Stanisław Poźniak: „Cieszę się, że młodsi ode mnie interesują się Armią Krajową

Z okazji 80. rocznicy powstania Armii Krajowej „Kurier Wileński” rozmawia z kpt. Stanisławem Poźniakiem, prezesem Klubu Weteranów AK na Wileńszczyźnie.

W Klubie Weteranów było nas ok. 80. A teraz z zaprzysiężonych żołnierzy AK na Wileńszczyźnie zostałem tylko ja…
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Jakie było Pana pierwsze spotkanie z Armią Krajową?

Doskonale pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem żołnierzy AK. Byłem bardzo młodym chłopcem. Mieszkaliśmy w Podmereczy w rejonie solecznickim. To było nocą, około północy. Nie mogłem spać i wyszedłem przed dom. Zobaczyłem najpierw jedną postać, potem za jakieś 50 metrów kolejną, a za nimi w parach maszerowało ok. 20 osób. Zorientowałem się, że musi to być jakaś partyzantka, już wcześniej dużo słyszałem o tym, że na naszym terenie działa siatka konspiracyjna. Był taki przypadek, że jeden z mieszkańców był konfidentem, donosił na Polaków, którzy stawiali opór okupantom, podobno zabił dwóch ludzi. Wszyscy o tym wiedzieli, a on chwalił się, że nic mu nie można zrobić, bo jest uzbrojony i jeśli będą chcieli go zabrać, wysadzi wszystko w powietrze. Pewnej nocy jednak przyszli po niego do domu członkowie AK i wykonali wyrok. Został rozstrzelany. W ten właśnie sposób wszyscy dowiedzieliśmy się, że podziemie rzeczywiście działa. Potem było ich widać coraz częściej. Najpierw przychodzili tylko nocami, potem także w dzień. Jeść przecież musieli, przychodzili więc po kilka osób do nas na posiłki. Ojciec miał gospodarkę i pracował, a ja miałem wtedy kilkanaście lat, więc jak była taka potrzeba, to woziłem ich gdzie potrzebowali. Jeździłem z nimi np. na trakt oszmiański, gdzie robili zasadzki na Niemców.

Jaki był stosunek Pana rodziny i sąsiadów do AK?

Bardzo pozytywny. Dla moich rodziców to było oczywiste, że muszą ich wspierać, nakarmić, pomóc w transporcie. Często przychodzili do nas zresztą znajomi. Czasem mieli własne rodziny gdzieś niedaleko, ale kiedy przychodziła cała grupa, karmiliśmy wszystkich.

Czy jeszcze ktoś z Pana rodziny był w AK?

Tak, syn mojego wujka, Czesław Poźniak. Za działalność w AK został zesłany na Sybir na 10 lat. Wyszedł na wolność pod koniec 1955 r. i wyjechał do Polski. Było też wielu bliskich znajomych, jak Feliks Łaniewski, Kazimierz Filipowicz. Kiedyś byli u nas w domu, bo popsuł im się samochód. Rzucili na podwórku broń i wzięli się do pracy. I wtedy właśnie przyjechali Niemcy. Chcieli jeść, szukali masła, jajek… Matka wszystko im wyniosła, ale ręce jej się trzęsły, bo kilka metrów dalej leżał karabin. Na szczęście pojechali. Ale rzeczywiście przeżyliśmy chwile grozy, bo wszystkich mogli nas pozabijać.

Jak jako 14–15-latek mógł Pan pomagać AK?

Nie brałem udziału w walkach. Miałem swoje zajęcia. Przeprowadzałem żołnierzy, czasem nawet takich, którzy przedostawali się z centralnej Polski. Pukali nocą do okna, mówili, dokąd chcą iść, i ja ich prowadziłem. Zwykle gdy doszliśmy, musiałem zostać tak długo, jak długo pozostawała tam brygada. Taka była zasada, nie mogłem wrócić do domu wcześniej. Czasem więc zostawałem na dzień lub dwa. Przed operacją „Ostra Brama” złożyłem przysięgę. Zawołał mnie kpt. Konstanty Szczerba-Majewski „Biały”, przeczytał tekst przysięgi, ja przeczytałem również. Potem podpisałem się.

Jaki był Pana udział w operacji „Ostra Brama”?

