Więcej

    Luminarz polskiej oświaty na Litwie obchodzi 90-lecie. „W oświacie dwie rzeczy mnie niepokoją”

    Rozmawiamy z Antonim Jankowskim, luminarzem polskiej oświaty na Litwie. Wkrótce, 21 lutego, będzie obchodził 90. urodziny, chociaż „faktyczne” urodziny miał… w styczniu. Poznajemy, prócz coraz częściej niewdzięcznie traktowanej naszej historii, także ocenę dzisiejszego stanu polskiej oświaty. Nie jest jednoznaczna.

    Czytaj również...

    Apolinary Klonowski: Pana data urodzin — 21 lutego — jest w istocie umowna. Przez pierwsze tygodnie życia w ogóle nie był Pan wpisywany do ksiąg kościelnych. Dlaczego?

    Antoni Jankowski: Mama mówiła mi, że urodziłem się pod koniec stycznia 1936 r. Byłem niemowlęciem słabowitym i dopóki nie było pewności, że przeżyję, rodzice wstrzymali się z rejestracją. Właściwie urodziny miałem miesiąc temu, a „oficjalne” urodziny obchodzę i świętuję 21 lutego tak, jak w metryce.

    Dziewięćdziesiąt lat, z czego niemal 70 lat oświacie. To był świadomy wybór?

    Raczej konieczność. W czasie wojny polskich szkół po prostu nie było. Ojciec wynajął studentkę, żeby uczyła mnie w domu. Dopiero po wojnie otworzyły się szkoły, ale litewskie. W 1946 r. zaczęły powstawać polskie klasy — nie dlatego, że Litwa tego chciała, lecz dlatego, że Moskwa tak zarządziła. Stalin rozumiał, że Litwini to naród jednolity oraz patriotyczny i liczył, że Polacy mogą pomóc w rozbiciu tej jedności w republice. Trzeba jednak zaznaczyć, że zamiar partii a skutek nie zawsze były zbieżne. Na Litwie więc pozwolono otworzyć polskie szkoły — nigdzie indziej w ZSRS takiej możliwości nie było.

    Problem był jednak w tym, że wileńska inteligencja albo zginęła z rąk hitlerowców, albo została wywieziona na Sybir przez Rosjan, albo wyjechała w ramach tak zwanej repatriacji, choć to była bardziej deportacja. Nie było komu uczyć. Zaczęto szukać wszystkich, którzy zostali i znali język. W latach 50. uruchomiono ośmiomiesięczne kursy pedagogiczne — 2-letni program w osiem miesięcy. Trafiłem na taki właśnie kurs.

    Fot. Apolinary Klonowski

    Jak do tego doszło? Miał Pan skończone zaledwie kilka klas.

    Faktycznie skończyłem osiem klas, z czego byłem w klasach litewskich, polskich i rosyjskich, w zależności od możliwości. Ósmą klasę skończyłem w Mejszagole, bo tylko tam ją prowadzono. W dziewiątej klasie było nas czternastu uczniów, którzy nie wstąpili do Komsomołu. Dyrektor nas za to ukarał — zostawił na lodzie dosłownie i w przenośni, musiał. Właśnie wtedy otworzyły się kursy pedagogiczne. Dołączyłem do nich, bo nie miałem innego wyjścia.

    Po kursach od razu trafił Pan w teren?

    Skierowano mnie do rejonu trockiego jako kierownika trzech szkół początkowych. Od razu trzech, bo kierownik miał wtedy obowiązek dostarczania wypłat. Raz w miesiącu musiałem osobiście dostarczać pensje trzem nauczycielom naraz. A potem pojawiły się kolejne przeszkody — tym razem nie brakowało pedagogów, lecz podręczników.

    Podręcznika języka polskiego po prostu nie było. Dla mnie najbardziej dostępnym materiałem dydaktycznym był „Kurier Wileński”, wtedy „Czerwony Sztandar”. Prenumerowałem go już wtedy, poczta w Magunach już działała.

    Była to gazeta komunistyczna. Ale faktycznie, była po polsku.

    Była po polsku, ale ważne jest coś jeszcze — jednoczyła. Pierwszej i drugiej strony nie czytałem — wie Pan sam, co tam wtedy drukowano: partyjne depesze.

