Diamentowe gody Danuty i Antoniego Jankowskich

Państwo Jankowscy lubią razem żartować i się przekomarzać. Wiedzą, że mogą na siebie liczyć |Fot. Marian Paluszkiewicz

Diament to bardzo rzadki minerał. Jego nazwa pochodzi z języka starogreckiego i znaczy „niepokonany, niezniszczalny”. Jest najtwardszą znaną substancją z występujących w przyrodzie. Nieprzypadkowo 60. rocznica małżeńskiego pożycia zyskała miano diamentowej. Podobnie jest w przypadku małżeństwa obchodzącego swoje diamentowe gody – Danuty i Antoniego Jankowskich. To dla nich jubileusz szczególny. Bogaty w emocje, obchodzony z liczną, kochającą rodziną i – przede wszystkim – ważny ze względu na łączące jubilatów uczucie.

Pani Danuta kocha magnolie i róże, które hoduje u siebie na działce, poza tym świetnie gotuje i piecze pyszne szarlotki. Swoim uśmiechem, ciepłem, życzliwością i pogodą ducha zaraża innych. Uwielbia swoją liczną rodzinę: dzieci, wnuki i prawnuki; skrupulatnie gromadzi zdjęcia z każdego okresu ich życia. Ilustrowana historia rodziny ledwo się mieści w 16 pokaźnych albumach.
Pan Antoni do każdej sytuacji znajdzie stosowny żart, pogodnie przyjmuje wszystkie przeciwności losu, jednak twardo stąpa po ziemi. Żadnej pracy się nie boi. Jest złotą rączką – swój dom na działce wybudował sam od fundamentu do czubka komina. Jest dla żony wsparciem. Lubią razem żartować i się przekomarzać. Wiedzą, że mogą na siebie liczyć. Bo bardzo ważne jest, aby mieć obok siebie kogoś, kto wspiera i kocha przez całe życie.

Od 9 października 1960 r. minęło pięknych 60 lat |Fot. archiwum rodzinne

Życie jak w kilku biografiach

Obowiązki rodzinne przez całe życie łączyli z intensywną pracą w szlachetnym zawodzie nauczycieli, kiedy to od podstaw trzeba było tworzyć polskie szkoły, zniszczone przez sowiecki system, krok po kroku budować polską inteligencję na Wileńszczyźnie, zdziesiątkowaną przez wojnę, wywózki na Syberię czy tzw. repatriację. Opisów tych zmagań starczyłoby na kilka życiorysów, wartych napisania niejednej książki.
Pan Antoni większość życia, czyli 67 lat, poświęcił pracy oświatowej – w charakterze nauczyciela, potem na stanowisku dyrektora polskich szkół powstających w trudnych sowieckich czasach na Wileńszczyźnie. 11 lat dyrektorował Szkole Internacie w Podbrodziu z polskim językiem nauczania – zgodnie z dyrektywą Moskwy prowadzono na Litwie politykę sprzyjającą mniejszościom narodowym. W ciągu tego czasu szkoła w Podbrodziu znalazła się w czołówce tego typu placówek.

Tu na świat przyszła córka Jolanta.
Potem koleje losu przywiodły państwa Jankowskich do Solecznik, gdzie Antoni Jankowski objął funkcje kierownika Wydziału Oświaty, patronując szkołom rejonu solecznickiego.
Pani Danuta po kilkunastu latach pracy spędzonych w zawodzie nauczycielki języka polskiego została inspektorem w Wydziale Oświaty w Solecznikach, potem kierownikiem Domu Dziecka w Solecznikach. Ma na swym koncie 28 trudnych, ale treściwych lat pracy z dziećmi szczególnej troski – 11 lat spędzonych w Szkole-Internacie w Podbrodziu, 17 lat w Domu Dziecka w Solecznikach.
Antoni Jankowski, nawet będąc na emeryturze, nie ustaje w działalności – od 2011 r. jest prezesem Polskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Solecznikach, zrzeszającego ok. 100 słuchaczy w trzech filiach – solecznickiej, jaszuńskiej oraz ejszyskiej. Pani Danuta mówi o placówce ciepło „nasz uniwersytet”, bo tyle dobrych inicjatyw, spotkań, wyjazdów i zdarzeń wiąże się z tym słowem.

Spotkanie zrządzeniem losu

Ale cofnijmy się nieco w czasie, do początku znajomości tej niezwykłej pary. Pani Danuta, z domu Tokarzewska, pochodzi ze wsi Okmiany za Trokami, pan Antoni – spod Mejszagoły. Los chciał, że spotkali się razem na studiach. Jak mówi pan Antoni, to było trochę dziwne spotkanie. Ciąg niezwykłych zdarzeń doprowadził do tego, że ich drogi się zeszły.
Ona była wtedy młodziutką studentką Instytutu Nauczycielskiego w Nowej Wilejce, on – dwa lata starszy, mógł się pochwalić bogatym życiowym doświadczeniem. Miał już wtedy na koncie siedem lat stażu w zawodzie nauczyciela, ponieważ wcześnie podjął pracę – w wieku 17,5 roku. Przedtem zaliczył ośmiomiesięczny kurs dla nauczycieli w Instytucie Dokształcania Nauczycieli Litwy, po czym od razu skierowano go do pracy do szkoły w rejonie trockim w charakterze nauczyciela i kierownika szkoły początkowej. Jednocześnie podjął zaoczne studia, potem była służba wojskowa, następnie skierowano go do szkoły w Suderwie.
W Mejszagole miało miejsce zdarzenie, które stało się momentem zwrotnym w jego życiu.

