Joanna Zawalska: „Do trudnych historii nie da się przyzwyczaić”

O wolontariacie w Warszawie i Wilnie oraz o tym, o czym powinniśmy pamiętać pomagając uchodźcom z Ukrainy, w rozmowie z Iloną Lewandowską opowiada Joanna Zawalska.

Wolontariuszki.
„W wolontariat zaangażowałam się najpierw w Warszawie” — mówi Joanna Zawalska
| Fot. arch. prywatne J. Zawalskiej

Ilona Lewandowska: 24 lutego to dzień, który wstrząsnął nie tylko mieszkańcami Ukrainy. Wojna stała się o wiele bardziej realnym wydarzeniem także dla nas. Co dla Ciebie znaczyła wiadomość o rosyjskiej agresji?

Joanna Zawalska: Pierwszą moją reakcją były bardzo silne emocje. Przede wszystkim poczucie zagrożenia, lęk, którego wcześniej nie znałam w takim wymiarze. To były dla mnie bardzo trudne dni, tak jak chyba dla wielu ludzi. W takim niezbyt dobrym stanie psychicznym przeżyłam pierwsze 4-5 dni, a potem postanowiłam, że chcę coś robić, nie mogłam już znieść bezczynności. Byłam wtedy w Warszawie, bo moje życie dzielę nadal między Polskę i Litwę i tam zaczęłam szukać wolontariatu. Zobaczyłam ogłoszenie, zarejestrowałam się na warszawskiej stronie wolontariackiej ochotnicy.waw.pl. Można było tam wybierać konkretne godziny pracy, konkretne miejsce i zajęcie. Trzeba było wypełnić krótki formularz zgłoszeniowy, w którym określa się swoją dyspozycyjność, umiejętności językowe oraz motywację do podjęcia działania. Chętnych było bardzo wielu, ale najbardziej były oczywiście potrzebne osoby znające rosyjski lub ukraiński.

Czytaj więcej: Potrzebne kontakty i informacje dot. pomocy uchodźcom wojennym z Ukrainy

Czym się zajmowałaś?

Byłam głównie tłumaczką, bo języki okazały się moją najmocniejszą stroną. Znam polski, rosyjski, ukraiński, angielski, więc całkiem dobrze sobie radziłam. Pracowałam w punkcie pomocy przy Dworcu Centralnym. To takie miejsce, gdzie uchodźcy z Ukrainy mogą zostać przez 24 godziny. Otrzymują najbardziej potrzebną pomoc, mogą się przespać, wykąpać, zjeść coś. Jest też miejsce dla zabawy dla dzieci, nawet można otrzymać pomoc dla zwierząt. Później te osoby wyjeżdżały dalej. To taka specyfika punktu przy dużym dworcu. Ja zajmowałam się głównie rejestracją, pomagałam w bardzo różnych sprawach: kupnie biletu, znalezieniu pracy…

Na pomoc mogli liczyć nie tylko uciekający z Ukrainy ludzie, ale także zwierzęta, które zabierali ze sobą
| Fot. arch. prywatne J. Zawalskiej

Jak wyglądały twoje spotkania z ludźmi?

To było ciekawe, ale i trudne doświadczenie. Myślałam, że po jakimś czasie przyzwyczaję się, że te historie, jakie słyszę, przestaną tak bardzo dotykać, ale nie, to nie mija zupełnie. Po prostu każdy człowiek przychodzi ze swoją przejmującą historią. Najczęściej to kobiety z dziećmi, często z kilkorgiem, także osoby starsze… Mają ze sobą jakieś walizki, ale zdarzały się także osoby, które przyjechały z małym plecakiem. Większość z nich przyjeżdżała z konkretnym planem, wiedzieli, gdzie chcą trafić, ale byli też ludzie zupełnie zagubieni, którym trzeba było więcej pomóc.

Po powrocie do Wilna również szukałaś wolontariatu?

Tak, zgłosiłam się jako wolontariuszka do Caritasu. Tu również trzeba było wypełnić ankietę, w której trzeba było m. in. wskazać znajomość języków, czy ma się doświadczenie w wolontariacie i możliwości czasowe. Na początku mieliśmy szkolenia z psychologiem. Uczyliśmy się, jak rozmawiać z uchodźcami, czego nie należy robić, jak ich wspierać. Mieliśmy też kurs pierwszej pomocy. W tym tygodniu rozpoczęła się działalność świetlicy Caritasu, która jest przeznaczona głównie dla dzieci, ale przewidziane są również zajęcia dla nastolatków i dla mam. Od tego tygodnia zaczynam tam pracę.

Czytaj więcej: Pomoc Ukrainie i uchodźcom wojennym wciąż potrzebna

Czego dowiedziałaś się podczas szkolenia? O czym powinniśmy pamiętać, rozmawiając z uchodźcami?

Najważniejsze jest to, byśmy starali się zrozumieć, czego człowiek od nas potrzebuje, jak chce, żebyśmy mu pomogli. Nie powinniśmy narzucać swojej pomocy, nie należy ich też zmuszać do rozmowy. Nie wszyscy chcą się wygadać, nie wszyscy mają łatwość otwierania się na nieznajomych. Trzeba to po prostu uszanować. Warto też pamiętać, że spotykamy osoby, które mają za sobą bardzo trudne doświadczenia, przeżywają wielki stres. Możemy więc zaproponować uszy do słuchania, ale niekoniecznie osoba, którą spotykamy, musi być tym zainteresowana. Kolejną sprawą są trudne do akceptacji uczucia, które mogą przeżywać te osoby. Człowiek, który ucieka przed wojną, ma prawo czuć lęk, a także agresję. Tak po prostu reaguje ludzka psychika i nie trzeba takich uczuć się obawiać. To normalna reakcja na taką nienormalną sytuację, jaką mamy… Kolejna sprawa, ważna dla wolontariuszy, to ta, że pomagając innym nie wolno zapominać o sobie. A ludzie, którzy angażują się społecznie, mają do tego tendencję. Warto zachować w tym równowagę, bo żeby pomagać innym, najpierw samemu trzeba być w dobrej formie. To trochę jak instrukcje udzielane w samolocie: „Najpierw załóżcie maskę sobie, potem dziecku”.

Joanna pracowała w ośrodku, gdzie uchodźcy mogli zatrzymać się przez 24 godziny
| Fot. arch. prywatne J. Zawalskiej

Mówimy o wolontariacie, ale przecież pracujesz także zawodowo. Łatwo jest pogodzić pracę z zaangażowaniem społecznym?

Ja sobie radzę. Moja praca nie jest tak bardzo obciążająca, mogę sobie bardzo dobrze rozplanować czas. Wybieram konkretne godziny, w których pracuję jako wolontariuszka, takie, które dają się pogodzić z resztą mojego życia. Wolontariat jest na pewno bardzo ważną jego częścią, zwłaszcza teraz, gdy bardzo męczy poczucie bezsilności wobec wydarzeń w Ukrainie. Na tyle więc, na ile to możliwe, staram się działać.

Czytaj więcej: „Wileńszczyzna — Ukrainie”: „Lelewel” odpowiedział jako pierwszy