    Ale dalsze strony były bezcenne. Mogliśmy z nich odczytywać, z jakich miejscowości pochodzą autorzy listów i artykułów, czyli gdzie żyją Polacy, z kim można nawiązać kontakt. „Kurier” był moim pierwszym podręcznikiem, dosłownie.

    Potem udało się zdobyć polskie podręczniki z Ukrainy. Gdy tam likwidowano polskie szkoły, tamtejsze wydawnictwa miały jeszcze zapasy. Kilka lat uczyliśmy się z tamtych egzemplarzy.

    Wiemy między innymi ze spisanej przez Jana Sienkiewicza rozmowy z Panem pt. „Polskie uczenie”, że pracował Pan przy polskich podręcznikach.

    Minister oświaty wyznaczył trójkę autorów, w tym mnie. Podzieliliśmy materiał — fonetyka, morfologia, gramatyka — i w pracy zespołowej napisaliśmy. Podręcznik dla klas 6-7 wydrukowano w 1965 r. Co pięć lat trzeba było go uzupełniać zgodnie z wymogami politycznymi — kiedy popsuły się stosunki z Jugosławią, ćwiczenia o Jugosławii usuwano, w to miejsce wchodził Mao Zedong i tak dalej. W Związku Sowieckim podręcznik politycznie „niepoprawny” nie mógł mieć pozwolenia na wydanie.

    Przez dwadzieścia pięć lat szkoły uczyły się z tego podręcznika. Jeszcze ostatnie wydanie było w 1995 r.

    Tworzył Pan podręczniki, ale też placówki. Jak wyglądało tworzenie internatu w Podbrodziu? Polskiego — trzeba zaznaczyć.

    W swoim czasie założyłem w Podbrodziu pierwszy na Litwie — i w całym ZSRS — polski internat. Mieliśmy 320 dzieci. Wybudowaliśmy od podstaw bursę, kotłownię, garaże. Po jedenastu latach przeniesiono mnie rozkazem, bez mojego udziału, do Solecznik — na kierownika wydziału oświaty.

    Zresztą w 1974 r. KGB chciało mnie usunąć z rejonu za kontakty z księdzem Obrembskim. Władze lokalne broniły mnie, bo nie miały powodu do zwolnienia. Więc zrobiono inaczej — przeniesiono mnie do ministerstwa oświaty w Wilnie. Wyżej. Taka była metoda: jeśli nie można zwolnić, wysyła się wyżej i czeka na błąd. Przepracowałem tam siedem lat.

    Wracając do Pana młodości, to Pana rodzina ukrywała Żydów. Jak wtedy to Pan oceniał?

    Gdy ojciec woził mleko ze Stakieniszek, to jest dwadzieścia kilometrów, to zwoził je do mleczarni na Holenderni. Nie pamiętam nazwiska Żydówki, która ją prowadziła, ale na imię miała Bluma.

    Kiedy zaczęła się wojna, Bluma z rodziną uciekła właśnie do nas. Chowaliśmy ich w gumnie. Ojciec sam wnosił jedzenie, nam nic nie mówił. Sekret wyszedł na jaw dopiero wtedy, gdy z sąsiedzkimi dziećmi bawiliśmy się w chowanego, wdrapałem się na torf i wpadłem prosto w ich kryjówkę.

    Po przejściu frontu wyjechali. Ludzie mówili, że do Polski, ale pewnie do Izraela. Kontaktu potem niestety nie mieliśmy.

    Ciągle była na Pana wywierana presja, może lata 90. przyniosły wytchnienie?

    W 1995 r., gdy solecznicki samorząd był już „nie-komisaryczny”, wróciłem jako kierownik wydziału oświaty. Pracowałem do emerytury, a potem jeszcze przez trzy lata, gdy poprosili.

    Potem z żoną założyliśmy w Solecznikach dom dziecka — bo nie było żadnego — i przez sześć lat byłem jego dyrektorem. Po odejściu z domu dziecka dwa lata odpoczywałem, a potem założyłem Uniwersytet Trzeciego Wieku. Dziesięć lat byłem prezesem. Oddałem prezesurę — nie chcę hamować „młodzieży”. „Młodzieży”, czyli siedemdziesięciolatków, którzy mogą pracować lepiej ode mnie. Zatem zostałem honorowym prezesem.