– Spotkaliśmy się raz wieczorem na urodzinach u koleżanki Janowskiej, studentki Instytutu Nauczycielskiego. Zaproszony został też mój kolega, Ziutek Liminowicz, na to spotkanie przyszedł również ks. Józef Obrembski. Ktoś „życzliwy” doniósł o spotkaniu służbom. Następnego dnia wyrzucono nas z Ziutkiem z pracy za związki z księdzem – opowiada pan Antoni.

Państwo Jankowscy z dziećmi – Mirosławem i Jolantą |Fot. archiwum rodzinne

W tej sytuacji trzeba było szukać sobie jakiegoś zajęcia. Chłopaki poprosili o ratunek Włodzimierza Czeczota, dyrektora Instytutu Nauczycielskiego w Nowej Wilejce. Dyrektor zaryzykował, przyjął ich na studia stacjonarne, od razu na drugi rok. To właśnie w instytucie Antoni wypatrzył sobie przyszłą żonę – na zajęciach z wychowania fizycznego.
– Na pierwszej lekcji w sali sportowej stanęliśmy z Józkiem do szeregu. A że przyszliśmy na zajęcia w kostiumach i pantoflach, nauczyciel gimnastyki, Babudżi, bardzo srogi, kazał usiąść na ławce i przynieść na następną lekcję odpowiedni strój. Toteż usiedliśmy na ławce i przyglądaliśmy się zajęciom. To wtedy wypatrzyłem sobie Danusię. Od razu wpadła mi w oko – ładna, zgrabna, kędzierzawa, potem, jak się okazało, również sportsmenka, bo grała w drużynie koszykarskiej. Przez kilka miesięcy musiałem zabiegać o jej względy – wspomina pan Antoni.
– Spodobało mi się, że jest poważny, opiekuńczy. Bardzo mi to imponowało – dodaje pani Danuta.

In vino veritas

Jubilatka opowiada historyjkę, jak to jej wujek przeprowadził „test”, czy Antoni nadaje się na męża. Kupił dobry koniak, do tego kiełbasę, która dla studentów była wyjątkowym rarytasem.
– Koniak miał wykazać, czy Antoni nadaje się na męża – czy ma pociąg do kieliszka, czy po alkoholu rozumu nie traci. Antoni zdał ten „egzamin” – wieczorem musiał odwieźć wujka motorem do domu. Po tym zdarzeniu wujek stwierdził, że to poważna kandydatura – śmieje się pani Danuta.
Po ukończeniu Instytutu Nauczycielskiego Antoni musiał zawalczyć o przyszłą żonę. Decyzją władz skierowano go do pracy w Magunach, a Danutę do szkoły w Dziewieniszkach. Oznaczało to, że czeka ich trzyletnia rozłąka, bo tyle musieliby odpracować w wyznaczonych odgórnie miejscach pracy. Udał się desperacko w wysokie ministerialne progi z prośbą, by skierowano ich do pracy do tej samej szkoły. Plan się powiódł, pozwolono mu z Danutą podjąć pracę w szkole w Magunach.

Dwa śluby, dwa wesela

Po roku znajomości, 9 października 1960 r., Antoni i Danuta powiedzieli sobie sakramentalne tak i przysięgli przed ołtarzem miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Skromny ślub odbył się w Ostrej Bramie, potajemnie, w nocy, w obecności jednej pary świadków. W sowieckich czasach zawarcie kościelnego ślubu przez dyrektora szkoły i nauczycielkę groziło wydaleniem z pracy.
– Już miałem na swoim koncie wydalenie z pracy tylko za to, że przyjaźniłem się z księdzem. Tak więc ślub kościelny był krokiem bardzo ryzykownym, choć oczywistym – zapewnia Antoni Jankowski.
Po tygodniu młodzi, 22-letnia Danuta i dwa lata starszy Antoni, wzięli oficjalnie ślub cywilny, potem tradycyjnie była zabawa weselna „na dwie strony”: weselisko sprawili rodzice panny młodej, potem rodzice pana młodego honorowo również zrobili zabawę dla wszystkich krewnych.
– Dwa śluby, dwa wesela, spróbuj tu wziąć rozwód przy takich obyczajach – żartuje jubilat.

