Więcej

    O modlitwach Ireny Duchowskiej

    Irena Duchowska pozostaje poetką prawdziwą. Dawno ustaliła istotne dla siebie i świata azymuty. Wiele musiało się wydarzyć. Poetka wchłonęła wielką i małą historię, szczęścia i nieszczęścia, szybowała wysoko i stąpała twardo po ziemi. Szukała i traciła. Ufała i długo lizała rany, które od zawsze przynależą wrażliwym i czułym.

    Czytaj również...

    Pisałem już kiedyś o tułaczej świadomości Ireny Duchowskiej. Wydaje się ona dominować w tej poezji. Czasami pobrzmiewa dosłownie. Czasami skrywa się w głębszej metaforze. W wywiadzie publikowanym w londyńskim „Pamiętniku Literackim” znalazło się kilka istotnych wyznań: „Bardzo boleśnie zmiany granic odbierali moi rodzice. Byli obywatelami Polski. Nigdy nie dali się przekupić sowietom, nie wstąpili do partii, nie zarzucili wiary, chodzili do kościoła póki starczyło sił, zawsze zostawali przy swoim, nie uznali zmian nazw polskich ulic na sowieckie, jak mi coś chcieli wytłumaczyć, używali polskiego nazewnictwa, co z kolei dla mnie, urodzonej dziesięć lat po wojnie było niezrozumiałe, bo nazwy były zmienione. Nie doczekali się zupełnej lituanizacji. Języka litewskiego rodzice nie znali. Dla mnie szokiem był przejazd do centrum Litwy, po szkole polskiej i studiach w grupie międzynarodowej. Języka litewskiego jeszcze nie znałam. Za mojej młodości w Wilnie wszędzie można było się jeszcze domówić po rosyjsku lub polsku, napisy były w trzech językach”. To głos teraźniejszy, który jest jednak echem zdarzeń fundamentalnych.

    Gdybyśmy chcieli poszukać w tej poezji archetypicznych źródeł, dosyć łatwo trafilibyśmy na postać Odysa. Itaka mogłaby być wówczas podwileńską Słomianką. Troją cała, tak poniżona przez sowietów, polskość. Polifemami są zaczadzeni ideologią głupcy, którzy długo wytykali palcami, ranili niesprawiedliwymi językami tę upartą Polkę. Syreny łatwo zidentyfikować z wszędobylską pokusą karier, stanowisk, wyróżnień. Moglibyśmy mnożyć te podobieństwa. Doszukiwać się coraz ściślejszych związków z uniwersalnym losem człowieka wyrzuconego z rodzinnego domu i skazanego na mocowanie się z losem. Może dlatego konstruktem decydującym tej poezji pozostaje właśnie uparta tułaczka. Mniej, czy bardziej świadoma, ale przecież stale obecna, traumatycznie wklejona w poetycki i codzienny genotyp.

    Jeszcze jedno bolesne wspomnienie Ireny Duchowskiej:

    „Mamusia, jako jedyna kobieta w okolicy, miała ukończoną Szkołę Rolniczą w Antowilu, więc władze sowieckie wezwały ją na rozmowę i sprawę postawiono wyraźnie: namawiasz bogatszych sąsiadów do dobrowolnego oddania gospodarki i ziemi do kołchozu, sama będziesz przykładem, idziesz na agronoma do kołchozu albo z tobołkiem na białe niedźwiedzie. Siostry opowiadały, jak przy huku zbliżającego się auta po szosie, mamusia kazała uciekać w żyto i dalej do biedniejszych krewnych, aby jeżeli wywiozą na Sybir, to przynajmniej bez dzieci”.

    Czy mogła z takich doświadczeń wystrzelić poezja sowizdrzalska? Czy mogła przesunąć się w stronę przysłowiowej sztuki dla sztuki? Czy mogła nie odszukiwać wdzięczności wobec osób i zdarzeń, które pozwoliły przetrwać w sowieckim, ale i litewskim kłębowisku różnych postaw i różnych emocji?

    Dodatkową osią tej poezji jest niemal obsesyjny trud, ciągła próba udzielenia światu jak najcelniejszej odpowiedzi, czy może raczej riposty. Trudno ustalić, czy Irena Duchowska uznała dialog za odpowiednią formę komunikacji. Zazwyczaj i tak nikt Jej nie odpowiadał. Przedrzeć się przez te wszystkie losowe zawiłości to jednak była dosyć heroiczna powinność. Raczej obronna niźli zaczepna. W sukurs przyszła pamięć. Także spotkania. Pamięć o rodzinnym domu, owocowych drzewach, kwiatach, pszczołach, rodzicach poważanych przez sąsiadów. A spotkania? To bardziej skomplikowana sprawa. Najpierw był ksiądz Jan Naumowicz, zamordowany przez szaulisów, stryj Ireny, męczennik za Boga i Ojczyznę, zawsze obecny w rodzinnych opowieściach. Ale wojenna zbrodnia w Święcianach miała jeszcze jeden wymiar, do którego poetka przylgnęła.

