Więcej

    Ajatollahowie walczą o życie. Płonie Zatoka, świat boi się paliwowego kryzysu

    Pierwsze półtora tygodnia wojny na Bliskim Wschodzie nie przyniosło rozstrzygnięcia, co zaskoczeniem być nie powinno. USA i Izrael nadal bombardują Iran, z kolei reżim ajatollahów odpowiada uderzeniami na Izrael i państwa Zatoki Perskiej.

    Czytaj również...

    Różnica jest taka, że intensywność nalotów koalicji rośnie, zaś odwet Iranu jest coraz słabszy. Jednak islamska republika walczy o przeżycie, więc chce wywołać światowy kryzys paliwowy.

    To nie miała być krótka kampania i taką nie jest. Nie po to Donald Trump wysłał na Bliski Wschód amerykańskie siły, jakich region nie widział od czasów inwazji na Irak w 2003 r. Po 11 dniach wojny prezydent USA nie wydawał się skłonny rezygnować z żądań postawionych Iranowi jeszcze przed wybuchem konfliktu: pełnej rezygnacji z programu atomowego, rozbrojenia arsenału rakietowego, rozmontowania tzw. osi oporu (czyli porzucenia przez Teheran regionalnych sojuszników, od Hezbollahu po Huti), wreszcie umożliwienia Irańczykom zmiany reżimu.

    Islamska republika wie więc, że jest to de facto gra o jej przetrwanie. Stąd eskalacja, ataki na sąsiadów i absolutne odrzucenie rozmów. W tej wojnie – na razie – nie ma pola do kompromisu. Odczuwa to cały świat i może jeszcze długo odczuwać.

    Rakiety, drony i ropa

    Wojna z Iranem trwa już kilkanaście dni, a początkowy szok minął. Po pierwszych uderzeniach Iran zaczął odpowiadać atakami na kraje w całym regionie. W pierwszych dniach intensywność ataków Iranu była tak duża, że eksperci zaczęli obliczać, co szybciej się wyczerpie: zapasy rakiet przeciwlotniczych krajów regionu czy rakiety balistyczne i drony Teheranu.

    Jednak ataki USA i Izraela szybko ograniczyły do minimum zdolność Iranu do wystrzeliwania rakiet i znacznie zmniejszyły liczbę startów dronów. Stany Zjednoczone i Izrael całkowicie dominują obecnie w powietrzu, wykonując tysiące uderzeń w cele w Iranie. Dotychczasowe uderzenia koncentrowały się na niszczeniu potencjału militarnego Iranu oraz kierownictwa państwa i sił zbrojnych.

    Śmierć najwyższego przywódcy Alego Chameneiego oraz garnituru czołowych polityków i dowódców Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) nie tylko nie sparaliżowała reżimu, ale wręcz sprawiła, że przyjął jeszcze twardsze stanowisko. Wybór na nowego rahbara Modżtady Chameneiego, syna zabitego Alego, jedynie zapowiada eskalację. Mimo intensywnego bombardowania irański reżim na razie funkcjonuje, a struktury państwowe nie uległy poważnemu osłabieniu.

    Iran musiał oddać wrogom kontrolę nad własnym niebem, ale odgryza się – rozpoczął bezprecedensowe pod względem skali uderzenia na cele w dziesięciu państwach regionu: Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie, Iraku, Izraelu, Jordanii, Katarze, Kuwejcie, Omanie, Syrii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ataki te nie spowodowały jednak ani masowych ofiar, ani poważnych zniszczeń. Doszło też do pojedynczych ataków dronów i rakiet na Cypr, Turcję i Azerbejdżan.

    Oczy świata zwrócone są na cieśninę Ormuz – kluczowy szlak transportu ropy naftowej i gazu ziemnego. W wyniku blokady cieśniny ruch handlowy spadł o 90 proc. Celem ataków Iranu stały się też obiekty naftowo-gazowe krajów arabskich.

    W rezultacie nastąpił gwałtowny wzrost cen ropy na rynkach, które obawiają się, że konsekwencje wojny spowolnią wzrost światowej gospodarki. Przez pierwszy tydzień rynki reagowały dość wstrzemięźliwie: cena Brent powoli rosła z 70 do 90 dolarów za baryłkę. Wystrzeliła po wojowniczych deklaracjach obu stron i wyborze Chameneiego juniora na przywódcę Iranu do blisko 120 dolarów, by w kolejnych dniach spaść poniżej 90 dolarów.