Trudne początki

Młodzi zamieszkali początkowo w Magunach w wynajmowanym mieszkaniu. Pan Antoni dyrektorował w miejscowej szkole, pani Danuta pracowała jako nauczycielka polskiego. W ciągu trzech lat udało się podźwignąć szkołę do rangi jednej z najlepszych w rejonie. Do potrzeb szkoły dostosowano porzucony w lesie dom – po jego gospodarzach ślad zaginął, gdy ich wywieziono. Dom został przewieziony do Magun i przerobiony na bursę dla dzieci, które musiały pokonywać wielkie odległości, by dotrzeć do szkoły. Jeden malutki pokoik zajęli Jankowscy. W Magunach urodził się syn Mirosław. Młodzi nie przejmowali się trudnościami, podczas przerw między lekcjami po kolei na zmianę zajmowali się synem. Ten okres życia wspominają bardzo ciepło, bo – jak mówi pani Danuta – gdy człowiek jest młody, to nic nie jest trudne.
– Pierwsze lata były najtrudniejsze. Ale jakoś nie narzekaliśmy na te trudności, to było naturalne. Na wsi nie było żadnych warunków, obiad gotowało się na palniku naftowym. Nie umiałam sobie z tym radzić, dlatego gotowaniem i palnikiem zajmował się bardziej mąż – opowiada Danuta Jankowska.
Poza zajmowaniem się małym synkiem i pracą młodzi zaocznie studiowali w Instytucie Pedagogicznym w Wilnie. Trzeba było szykować się do egzaminów i jeździć na sesje egzaminacyjne. Ustalili sobie podział obowiązków: zaznaczyli na zegarku zielonym kolorem godziny dla Antoniego, innym kolorem – dla Danuty. Dzięki temu każdy wiedział, która godzina i dla kogo jest przeznaczona na naukę i zajmowanie się dzieckiem.
– Taki podział normował nasze życie, nie było żadnych nerwów czy gniewu, wszystkie prace dzieliliśmy sprawiedliwie – wspomina pan Antoni.

Rodzina stawiła się licznie na uroczystość obchodów 80-lecia pani Danuty
|Fot. archiwum rodzinne

Rodzinnie

Przez te wszystkie lata dom Danuty i Antoniego Jankowskich był niewzruszonym centrum całej rodziny, zawsze otwartym, przytulnym i życzliwym, wypełnionym serdeczną troską i opieką. Ostatnio ster rodzinnych świąt przejęła córka Jolanta, która, żeby odciążyć mamę, zaprasza rodzinę na święta do siebie, do swego domu w Solecznikach. Syn Mirosław, jak również wnuki z rodzinami przyjeżdżają z Wilna, wnuczka Wiktoria z rodziną przylatuje na rodzinne spotkania z Grecji. Ponieważ ostatnią Wielkanoc wszyscy przeżywali w odosobnieniu, więc po poluzowaniu kwarantanny Jolanta zaprosiła wszystkich na rodzinny zlot latem. Tradycyjne stały się też niedzielne rodzinne obiady u córki.
Dziś państwo Jankowscy dumni są ze swoich czworga wnuków i pięciorga prawnuków, z których najmłodszy ma już roczek. Najstarsza prawnuczka chodzi już do czwartej klasy.

– Staramy się często bywać razem. Wnuki bardzo lubią męża, który potrafi z nimi porozmawiać i pożartować. Spotkamy się, naśmiejemy, nacieszymy. Potem się okazuje, że nawet podwyższone dotąd ciśnienie spada – śmieje się pani Danuta.

– Kiedyś to ja starałam się łączyć rodzinę, teraz to moje dzieci starają się trzymać razem. Zawsze im powtarzam, żeby dbali przede wszystkim o swoją najbliższą rodzinę – rodziców, żonę, męża, dzieci, dopiero potem o innych. Wtedy to będzie scementowane – dodaje.
Przed dziesięcioma laty państwo Jankowscy stanęli ponownie przed tą, „co w Ostrej świeci Bramie”, by odnowić przysięgę małżeńską i uczcić złote gody, 50. rocznicę zawarcia ślubu. Swoje diamentowe gody będą obchodzili już skromniej, uroczystość koniecznie poprzedzona będzie mszą świętą w parafialnym kościele pw. św. Piotra Apostoła w Solecznikach.
Pytam jeszcze o przepis na udane małżeństwo.

– Szanować siebie nawzajem – podkreśla pani Danuta. – W młodości oczywiście miłość, a w starszych latach musi być szacunek, to najważniejsze – zaznacza.

– Trwanie w małżeństwie i wierność na zawsze – to pojęcia, które zostały nam mocno wpojone i nie dopuszczaliśmy do świadomości nawet cienia wątpliwości, że mogłoby być inaczej. Skoro człowiek decydował się na małżeństwo, to wiedział, że to na zawsze. W naszej wileńskiej tradycji to naturalne. Uważam, że to jest podstawa udanego, trwałego związku – podsumowuje pan Antoni.


„Kurier Wileński” składa Szanownym Jubilatom serdeczne gratulacje i najlepsze życzenia wielu wspólnych lat wypełnionych szczęściem i zdrowiem!


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 41(118) 09-15/10/2020