1
Codziennie się uczą być dobrymi rodzicami

 Najszczęśliwsza chwila dla całej rodziny Romaszewskich, kiedy są razem Fot. Marian Paluszkiewicz


Najszczęśliwsza chwila dla całej rodziny Romaszewskich, kiedy są razem Fot. Marian Paluszkiewicz

Świętowanie Wielkanocy w rodzinie Bożeny i Czesława Romaszewskich zaczyna się nie przy suto zastawionym stole, lecz od czuwania nocnego, w którym rokrocznie uczestniczą.

Czuwania na cześć Pana, które rozpoczyna się po zachodzie słońca, w „tę świętą noc”, w czasie której „Chrystus skruszywszy więzy śmierci, jako zwycięzca wyszedł z otchłani”. Jakże by tej tak starej tradycji, która ma lat tyle, ile chrześcijaństwo, nie uszanowali. Całą rodziną. Oczywiście, bez najmłodszych pociech, które na tę noc pozostają z babcią.

Rodzina Romaszewskich mieszka nieopodal Niemieża. Trudno zapewne znaleźć im podobną, jak Litwa długa i szeroka. Nie tylko z racji, że jest to rodzina wielodzietna, ale że tak pobożna, patriotyczna, pracowita, muzycznie uzdolniona. I jeszcze ile by tak pięknych przymiotników do tego można by dodać.
Najtrudniejszym naszym zadaniem dziennikarskim było nie umówić się z nią na spotkanie, a zebrać „do jednej kupy”. Tak mają napięty i wypełniony dzień. I faktycznie na co dzień w domu zostaje tylko mama. Czasami musi wyręczyć męża, zawieźć do szkoły, czy z powrotem przywieźć do domu którekolwiek z dzieci.
Pan Czesław pracuje zawodowo. Z rana po drodze do pracy zawozi dzieci do miasta, potem zabiera. W zasadzie już ze szkół — muzycznej, plastycznej, sportowej.
Bożena i Czesław są ze sobą lat już prawie dwadzieścia. 3 września roku bieżącego będą obchodzić swój porcelanowy jubileusz.

Poznali się w wileńskim kościele pw. Ducha Świętego, w którym oboje należeli do wspólnoty neokatechumenicznej. Co prawda, byli w różnych grupach. Zapewne Bożena wpadła w oko od początku Czesławowi, bo przecież to ją, a nie którąkolwiek inną dziewczynę zaprosił do Polskiego Teatru Ludowego na sztukę „Pan Jowialski”. Sam dziś to tak przypomina: „Kupiłem bilet dla kolegi, a ten pójść nie mógł. Zaproponowałem Bożenie”.
Od tego wieczoru oboje wiedzieli, że będą razem. A ponieważ byli wychowani w duchu katolickim i o żadnym tam przedmałżeńskim „przymierzaniu”, jak to dziś niektórzy traktują, mowy być nie mogło, po pół roku stanęli na ślubnym kobiercu. Oczywiście, w swoim kościele. Podominikańskim.
Piszemy swoim, a faktycznie do różnych parafii wileńskich należeli. Ona — dziewczyna z Ponar Dolnych, on — kawaler z Żyrmun, ale kościół Ducha Świętego przez wiele lat był i pozostał oprócz swej podstawowej funkcji także oazą polskości oraz… miejscem spotkań młodych Polaków. Ileż to par uczestniczących we Mszach świętych potem na kawę się umawiało. Tak było właśnie w przypadku państwa Romaszewskich.

Mama dla każdego z nich jest najpotrzebniejsza Fot. Marian Paluszkiewicz

Mama dla każdego z nich jest najpotrzebniejsza Fot. Marian Paluszkiewicz

Ksiądz Witold pobłogosławił ich na nową drogę życia, którą rozpoczęli w domu brata Bożeny, w Dolnych Ponarach. Tam na świat przyszła Katarzyna. Dziś maturzystka wileńskiego gimnazjum Adama Mickiewicza. Miła, przesympatyczna, muzycznie uzdolniona Kasia, która to właśnie przed laty założyła zespół rodzinny i pomyślnie z nim uczestniczy w „Cecyliadzie”, festiwalu piosnki religijnej „Ciebie, Boże wysławiamy”.
Po dwóch latach po Kasi urodził się Jacek, potem Basia, Adam, Kinga, Daniel i Augustyn. Wszystkie chciane. Wszystkie oczekiwane.
Jak dziś przypomina pani Bożena, najtrudniej było z pierwszą czwórką. Były chwile,kiedy myślała, że nie wytrzyma. Jednemu dziecku boli brzuszek, drugiemu wykłuwają się ząbki, a wszystkie absolutnie chcą się przytulic do matczynej piersi i usiąść na kolanach taty.

