możliwości zabawy, odreagowania i wypoczynku
| Fot. Ilona Lewandowska

Jakie największe wyzwania stoją przez osobami, które przyjeżdżają z Ukrainy na Litwę?

Myślę, że najważniejsze jest znalezienie pracy. To nie jest wcale takie łatwe. Byliśmy razem na targach pracy, które zorganizowane były w Wilnie i nie do końca można powiedzieć, że odpowiadały one potrzebom. Przede wszystkim większość pracodawców, nawet 80 proc., szuka do pracy mężczyzn. Tymczasem z Ukrainy uciekają kobiety z dziećmi, a nie mężczyźni zdolni do pracy. Dla nich nie ma aż tak wiele ofert. Pewną trudnością jest również to, że to nie są osoby, które chcą pozostać za granicą. One naprawdę chcą jak najszybciej wracać do swojego kraju, chcą wrócić do swojej pracy, której teraz nie mogą wykonywać, a to utrudnia oczywiście robienie długich planów na Litwie. Ukraina pomaga im bardzo w utrzymaniu więzi z krajem. Dzieci, które u nas mieszkają, uczą się zdalnie w swoich szkołach na Ukrainie. Ich nauczyciele w trudnych warunkach prowadzą lekcje, żeby uczniowie mogli zakończyć rok i otrzymać świadectwa. To jest wymuszona emigracja i niezależnie od tego, jak dobre warunki są na Litwie, ci ludzie po prostu chcą wracać do domu. I przez to jest też problem z wynajmem mieszkania. One chcą je wynajmować na 2-3 miesiące, mają nadzieję, że będą mogły wrócić do siebie, a wynajmujący zwykle chcą podpisywać umowę przynajmniej na rok.

Czy wśród osób, które u Pani mieszkają, są takie, które znalazły już pracę?

Tak. To już druga grupa, którą gościmy. Pierwsze 17 osób już wyjechało. Wszyscy znaleźli pracę i mieszkania w Wilnie, żyją samodzielnie. Teraz w naszym gospodarstwie przebywa 5 kobiet z dziećmi i wszystkie bardzo intensywnie szukają pracy. Nie mam wątpliwości, że ją znajdą, bo to są bardzo pracowite kobiety. Tu, w domu, cały czas pytają, czy gdzieś nie potrzeba pomocy, czy trzeba coś zrobić. My mieszkamy na uboczu, nad jeziorem, w otoczeniu przyrody. To dobre miejsce, by się wyciszyć, odpocząć, zwłaszcza, gdy przeżyło się tak trudne chwile. Staramy się, by dzieci miały możliwości zabawy, odreagowania. Ale to jest miejsce na kilka tygodni, jest bardzo daleko do miasta, więc raczej nie ma sensu zostawać na dłużej.

To bardzo piękne miejsce…

Niemal cały rejon trocki jest taki. Jeziora i wzgórza, tu to coś zwykłego. Kocham to miejsce, nie tylko dlatego, że rzeczywiście jest piękne, ale również dlatego, że moja rodzina mieszka w nim od wielu lat. Moja córka to już szóste pokolenie, więc łatwo zrozumieć, jak bardzo jesteśmy związani z tą przyrodą i wszystkim, co nas otacza. Nieopodal naszego domu znajduje się cmentarz… Wszyscy są tuż obok, blisko nas. Właśnie dlatego zajęłam się tradycyjnym rzemiosłem. Piekę prawdziwy, litewski żytni chleb i tego wypieku uczę innych. Mam nadzieję, że ludzie, którzy u nas mieszkają, czują się u nas jak w domu. Zwłaszcza teraz jest to ważne.

Czytaj więcej: Troki pozostały łakomym kąskiem dla turystów i spragnionych kultury