Jarosław Tomczyk: Huszang Asadi, irański pisarz emigracyjny, był w styczniu przekonany, że kolejna próba obalenia rządów w Iranie tym razem skończy się powodzeniem. Argumentował, że opozycja w końcu ma prawdziwego przywódcę – Rezę Pahlawiego, syna ostatniego szacha. Jak widać, mylił się…
Robert Czulda: To klasyczny przykład myślenia życzeniowego. Co jakiś czas pojawiają się głosy, że to już ten moment i teraz to na pewno Republika Islamska upadnie. Zgodnie z przewidywaniem większości ekspertów to się jednak nie stało, mimo że narracje medialne kreowane przez osoby z kręgu Pahlawiego były inne.
Czy Reza Pahlawi faktycznie jest liderem opozycji dążącej do demokratyzacji życia i ma struktury zdolne obalić obecny ustrój w Iranie?
Pahlawi wyjechał z Iranu jako dziecko, nigdy nie był w nim jako człowiek dorosły, więc nie mógł stworzyć w nim żadnych struktur. Zorganizowana opozycja w Iranie nie istnieje. Sam Pahlawi nie ma charyzmy, nie jest wielkim autorytetem. To nie jest format przywódcy. Owszem, mówi, że jest gotów objąć władzę, ale najpierw musiałby ja zdobyć, a potem utrzymać. Trudno sobie to wyobrazić w sposób inny niż siłowy, bo reżim łatwo się nie podda.
Prezydent USA Donald Trump po spotkaniu z Pahlawim określił go jako sympatycznego, ale nie wyobrażał sobie, by był zdolny rządzić w Iranie. Musiałoby się to stać na amerykańskich bagnetach, a ten scenariusz jest niezwykle mało prawdopodobny.
Pahlawi nie jest nikim nowym, aktywizuje się w mediach społecznościowych, pojawia się, gdy wybuchają protesty, aczkolwiek teraz ta jego aktywność faktycznie była dużo większa niż w przeszłości. W mojej ocenie to jednak postać wirtualna, ciekawa do analiz, ale nie do przejęcia władzy. Nie ma siły, by tak jak jego dziadek w latach 20. ub.w. – wjechał na czele kozaków do Teheranu i samemu koronował się na szacha, początkując dynastię Pahlawich.
Teoretycznie mógłby też przeciągnąć na swoją stronę część aparatu obecnego reżimu.
Nie ma żadnych sygnałów o pęknięciach w strukturach władzy, a szczególnie w strukturach bezpieczeństwa Republiki Islamskiej, co byłoby warunkiem niezbędnym do jakichkolwiek zmian. A nawet gdyby do tego doszło i Pahlawi by tę władzę przejął, to pytanie, czy umiałby ją utrzymać. To byłoby bardzo trudne dla osoby nieznającej realiów Teheranu. A fakt, że spotyka się z Izraelczykami, jeździ do tego kraju, dyskwalifikuje go w oczach wielu Irańczyków, i to niekoniecznie tych związanych z reżimem.
Jeżeli wierzyć podawanym informacjom, styczniowe protesty przypłaciło życiem ok. 30 tys. ludzi.
Tak naprawdę nie wiemy, ile osób zginęło, do tej liczby bym się nie przywiązywał. Natomiast jest faktem, że ludzie byli zabijani. To pokazuje, że protesty były duże, ale nie tak duże, by obalić władzę, co dowodzi, że nie cały naród jest więźniem Republiki Islamskiej. Aczkolwiek trzeba też pamiętać, że niektórzy boją się protestować. Inni z kolei pogrążeni są w marazmie, nie widzą szans na lepszą przyszłość.
Co stało za rozruchami?
Bezpośrednią przyczyną zamieszek była kolejna gwałtowna utrata wartości irańskiej waluty. W bardzo krótkim czasie Irańczycy, którzy i tak mają poważne problemy bytowe, stracili znaczną część swoich oszczędności. Doszło do protestów na wielkim bazarze w Teheranie, iskra lokalna roznieciła się na kraj. Przyczyny głębsze to problemy gospodarcze nawarstwiające się od wielu lat. Wyczerpał się model zarzadzania państwem, jego gospodarka załamuje się do środka. Można tu znaleźć pewną analogię do Polski lat 80. ub.w.