    Księdzu Naumowiczowi proponowano ucieczkę. Odmówił. Obiecał wiernym, że zostanie z nimi, że zawsze wróci, że nie opuści. Metafizyka obecności do końca, do śmierci Krzyżowej. Ten imperatyw wierności, który oznaczał ofiarę z życia, stał się dla poetki źródłem i jedyną drogą spośród wielu oferowanych przez los. Duchowa iluminacja, dla postronnych trudna, niezrozumiała, czasami pewnie zbyt szorstka, albo pryncypialna, pozwoliła cierpliwie konstruować osobowość integralną, gotową dać świadectwo prawdzie, bez względu na rachunki, które przyszło często płacić. Właśnie dlatego Irena Duchowska jest poetką prawdziwą.

    Kolejne wiersze i kolejne tomiki pogłębiają tylko duchową głębię. Penetrują kolejne poziomy. Uzupełniają poprzednie modlitwy oraz intencje, konsekwentnie poddają się sacrum. Tym ważniejsze są medytacje o ojcu Stanisławie. Bywałem w tych ważnych miejscach związanych z wyjątkowym kapłanem. Słuchałem uważnie opowieści, którymi karmiła nas (to odpowiednie określenie) Irena Duchowska. Nie miałem wątpliwości, to jeszcze jeden mocny pośrednik prowadzący do Boga. Pośrednik zapoznany. Obejrzany. Usłyszany. Przyjęty do serca, umysłu, przywoływany na każdy kolejny dzień i resztę życia. Paradoksalnie, kiedy wszystkie te obrazy odpływają, oddalają się z braku kolejnych spotkań i rozmów, to jednak, te duchowe imponderabilia stają się jeszcze ostrzejsze. Trochę jak Norwidowski, pamiętny diament przechowany na dnie popiołu, w jakimś metafizycznym depozycie.

    Nie warto zamieniać słowa wstępnego w detaliczną egzegezę każdego wiersza. Czytelnik musi samodzielnie przejść przez to światło, które mocno kontrastuje z wszechobecną ciemnością. Sacrum i profanum, odwieczny kontrast, odwieczne bojowanie. Ważne, byśmy mieli trzeźwą świadomość z kim tak naprawdę mamy do czynienia. To są wiersze Boże, których najpiękniejszymi orędownikami pozostają Irena Duchowska, ksiądz Jan Naumowicz, ojciec Stanisław, wspominani Rodzice. Nie dla igraszek powstały. Nie dla pobieżnego czytania. Odrywają się ostatecznie od sponiewieranej, ale ufnej Autorki. Wiodą doskonale oddzielny żywot. Bywają głosem Stamtąd. Przypominają o kruchości, którą każdy z nas ma szansę zamienić w wieczność.

    Klamrą lęków, starań, traum, nadziei okazuje się końcowy „Mój testament”. Nie, nie jest kolejna poetycka kreacja, ani artystyczna prowokacja. Irena Duchowska nigdy nie pozwoliłaby sobie na takie lekceważenia. Zbyt mocno i szczerze zawierzyła, by rzucać słowa na wiatr i niepotrzebnie zwracać na siebie uwagę. To ważne podsumowanie. Jeszcze jedno wołanie z egzystencjalnej krawędzi. Pomódlmy się zatem wspólnie. Niechaj ten świat, dzięki czystemu słowu, nabiera siły na dalsze trwanie.

    Dariusz Łukaszewski,
    Kadzidło

    Afisze

    Więcej od autora

    Odeszła do Pana Elżbieta Dołęga‑Wrzosek — sumienie polskiej oświaty na Białorusi

    Jej odwaga, dobroć i niezłomna wierność polskości ukształtowały całe środowisko polskie w Baranowiczach, a jej wychowankowie pozostaną na wiele lat kontynuatorami i świadkami jej niezwykłych dokonań.Zmieniała świat cichą codzienną...

    „To było bardzo potrzebne”. Minęło pierwsze spotkanie Klubu Czytelniczego w DKP

    Książkę zaprezentowała prowadząca Aneta Olender, a następnie uczestnicy chętnie podjęli dyskusję, dzielili się swoim odbiorem powieści, spierali, polemizowali i ukazywali coraz to nowe aspekty przeczytanej lektury. Było zajmująco, intrygująco...

    „Wiosenne Przebudzenie” – koncert Elity Narkiewicz w Nowej Wilejce

    Gdy dni stają się dłuższe, a w powietrzu czuć zapach nadchodzącej wiosny, to dobry moment, by zrzucić zimową aurę i naładować się pozytywnymi wibracjami przy dźwiękach muzyki. Zapraszamy na...