Więcej

    Kpt. Stanisław Poźniak: „Mam przedwojenną duszę”

    Rozmowa z kpt. Stanisławem Poźniakiem, prezesem Klubu Weteranów AK na Wileńszczyźnie, finalistą w plebiscycie „Kuriera Wileńskiego” Polak Roku 2022.

    Czytaj również...

    Ilona Lewandowska: Jak Pan przyjął informację, że znalazł się Pan w gronie dziesięciu finalistów plebiscytu „Kuriera Wileńskiego” Polak Roku 2022?

    Stanisław Poźniak: To było oczywiście wielkie zaskoczenie. Miłe, ale zaskoczenie, bo trudno się spodziewać, że ktoś to wszystko zauważy.

    Zawsze, zwłaszcza w czasie pandemii podziwiałam, że pomimo wieku bierze Pan udział we wszystkich uroczystościach patriotycznych. Skąd czerpie Pan do tego siłę?

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Ja po prosu mam przedwojenną duszę. Tak już jestem wychowany, że nie mogę nie być na patriotycznych uroczystościach. Tylko trzy klasy zdążyłem skończyć w wolnej Polsce, ale to i tak dużo dało, bo urodziłem się jeszcze za Marszałka. Kiedyś nie mogliśmy świętować tak, jak teraz, więc tym bardziej trzeba być. Ale nie zawsze się udaje. W tym roku właśnie przed 11 listopada coś mnie dopadło, może właśnie covid? Chorowałem i musiałem zostać w domu, nie byłem ani na Rossie, ani na wieczornym koncercie. Tak to już bywa w moim wieku.

    Pamięta Pan jeszcze jakieś przedwojenne uroczystości patriotyczne?

    Tak, oczywiście. Pochodzę z okolic Turgiel, niedaleko od nas mieszkał generał Lucjan Żeligowski. To on organizował wielkie święta. Od jego domu zaczynały się zawody sportowe, sztafety… Najbardziej uroczyście obchodziliśmy 3 Maja. To zostaje w pamięci na zawsze.

    W czasie wojny również Turgiele były wyjątkowym miejscem, zwłaszcza pod koniec wojny…

    Najbardziej w Wielkanoc 1944 r. Nam się wtedy wydawało, że będzie już wolna Polska, że dla nas się wojna skończyła. Pamiętam żołnierzy AK na rynku i kazanie ks. Józefa Obrembskiego. Tam wtedy zupełnie inni ludzie mieszkali, to bardzo żywe miasteczko było. Teraz prawie nikogo z nich nie zostało. Trochę za bardzo spanikowaliśmy z tymi wyjazdami po wojnie, gdyby nas zostało więcej, to teraz o wiele lepiej by nam się żyło. Ja kiedyś sam chciałem wyjechać, ale dobrze, że tego nie zrobiłem. Tak samo mówią moi znajomi z Polski. Do kogo by teraz przyjeżdżali, gdyby wszyscy wyjechali?

    Jakie było Pana pierwsze spotkanie z Armią Krajową?

    Doskonale pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem żołnierzy AK. Byłem bardzo młodym chłopcem. Mieszkaliśmy w Podmereczy w rejonie solecznickim. To było nocą, około północy. Nie mogłem spać i wyszedłem przed dom. Zobaczyłem najpierw jedną postać, potem za jakieś 50 metrów kolejną, a za nimi w parach maszerowało ok. 20 osób. Zorientowałem się, że musi to być jakaś partyzantka, już wcześniej dużo słyszałem o tym, że na naszym terenie działa siatka konspiracyjna. Był taki przypadek, że jeden z mieszkańców był konfidentem, donosił na Polaków, którzy stawiali opór okupantom, podobno zabił dwóch ludzi. Wszyscy o tym wiedzieli, a on chwalił się, że nic mu nie można zrobić, bo jest uzbrojony i jeśli będą chcieli go zabrać, wysadzi wszystko w powietrze. Pewnej nocy jednak przyszli po niego do domu członkowie AK i wykonali wyrok. Został rozstrzelany. W ten właśnie sposób wszyscy dowiedzieliśmy się, że podziemie rzeczywiście działa. Potem było ich widać coraz częściej. Najpierw przychodzili tylko nocami, potem także w dzień. Jeść przecież musieli, przychodzili więc po kilka osób do nas na posiłki. Ojciec miał gospodarkę i pracował, a ja miałem wtedy kilkanaście lat, więc jak była taka potrzeba, to woziłem ich, gdzie potrzebowali. Jeździłem z nimi np. na trakt oszmiański, gdzie robili zasadzki na Niemców. Miałem niecałe 15 lat, nigdy nie brałem udziału w walkach, ale miałem swoje zajęcia. Przeprowadzałem żołnierzy, czasem nawet takich, którzy przedostawali się z centralnej Polski. Pukali nocą do okna, mówili, dokąd chcą iść, i ja ich prowadziłem. Zwykle, gdy doszliśmy, musiałem zostać tak długo, jak długo pozostawała tam brygada. Taka była zasada, nie mogłem wrócić do domu wcześniej. Czasem więc zostawałem na dzień lub dwa. Przed operacją „Ostra Brama” złożyłem przysięgę. Zawołał mnie kpt. Konstanty Szczerba-Majewski „Biały”, przeczytał tekst przysięgi, ja przeczytałem również. Potem podpisałem się.

    Czytaj więcej: Stanisław Poźniak: „Cieszę się, że młodsi ode mnie interesują się Armią Krajową

    Kpt. Stanisław Poźniak nadal bierze czynny udział w życiu społecznym
    | Fot. Marian Paluszkiewicz

    W ten sposób brał Pan udział również w operacji „Ostra Brama”?

