Uroczystość, w której wzięła udział poznańska delegacja z prezesem honorowym towarzystwa Ryszardem Liminowiczem, uświetniły występy chóru gimnazjum „Ad Astra”, młodzieży artystycznej oraz prezentacja konkursowego filmu o M. K. Čiurlionisie. Wystąpiła także niewielka część chóru zespołu „Wilia”, głównie młodzież z tego gimnazjum.
Nagroda zakorzeniona w pamięci o Kresach
Nagroda „Żurawina” została ustanowiona w 2002 r., a pierwszym laureatem był Tadeusz Konwicki. Symbolika tej nagrody jest głęboko kresowa. Jak opowiada jej pomysłodawca, Ryszard Limonowicz, inspiracją stał się… kisiel żurawinowy, podawany po spotkaniu z Konwickim w poznańskim Centrum Kultury Zamek.
— Żurawina była w moim domu od zawsze. Jako dzieci jej nie lubiliśmy, ale dorasta się do tego smaku. A Konwicki, kiedy poczuł ten kisiel, natychmiast wrócił wspomnieniami do dzieciństwa. Zrozumiałem wtedy, że ten owoc ma ogromną siłę emocji — mówi Liminowicz.

Jak przypomina, także Kazimiera Iłłakowiczówna pisała o żurawinie, w której jest odrobina goryczy, cierpkości, kwasu i słodyczy, kwintesencja smaku.
Od tamtej pory „Żurawinę” otrzymują osoby szczególnie zasłużone dla Kresów, zwłaszcza dla Wileńszczyzny. Laureatami byli m.in. Stefan Stuligrosz, Bernard Ładysz, Barbara Wachowicz, Andrzej Stelmachowski, ks. prałat Józef Obrembski, Irena Litwinowicz, Jan Mincewicz, Zbigniew Lewicki, Waldemar Tomaszewski, Zdzisław Palewicz, s. Michaela Rak, Adam Błaszkiewicz i wielu innych.
W tym roku — Renata Brasel
Renata Brasel od ponad trzech dekad tworzy fundament artystyczny i organizacyjny „Wilii”. W zespole zaczynała jako chórmistrz, a od 1996 r. jest jego kierownikiem artystycznym i dyrygentem. Przygotowała liczne widowiska sceniczne angażujące ponad stu artystów, dba o repertuar, jakość wykonawczą i wizerunek zespołu.
Od 2010 r. pełni także funkcję dyrektora organizacyjnego, troszcząc się o kostiumy, wyjazdy, koncerty, warsztaty i projekty zagraniczne.
Rok 2025 — rok 70-lecia „Wilii” — stał się naturalnym momentem, by podkreślić ogromny wkład dyrygentki w rozwój polskiej kultury na Litwie.
Zapytana o osobiste znaczenie nagrody, Renata Brasel odpowiada skromnie:
— To dla mnie zaszczyt i wielka przyjemność, ale nie uważam, że robię coś wyjątkowego. My po prostu robimy swoje. Śpiewamy po polsku, tańczymy po polsku, jesteśmy w polskim zespole. Tworzymy to nie dla nagród, ale z idei — z miłości do tego, co robimy. Chcemy mówić po polsku i chcemy działać po polsku.
Poznańscy przyjaciele Wileńszczyzny
Tradycyjnie w okresie przedświątecznym delegacja Towarzystwa odwiedza szkoły, przedszkola oraz instytucje polskie na Litwie, przywożąc dary, słodycze oraz symboliczne wsparcie.
— W ciągu trzech dni staramy się docenić pracę naszych „siłaczek” i „siłaczy” — nauczycieli, rodziców, dzieci. Podziwiamy ich dorobek, ich codzienny wysiłek w pielęgnowaniu polskości — mówi Krystyna Liminowicz z Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej w Poznaniu.
W tym roku członkowie towarzystwa odwiedzają m.in.: Progimnazjum i Gimnazjum im. św. Jana Pawła w Wilnie, przedszkole „Uśmiech”, mauzoleum Marszałka Józefa Piłsudskiego na Rossie, hospicjum s. Michaeli Rak, Gimnazjum im. Władysława Syrokomli, zespół „Kasztan”, Dugszty, Mejszagołę i inne miejscowości.
To — jak podkreślają — trzy bardzo intensywne dni, ale każdy rok przynosi nowe wzruszenia i umacnia więź, która i tak jest mocna.
„Jestem z Kresów, więc wracam do siebie”
Ryszard Liminowicz, prezes honorowy towarzystwa, swoje przywiązanie do Wileńszczyzny tłumaczy osobistą historią.
— Urodziłem się w Puszczy Nalibockiej w województwie nowogródzkim, w powiecie Wolożyn w 1944 r., a po roku moi rodzice musieli opuścić swój dom, bo inaczej byliby zmuszeni wyjechać na wschód. Moja mama była wilnianką, bardzo dumna ze swojego miasta. W naszym domu zawsze mówiło się o Wilnie. Zawsze wiedziałem, skąd pochodzimy. Dlatego działanie na rzecz Wileńszczyzny jest dla mnie czymś naturalnym — mówi.
— Moja mama miała 26 lat, kiedy musiała wyjechać z miasta. A pamiętam jej opowieść o dniu, w którym umarł Józef Piłsudski. Była wtedy w jednym z wileńskich teatrów, chyba w Lutni, na spektaklu, jako widz, w grupie swoich znajomych. W pewnym momencie zapadła nagła cisza. Wyszedł konferansjer i powiedział: „Szanowni Państwo, mamy ważną wiadomość. Nasz Ojciec, Józef Piłsudski, już nie żyje” i, jak opowiadała, nagle cała sala zaczęła szlochać. Nie płakać zwyczajnie, tylko wydawać ten dźwięk — jak pszczoły, jak rój, jak coś poruszonego do głębi. Mama mówiła, że nigdy czegoś takiego nie słyszała ani wcześniej, ani później. Że ta reakcja, ten szloch, to było coś absolutnie niesamowitego — mówi Ryszard Liminowicz.
To właśnie to poczucie wspólnoty i duchowej przynależności sprawiło, że Poznań stał się jednym z najważniejszych ośrodków wspierających kulturę kresową. A organizowany w tym mieście przez towarzystwo Kaziuk Poznański wyrósł na największy festyn w Polsce inspirowany wileńską tradycją.