Mimo kryzysu gospodarczego nie wszyscy są przeciwnikami władzy, na kimś ona się przecież opiera?
Irańczycy, jak każdy naród na świecie, są podzieleni. Nie możemy mówić, że Irańczycy chcą tego czy tamtego, bo część chce jednego, a inna drugiego. Nie mamy wiarygodnych badań opinii publicznej, mówienie o procentach poparcia to gdybanie, ale niewątpliwie część osób z różnych powodów popiera Republikę Islamską. Kolejna grupa chciałaby zmiany jej funkcjonowania, ale niekoniecznie obalenia systemu. Można tu szukać analogii do polskiego hasła: „socjalizm tak, wypaczenia nie”.
Oczywiście są też ludzie chcący zmiany systemu, część z nich chciałaby powrotu szacha, część zaś nie chce dynastii, tylko demokratycznego państwa z prezydentem i premierem. Irańska diaspora w Stanach Zjednoczonych jest równie podzielona.

A czy świat jest dzisiaj zainteresowany w tym, by w Iranie doszło do zmian ustrojowych, demokratyzacji życia, czy raczej tylko kontrolą nad tymm co w Iranie się dzieje?
Mamy tu oczywiście różne kategorie państw i ich różne interesy. Po drugiej stronie Zatoki Perskiej państwa arabskie, które z Iranem mają dość napięte relacje historyczne, nie ufają Republice Islamskiej, ale jej obalenie, chaos wewnętrzny, uchodźcy na granicach – to dla nich scenariusz skrajnie negatywny. Dlatego mocno lobbowały w Białym Domu, żeby nie doszło do ataku na Iran.
Demokratyczny, wolny Iran też nie jest mile widziany przez państwa regionu, bo prawdopodobnie by się rozwijał, mógłby się stać potęgą, czyli stanowić zagrożenie gospodarcze. Poza tym byłby to zły przykład dla autorytarnych państw arabskich, więc wolą utrzymać status quo.
Izrael też nie chce demokratycznego Iranu, chce obalenia Republiki Islamskiej, ale ważne, by był tam chaos i kraj pogrążył się w problemach wewnętrznych. Amerykanom zależy, by ich interesy były zabezpieczone, a irańskie rakiety nie spadały na cele w regionie i jeśli Iran zrezygnowałby z programu jądrowego, rozbudowywania rakiet balistycznych, wspierania bojówek w regionie, to wewnętrznie niech sobie robi, co chce. Autokracja jest dla Ameryki do przyjęcia i to niezależnie od tego, kto stoi na jej czele.
Na demokracji zależy tak naprawdę tylko części Irańczyków. Są z tym sami. Dramat polega na tym, że ich los nikogo nie interesuje. Różne państwa mówią o ich wspieraniu, ale tylko po to, by rozgrywać swoje interesy.
Jakimś oparciem dla Iranu wydają się być Chiny.
Do pewnego stopnia są. Mamy zapowiedzi współpracy gospodarczej, ale ona jest dużo mniejsza, niż Iran by chciał. Chiny nie są Świętym Mikołajem, nie będą budować państwa irańskiego. Także pod względem politycznym Iran nie może za bardzo liczyć na Chiny, bo ich najważniejszą motywacją jest kwestia gospodarcza. Chcą utrzymać współpracę gospodarczą i z Iranem i państwami regionu, czyli państwami arabskimi, więc nie mają powodu opowiadać się po stronie irańskiej. Dla Chin ważna jest ciągłość dostaw, dla nich wojna w Iranie to też scenariusz bardzo negatywny. Pekin chce mieć dobre relacje z każdym i patrzy na nie przez pryzmat zysków i strat.
Siłą rzeczy wszystko to wpycha Iran w ramiona Rosji.