    A stan polskiej oświaty dziś, w porównaniu z tym, co zastał Pan w połowie ubiegłego wieku? Też nie mamy kolorowo.

    Szkoła jest obiektywnie lepsza — nauczyciele są wykształceni, podręczniki nowoczesne, instytucji kulturalnych jest nieporównywalnie więcej. Ale dwie rzeczy mnie niepokoją.

    Po pierwsze — dyscyplina. Kiedyś do szkoły szedł ten, kto naprawdę chciał się uczyć. Dziś młodzież zna prawa, w końcu na lekcjach o prawach człowieka mówi się bardzo dużo. Odpowiedzialność akcentuje się mniej. Obok praw, trzeba stawiać obowiązki. Jeśli skupimy się tylko na tych prawach, na tym co „słodkie”, to mamy nie demokrację, a anarchię. Granica między demokracją a anarchią bywa płynna. To jest ten aspekt, który dałbym pod rozważenie.

    Po drugie — informacja, także w szkołach. Kiedyś gazeta była niemal jedynym źródłem i człowiek czytał ją uważnie. Teraz ocean informacji chowa w sobie to ziarno prawdy. Jeśli mowa o „Kurierze”, to mi odpowiada ta gazeta właśnie dlatego, że ta informacja jest przesiana, bez zbędnych plotkarskich drobnostek. Redaktorzy podpisują nazwiskiem, nie chowają się. Informacja jest dobrana i uporządkowana w jednym miejscu, a nie rzucona byle jak, byle więcej, byle szybciej i taniej. Bardzo ważne w informacji jest nie tylko ilość, ale i jakość. Także w szkołach.

    Pan Antoni Jankowski w 2009 r. odebrał tytuł Polaka Roku 2008, co odbiera nie tylko jako zaszczyt, ale też zobowiązanie | Fot. Marian Paluszkiewicz

    W 2009 roku odebrał Pan tytuł Polaka Roku 2008. Od tamtego czasu zasiada Pan w Kapitule Plebiscytu i regularnie przychodzi na spotkania Kapituły, mimo „rozgrzeszającego” wieku. Jak ocenia Pan ten plebiscyt po latach i kierunek, w którym się rozwija?

    Uważam, że formuła się sprawdza — choć zwycięzca jeden, to wyróżnionych jest więcej, dyplomy otrzymuje cała dziesiątka. To mobilizuje i zachęca pracować lepiej. Do tego mają możliwość wypowiedzieć się, podzielić swoim poglądem, to bardzo ważne.

    W mojej opinii, ktoś, kto zdobywa tytuł Polaka Roku, to człowiek, który rozumie odpowiedzialność wobec tych, co go wybrali i musi od siebie wymagać. Dlatego też staram się bywać na każdym spotkaniu Kapituły, bo uważam, że tak właśnie powinno być. Wiemy, że z frekwencją innych laureatów, członków Kapituły, bywa różnie. Nie jest moją funkcją przywoływać do porządku, ale mam taki pogląd, że bardziej niż zaszczyt, to jest zobowiązanie.

    Afisze

    Więcej od autora

    Zełenski odrzuca asymetryczne ustępstwa: „Ludzie nigdy by mi tego nie wybaczyli”. Rozmowy trwają

    Zełenski może spotkać się z PutinemPrezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział portalowi Axios, że najlepszym sposobem na wypracowanie przełomu w sprawie terytorium byłoby spotkanie z Putinem twarzą w twarz. Polecił...

    Litwa świętowała 108. rocznicę odrodzenia państwa. Wizyta Metsoli, Tuliszewski z odznaczeniem

    Święto na ulicach i w pałacachProgram obchodów 108. rocznicy Odrodzenia Państwa Litewskiego był bogaty. Rano na Cmentarzu na Rossie przy grobie Jonasa Basanavičiusa uhonorowano sygnatariuszy Aktu Niepodległości 16 lutego...

    Rusza konkurs „My jesteśmy NATO”, edycja 2026. Przypominamy nagrodzonych polskich uczniów na Litwie

    Uczestnicy mogą wybrać jeden z trzech tematów dotyczących: zagrożeń hybrydowych, priorytetów młodzieży w Sojuszu lub wizji świata za dziesięć lat. Prace można pisać w języku: litewskim, polskim, angielskim, niemieckim...