    Jak zauważają analitycy, Iran próbuje w ten sposób wywrzeć wpływ na Stany Zjednoczone, aby powstrzymać działania wojenne.

    Islamska republika walczy o życie

    Kalkulacje ajatollahów, że zaatakowane kraje arabskie będą próbowały skłonić Stany Zjednoczone i Izrael do szybkiego zakończenia wojny, nie sprawdziły się. Dla monarchii arabskich konsekwencje wojny wykraczają daleko poza ryzyko militarne.

    Oprócz zagrożenia bezpieczeństwa pojawiły się poważne problemy gospodarcze. W niektórych krajach wstrzymano działalność obiektów naftowych i gazowych, a także eksport węglowodorów. To również cios w politykę dywersyfikacji gospodarki.

    Model monarchii arabskich do tej pory opierał się na wizerunku stabilności, bezpieczeństwa i przewidywalności. To właśnie przyciągało międzynarodowe banki, fundusze inwestycyjne, firmy technologiczne i branżę turystyczną. Region stał się dużym węzłem finansowym, logistycznym i transportowym łączącym Europę, Azję i Afrykę.

    Teraz monarchie arabskie nie mają wyboru. Są zmuszone do opowiedzenia się po którejś stronie. I nie może być to Iran. Islamska republika pokazała, że zawsze będzie potencjalnym zagrożeniem. Więc lepiej wykorzystać obecne okno możliwości – bo nie wiadomo, kiedy znów USA tak mocno militarnie zaangażują się w walkę z Teheranem. Do usunięcia problemu.

    Pakistan wkroczy do gry?

    Co więcej, Iran może sobie zafundować kolejny front, na wschodzie. I ma to związek z jego atakami na Arabię Saudyjską. Ta bowiem w 2025 r. zawarła strategiczne porozumienie o wzajemnej obronie z Pakistanem. Umowa stanowi, że atak na jedno z państw jest traktowany jako atak na oba.

    Teraz, zaledwie kilka miesięcy po sformalizowaniu sojuszu obronnego, lojalność Pakistanu wobec bogatego w ropę sojusznika może zostać poddana próbie. Na razie Islamabad ostrzega irańskiego sąsiada. Ale kto wie, co zrobi, jeśli Teheran nadal będzie atakował Saudów.

    Tym bardziej że relacje pakistańsko-irańskie nie są łatwe. Chodzi o beludżyjskich separatystów (Tehrik-i-Taliban Pakistan, TTP) dokonujących zamachów w Pakistanie. Islamabad twierdzi, że korzystają oni z kryjówek po irańskiej stronie granicy.

    Do tego dochodzi wojna, która wybuchła kilka dni przed rozpoczęciem nalotów Izraela i USA na Iran. Pakistan starł się z Afganistanem, ponieważ rządzący tam talibowie (kiedyś wspierani przez Islamabad) pomagają swoim pakistańskim pobratymcom z TTP. Ta wojna w cieniu konfliktu w Zatoce może jednak dolać oliwy do ognia.

    Bombardowany Iran zaognił relacje z niemal wszystkimi sąsiadami. Izolację pogłębia fakt, że jak dotąd nie udzielili bezpośredniego wsparcia militarnego jego główni sojusznicy – Rosja i Chiny.

    Putin unika zajęcia jednoznacznego stanowiska, bo nie chce się narazić Trumpowi. Jednak według doniesień dziennika „Washington Post” Rosja przekazuje jednak Iranowi dane wywiadowcze, które mogą być wykorzystywane do planowania ataków na siły USA na Bliskim Wschodzie.

    To jednak za mało. Ajatollahowie mogą już tylko desperacko się odgryzać, licząc na to, że wywołanie przez nich światowego kryzysu paliwowego zmusi Trumpa do rezygnacji z celu obalenia reżimu.


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 10 (28) 14-20/03/2026

    Afisze

    Więcej od autora

    Róg Afryki na krawędzi wojny

    Rząd federalny Etiopii rozpoczął przygotowania do długiej i dużej wojny na północy kraju. Etiopskie Siły Obrony Narodowej (ENDF) przenoszą liczne oddziały z regionów Amhara i Oromia w kierunku Tigraju.Eksplodować...