Tak, Iran jest wpychany w ręce Rosji, ale to w dużym stopniu jest efekt polityki samego Iranu. Trudno się dziwić i krytykować Amerykanów czy Zachód, że nie chce współpracy z Iranem, kiedy Iran wspiera Rosję, wysyłając broń, wpiera grupy paramilitarne destabilizujące Bliski Wschód i zagrażające partnerom Zachodu. Narracja irańska jest bardzo antyzachodnia. Daleko idąca izolacja międzynarodowa, w której znajduje się Iran, sprawia, że właściwie nikt mu nie ufa i nie chce z nim współpracować. I to jest rezultat irańskiej polityki prowadzonej przez dekady.
W rezultacie Iran został praktycznie tylko z Rosją, z która zresztą też sobie nie ufają i nawet się nie lubią. Ponadto Rosja podobnie jak Chiny też lawiruje, bo ma bardzo dobre relacje z państwami arabskimi. Przykładowo, Moskwa poparła Zjednoczone Emiraty Arabskie w sporze terytorialnym z Iranem, Emiraty to bardzo ważny partner gospodarczy Rosji. Gdyby Iran chciał nawiązać współpracę z Zachodem, eksportować ropę, rozwijać sektor energetyczny, gazowy, wymagałoby to daleko idących zmian jego polityki.
Są Pana zdaniem ludzie w kręgach irańskiej władzy skłonni do takiej zmiany?
Toczą się rozmowy z Amerykanami w Omanie. Oczekiwania amerykańskie są bardzo duże, to rezygnacja z programów jądrowego i rakietowego oraz wspierania bojówek, czyli właściwie trzech głównych filarów irańskiej polityki zagranicznej. Iran znalazł się w impasie. Z jednej strony jego decydenci chcą utrzymać władzę, ale z drugiej – chcą też utrzymać rewolucję islamską, a w obecnej sytuacji gospodarczej utrzymać te dwa elementy jest bardzo trudno. Bo jak cofną się w pryncypiach rewolucji dla utrzymania władzy, to przyznają się do porażki, co może zwiększyć społeczne niezadowolenie, wywołać wrażenie, że Republika Islamska jest słaba. Do tej sytuacji decydenci sami doprowadzili, co nie znaczy, że upadek reżimu jest bliski, jak pokazuje choćby przykład kubański.
Bo władza zawsze się wyżywi?
Chyba że ktoś ją będzie chciał obalić. Zagrożenie izraelskie i amerykańskie nadal istnieje. Władza irańska, zwłaszcza przy rządach Donalda Trumpa i Beniamina Netanjahu, nie może mieć pewności, czy atak nie nastąpi dosłownie w każdej chwili. Dlatego bardzo szybko spacyfikowała styczniowe protesty, by pokazać, że sytuacja wewnętrzna jest stabilna, i nie dawać argumentów zwolennikom ataku na Iran.
Wysłanie przez prezydenta Trumpa „pięknej armady” w kierunku Iranu to był starszak czy realna groźba?
To kolejny przykład strategii negocjacyjnej Trumpa, który wcale nie chce wojny z Iranem. Jeżeli chcemy negocjować, to dobrze mieć w pobliżu lotniskowce. Albo rozmawiamy w Omanie, albo wojsko wchodzi do gry, bo my nie żartujemy. Amerykanie w zeszłym roku dokonali już ataku na Iran i przekroczenie tej psychologicznej bariery zostało dokonane. Tę strategię Trump zastosował chociażby wobec Korei Północnej podczas swojej pierwszej kadencji, kiedy wysłał armadę w rejon Półwyspu Koreańskiego, a jednocześnie zachęcał do rozmów. Atak na Iran nie jest nieuchronny, ale nie możemy go też wykluczyć. Wszystkie opcje są na stole, choć inwazji lądowej znanej z Iraku nie będzie.
Jaki dalszy scenariusz Pan przewiduje?
Spodziewam się, że spotkamy się za dwa, trzy lata, zada pan te sama pytania, a je udzielę tych samych odpowiedzi. Być może jednak upadek systemu w Iranie będzie pewnym zaskoczeniem, bo państwa autorytarne, które wydają się silne, na ogół upadają z zaskoczenia i gwałtownie.