III Brygada AK stacjonowała niedaleko naszego domu, w Onżadowie. Kiedy zaczęła się operacja „Ostra Brama”, miałem jechać z transportem broni, nie ja jeden – było wtedy 5, może 10 furmanek. Jechaliśmy z Niegiban, do Turgiel było spokojnie, a potem trzeba już było jechać polnymi drogami, bo głównym traktem po prostu było niebezpiecznie. Tak dotarliśmy do Wołkarabiszek, był już wieczór. Miałem wracać do domu, ale jakiś porucznik powiedział, że będą potrzebowali pomocy, więc zostałem. Byłem niedaleko Kolonii Wileńskiej, woziłem rannych do szpitala polowego w Szwajcarach. Potem wróciłem do domu na jakiś czas.

Czytaj więcej: Operacja „Ostra Brama”. Sukces „połowiczny”

A po wojnie? Jak wyglądało Pana życie po wejściu Sowietów?

Ze wsi musiałem uciekać do Wilna. Na wsi nie było wtedy bezpiecznie, bo wszędzie było NKWD. Zmieniałem adres, znalazłem pracę na kolei. Przepracowałem tam pół roku, ale pewnego dnia, po pracy, zostałem aresztowany na przystanku. Trzymali mnie, przesłuchiwali, strasznie długo to trwało. Przesłuchujący czasem zostawiał pistolet na stole i wychodził, zupełnie jakby chciał sprawdzić, czy złapię za broń. Ja broni nigdy nie używałem, więc trudno mi było coś udowodnić. Na koniec kazali mi podpisać zobowiązanie, że będę współpracować, czyli wydawać kolegów. Powiedziałem, że nie, i dostałem pistoletem po głowie. Skończyło się na wstrząsie mózgu i zwolnieniu z pracy, nie mogłem też zostać w Wilnie.

Dopiero po śmierci Stalina zdjęli ze mnie zarzuty. Na jakiś czas wróciłem więc na wieś, ale tam też było bardzo trudno. Ojciec sprzeciwiał się kołchozom, więc dosłownie znęcali się nad nami. Ostatecznie udało się nam wszystkim przeprowadzić do Wilna. Pomogła mi znajoma Rosjanka. Byłem wtedy krawcem, byłem jej potrzebny w zakładzie i rzeczywiście wszystko pomogła nam załatwić.

W jaki sposób zaczął Pan działać jako kombatant Armii Krajowej? Kiedy to się stało?

Na przełomie lat 80. i 90. tym tematem zajął się Jarosław Wołkonowski. Napisał ogłoszenie, że organizuje klub weteranów AK – i ja oczywiście postanowiłem do niego dołączyć. Nasze pierwsze zebranie były przy ul. Wielkiej, naprzeciw filharmonii. Mieliśmy kilka zebrań, zaczęliśmy składać pisma o rejestrację. Ale to nie było wcale łatwe po odzyskaniu niepodległości. Do tego stopnia, że zainteresowała się mną litewska prokuratura. Byłem przesłuchiwany przez półtorej godziny.

Potem wszystko się ułożyło i do dziś jesteśmy w tym klubie. Tyle że prawie wszyscy odeszli… Było nas ok. 80, a teraz z zaprzysiężonych żołnierzy AK na Wileńszczyźnie zostałem tylko ja…

Cieszę się jednak, że młodsi ode mnie tym się interesują. Dla pamięci o AK bardzo dużo robią Edmund Szot czy Jarosław Szostko. Mogę na nich liczyć przy organizacji uroczystości. 80. rocznicę utworzenia AK uczcimy wspólnie w Kolonii Wileńskiej. Dla nas najważniejsze było, żeby tu była polskość, żeby ślad po nas nie zginął, żeby był polski język, były szkoły. 

Czytaj więcej: 76 lat temu Armia Krajowa odbiła Ejszyszki

A jak dziś ocenia Pan tę polskość na Wileńszczyźnie?

Mieszkamy na Litwie i jak na te warunki uważam, że mamy bardzo dużo możliwości. Bardziej mnie martwi, że bardzo dużo ludzi zapomina o swojej tożsamości. To bardzo smutne, gdy nie jest dla nich ważna tradycja, język. Życzę z serca młodemu pokoleniu, by potrafiło te wartości docenić, podtrzymać. Życzę także, żeby udało im się miłość swojego życia znaleźć wśród Polaków. Mówi się, że serce wybiera kogo chce, ale na pewno jest łatwiej, gdy ludzi łączy nie tylko uczycie, ale też wspólna kultura, język, historia. To nie są mało ważne sprawy, ale niewielu o tym teraz pamięta.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 6(18) 12-18/02/2022