„Ale właśnie dzieci dały mnie i mężowi największą możliwość uczenia się, jak żyć w rodzinie, jak każdego miłością obdarzyć” — mówi Bożena. „Bo miłość to rzecz najważniejsza w każdej rodzinie. W relacji męża i żony, w relacji rodziców i dzieci, w stosunkach z dziadkami, bliskimi, całym otoczeniem. Owszem, mieliśmy pomoc w osobach swych rodziców, ale zasadniczo najwięcej wyręczaliśmy się i pomagaliśmy i pomagamy sobie nawzajem. Co bynajmniej nie oznacza, że nasz dom, tak jak wiele innych, nie nawiedzają dni też trudniejsze” — kończy moja rozmówczyni.

Łatwo na pewno nie było. Po dwóch latach mieszkania u brata Bożeny, rodzina Romaszewskich nabyła domek w sadach zespołowych niedaleko Niemieża. „A właściwie tylko ściany, trzeba więc było zakasać rękawy i zaczynać wszystko samym” — przypomina gospodarz domu.
Każdy pracował w miarę swoich sił. Rodzice oraz każde dziecko. Dzisiaj dom bialutki, zadbany nie tylko wewnątrz, ale też teren dookoła. Na posesji kwiaty, krzewy, cieplarnia oraz… kury, by świeże jajka dla rosnącej z roku na rok rodziny były.

 

Augustyn najchętniej wybiera zabawy komputerowe. Chętnie mu sekunduje Kinga Fot. Marian Paluszkiewicz

Augustyn najchętniej wybiera zabawy komputerowe. Chętnie mu sekunduje Kinga Fot. Marian Paluszkiewicz

Utrzymać rodzinę 9-osobową, kiedy tylko głowa rodziny pracuje, nie jest łatwo. Czesław nie tylko nie narzeka, wręcz odwrotnie, mówi, że jest bardzo zadowolony z pracy w firmie „Ardena”, z życzliwości ludzkiej. Owszem, otrzymują od państwa zasiłki na dzieci. Ale kiedy zbliża się nowy rok szkolny, kiedy trzeba dzieciom wszystko do szkoły przyszykować, czy też jakieś święto, muszą dobrze się pogłowić, jak ten tak skromny budżet rozplanować. Kiedy w Polsce można było kupić taniej produkty, jechali tam na zakupy, teraz paliwo jest drogie. Nie opłaca się jechać, ale robią zakupy w większych hurtowniach, na dłuższy czas kupują niepsujące się produkty, bo to taniej.
„Gdyby to nie dodatkowe wydatki, nie te ciągłe dorabianie domu, bo w ciągu tych lat osiemnastu wszystkich prac jeszcze nie zakończyliśmy. Brakuje pieniędzy. Zdarzają się więc chwile, że kiedy otrzymuję pobory, najpierw muszę z długami się rozliczyć, potem zobaczyć, ile zostaje na życie i bardzo często… zaciągnąć nowe” — mówi gospodarz.

Po chwili jednak dodaje: „Z pomocą Boga nam jednak bardzo dobrze leci. Grzechem by było utyskiwać: dzieci zdrowe, doskonale się uczą, są chłonne świata twórczego”.
Kiedy słyszę, jak dzieci mówią, co robią po lekcjach, to boję się, że się poplączę w tej tak bogatej wyliczance. Znów z pomocą mi przychodzi gospodarz domu, który potwierdza: „Tak, u nas prawie wszyscy grają.
A to już chyba zasługa naszej najstarszej — Katarzyny. Ukończyła naukę gry na pianinie, potem na gitarze, a w końcu — na skrzypcach. Gra na trzech instrumentach muzycznych”.
— Widocznie swoją przyszłość, Kasiu, chcesz z muzyką połączyć? — pytam.