Jeżeli szukamy analogii do tego, jak przejęli władzę islamiści w 1979 r., to oni fizycznie eliminowali wrogów. Republika Islamska zdołała powstać i zdławić dawny reżim, mordując nieprzyjaciół. Czy demokraci, dochodząc do władzy, też by tak robili? Oczywiście, że nie, a to oznacza, że ludzie reżimu pozostaną i przynajmniej część będzie chciała zachować wpływy czy odzyskać władzę.
Gdybym miał dywagować o scenariuszach obalenia reżimu, to raczej przewidywałbym powtórkę z Iraku. Upada władza, jest chaos, ludzie dawnego reżimu mają broń i walczą o swoje interesy. A jeszcze w Iranie dochodzą mniejszości etniczne, które też by mogły walczyć. Raczej spodziewałbym się scenariusza długoletniej, krwawej wojny domowej. Dramat Irańczyków polega na tym, że są sami i każda opcja jest zła.
| Robert Czulda – dr hab., profesor Uniwersytetu Łódzkiego w Katedrze Teorii Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Wykładowca wizytujący Islamic Azad University w Teheranie (2016) oraz National Cheng-chi University w Tajpej (2013). Laureat Fulbright Senior Award na University of Maryland (2016–2017). Analityk do spraw Iranu i Zatoki Perskiej współpracujący z Stimson Center oraz słuchacz kursów teologiczno-politycznych w świętym mieście Kom. |
| Jakie stanowisko wobec Iranu zachowuje Litwa? Litwa stoi po stronie protestujących Irańczyków, podkreśla też, że Iran uczestniczy w przekazywaniu broni i technologii Rosji – chodzi o słynne drony Gerbera i Gierań. Sam Iran temu zaprzecza, chociaż wielokrotnie mimochodem to potwierdził. Jeszcze w styczniu tego roku litewski minister spraw zagranicznych Kęstutis Budrys wzywał irańskie władze do przestrzegania praw człowieka. Litwa dołączyła także do europejskich sankcji wobec Teheranu. „Litwa i Unia Europejska wspierają protestujących mieszkańców Iranu, ponieważ mają oni prawo do wyrażania swojej opinii, zrzeszania się i domagania się lepszych warunków życia” – wyjaśniał wcześniej minister spraw zagranicznych Kęstutis Budrys. „Litwa wraz z UE wyraża solidarność z Irańczykami i ich prawem do dążenia do wolności, godności i lepszego życia” – pisał Budrys w serwisie X jeszcze w styczniu br. „Wzywamy irańskie władze do przestrzegania międzynarodowych zobowiązań i wspierania wolności wypowiedzi, wolności zrzeszania się i pokojowego zrzeszania się. Wzywamy również Iran do zapewnienia ludziom prawa do informacji – wszystkim należy przywrócić dostęp do internetu” – podkreślał szef litewskiej dyplomacji. Protesty w Islamskiej Republice Iranu trwają od końcówki 2025 r. Wywołało je oburzenie rosnącymi kosztami utrzymania. W kraju coraz głośniejsze są apele o zakończenie teokratycznego systemu politycznego, istniejącego od islamskiej rewolucji w 1979 r., podczas której obalono prozachodniego szacha. W odpowiedzi na protesty władze zablokowały dostęp do internetu, a po otwarciu ognia przez siły bezpieczeństwa do demonstrantów zaczęły napływać doniesienia o wielu ofiarach śmiertelnych. Szacunki sięgają nawet wielu tysięcy zabitych. Litwa dołączyła do sankcji Unii Europejskiej nałożonych na Iran w związku z brutalnymi represjami wobec pokojowych demonstrantów oraz systematycznym łamaniem praw człowieka. Stanowisko Wilna wpisuje się w szerszą politykę konsekwentnego reagowania na naruszenia wolności obywatelskich w państwach autorytarnych. (A.K. na podst. komunikatów URM i mat. pras.) |
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 06 (18) 14-120/02/2026