    Tak. 3. Brygada AK stacjonowała niedaleko naszego domu, w Onżadowie. Kiedy zaczęła się operacja „Ostra Brama”, miałem jechać z transportem broni, nie ja jeden — było wtedy 5, może 10 furmanek. Jechaliśmy z Niegiban, do Turgiel było spokojnie, a potem trzeba już było jechać polnymi drogami, bo głównym traktem po prostu było niebezpiecznie. Tak dotarliśmy do Wołkarabiszek, był już wieczór. Miałem wracać do domu, ale jakiś porucznik powiedział, że będą potrzebowali pomocy, więc zostałem. Byłem niedaleko Kolonii Wileńskiej, woziłem rannych do szpitala polowego w Szwajcarach. Potem wróciłem do domu na jakiś czas, ale nie było bezpiecznie. Po wejściu sowietów musiałem ze wsi uciekać do Wilna, bo wszędzie było NKWD. Pewnego dnia, po pracy, zostałem aresztowany na przystanku. Trzymali mnie, przesłuchiwali, strasznie długo to trwało. Na koniec kazali mi podpisać zobowiązanie, że będę współpracować, czyli wydawać kolegów. Powiedziałem, że nie i dostałem pistoletem po głowie. Skończyło się na wstrząsie mózgu i zwolnieniu z pracy, nie mogłem też zostać w Wilnie. Dopiero po śmierci Stalina zdjęli ze mnie zarzuty.

    Czytaj więcej: Mieszkańcy Wileńszczyzny nie zapominają o bohaterach Operacji „Ostra Brama”

    Na przełomie lat 80. i 90. Jarosław Wołkonowski napisał ogłoszenie, że organizuje klub weteranów AK
    | Fot. Marian Paluszkiewicz

    Od wielu lat działa Pan jako członek i przewodniczący organizacji kombatanckich. Jak do tego doszło?

    Bardzo wielkie zasługi ma tu Jarosław Wołkonowski. Bez niego nic by nie było. Na przełomie lat 80. i 90. napisał ogłoszenie, że organizuje klub weteranów AK — i ja oczywiście postanowiłem do niego dołączyć. Nasze pierwsze zebrania były przy ul. Wielkiej, naprzeciw filharmonii. Mieliśmy kilka zebrań, zaczęliśmy składać pisma o rejestrację. Ale to nie było wcale łatwe po odzyskaniu niepodległości. Do tego stopnia, że zainteresowała się mną litewska prokuratura. Byłem przesłuchiwany przez półtorej godziny. Było nas ok. 80, a teraz z zaprzysiężonych żołnierzy AK na Wileńszczyźnie zostałem tylko ja… Ale nie brakuje ludzi, dla których jest to ważne. Bardzo interesuje się tą tematyką Edmund Szot czy Jarosław Szostko. Jarek Szostko to wyjątkowy człowiek, nie tylko prowadzi własną firmę, ale i działa społecznie. Dzięki takim ludziom łatwiej przekazywać te wartości, w których zostaliśmy wychowani.

    Jak patrzy Pan dziś na polską społeczność na Wileńszczyźnie?

    Z nadzieją, zwłaszcza na harcerzy, na naszą młodzież. Dobrze są wychowani i chcą coś robić. Żal oczywiście tych, którzy sami nie wiedzą, kim są. Kiedyś kończyli rosyjskie szkoły, teraz dzieci zapisują do litewskich. Ale na to nic się nie poradzi. Tacy ludzie zawsze będą. Byleby nie zabrakło tych, dla których polskość jest ważna.

    A co dla Pana znaczy być Polakiem na Litwie?

    To przede wszystkim znaczy przechować te wartości i przekazać je dalej. Wychować swoje dzieci na Polaków. To właśnie tu się sprawdza nasza polskość. Co z tym wszystkim zrobią następni, jakie będą nasze wnuki? Zobaczymy.


    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Afisze

    Więcej od autora

    „Losy polskich zesłańców i wygnańców” — uroczysty finał konkursu

    Ocalić rodzinne historie Uczestnicy konkursu mieli za zadanie opisanie rodzinnej historii, związanej z zesłaniem lub też przesiedleniami Polaków z Wileńszczyzny. Nadesłane prace były nie tylko ocenione przez jury, ale także — co może jeszcze ważniejsze — wydane w formie niewielkiej...

    Koniuchy to wyjątkowe miejsce dla Polaków

    Mord w Koniuchach to przykład jednej z wielu zbrodni w czasie II wojny światowej, której ofiarą padli cywile. Choć doszło do niego w czasie niemieckiej okupacji (w nocy z 28 na 29 stycznia 1944) sprawcami nie byli wówczas Niemcy....

    Polska i Litwa razem obchodzą 160. rocznicę Powstania Styczniowego

    Uroczystości na Rossie W minioną niedzielę pamięć powstańców uczczono na wileńskiej Rossie. W miejscu, gdzie w 2019 r. tłumy pożegnały w obecności głów państw przywódców zrywu niepodległościowego, cześć im oddali przedstawiciele władz, duchowni oraz mieszkańcy Wilna. W kaplicy cmentarnej, gdzie spoczywają...

    Wizyta delegacji IPN w Wilnie

    W skład delegacji weszli m.in. dyrektor Biura Edukacji Narodowej Adam Hlebowicz, dyrektor Biura Współpracy Międzynarodowej Agnieszka Jędrzak i dyrektor Oddziału IPN w Białymstoku Marek Jedynak. Spotkanie z litewskimi partnerami w Tuskulanach Wizyta rozpoczęła się od spotkania z przedstawicielami Centrum Badania Ludobójstwa...