— Nie — odpowiada rezolutna dziewczyna. — Muzyka to dla duszy. A dla chleba, jak żartuję, marzę o informatyce. Zrobię wszystko, aby ją ukończyć. Mam teraz trudny okres — maturę, ale sądzę, że pójdzie mi normalnie, starałam się wszystkie lata pracować sumiennie. Tak jak uczą nas rodzice.
Na pianinie grają też Jacek i Kinga. Basia chodziła na lekcje skrzypiec, ale zwyciężyła plastyka.
Kiedy prosimy, by pokazała nam swe rysunki, robi to bardzo chętnie, bez niepotrzebnego krygowania się. Są naprawdę piękne, kolorystyczne.
Adam gra na gitarze. Ośmioletni Daniel planuje, że może wybierze klarnet, ale na razie nie ma czasu, bo razem z najmłodszym, pięcioletnim Augustynem, uprawiają lekką atletykę.
Kiedy zadaję tak banalne pytanie — jak zdążacie — Kasia bardzo filozoficznie odpowiada: „Im człowiek jest bardziej zajęty, tym więcej ma wolnego czasu”.

— Z tego wolnego czasu, jak mówisz, Kasiu, założyłaś zespół rodzinny? — żartuję.
Ona tak samo wesoło odpowiada: „Skoro gramy w domu, przedszkolu, szkole, kościele, to zdecydowaliśmy poćwiczyć, pomuzykować i tak zaprezentowaliśmy się na Cecyliadzie, początkowo jako rodzinny zespół, a potem razem z rodziną Dragunasów. Stworzyliśmy taki połączony zespół rodzinny — 13 osób. Bierzemy też udział w festiwalu piosenki religijnej „Ciebie, Boże wysławiamy”.
— Muzyka jest u nas codziennie — dodaje pan Czesław.
— Nie tylko próby, muzykowanie. Bo każdą niedzielę zaczynamy od jutrzni z Brewiarza, czytamy odpowiedni na ten dzień tekst z Pisma Świętego. Dziękujemy wspólnie Bogu za wszelkie dary Jego łaskawości i miłosierdzia.

.Basia zapowiada się jako bardzo ciekawa plastyczka Fot. Marian Paluszkiewicz

Basia zapowiada się jako bardzo ciekawa plastyczka Fot. Marian Paluszkiewicz

Omawiamy, jak dzieci zrozumiały te słowa. No i wspólnie śpiewamy psalmy. Gramy. Jest to dla nas bardzo ważny dzień, jesteśmy wszyscy razem. Kościół przecież zaleca, o ile to możliwie, by rodzina zawsze siadała wspólnie do stołu. Na co dzień nie zawsze to nam się udaje, z racji na obowiązki każdego członka rodziny, ale niedziela to przecież taki dzień, kiedy możemy wspólnie się nacieszyć sobą. Wspólnie omówić wszystkie problemy i radości. Staramy się ten dzień poprzedzić sobotnią wieczorną eucharystią, by tak ten świąteczny dzień spotkać — kończy głowa rodziny.
Od spraw wiary przeskakujemy do jakże codziennych spraw bytowych, które pochłaniają tyle czasu.
Jak pani Bożena radzi sobie z tym wszystkim: sprzątaniem, praniem, gotowaniem?

Odpowiada mi: „Sama absolutnie bym nie dała rady. Ale mam przecież tylu pomocników. Bo, jak już powiedziałam na wstępie, było bardzo ciężko, kiedy była czwórka dzieci — wszystkie małe. Teraz każde dziecko mi pomaga. Prace rozłożyliśmy w taki sposób, że mamy taką cotygodniową loterię: dzieci ciągną losy, co każde z nich będzie w ciągu tego tygodnia robić: naczynie zmywać, sprzątać, prasować, teren sprzątać, czy zimą podwórko odśnieżać. Uzgodniliśmy to z dziećmi, przestrzegają tego i dlatego często mam mini-urlopy, kilkugodzinne. Bo z rana często zostaję sama, mąż w pracy, dzieci w gimnazjum im. Mickiewicza, Augustyn w przedszkolu „Źródełko”. Między innymi do tego przedszkola chodziły wszystkie nasze dzieci. Więc czy nie urlop? Ostatnie lata chyba najdłuższy od całego dwudziestolecia” — żartuje gospodyni. „A jeżeli już o urlopach, to czasami udaje się nam wyskoczyć na kilka dni nad morze, ale coraz ciaśniej nam jest w siedmioosobowym samochodzie” — mówi Bożena.
— A jeżeli tak się stanie, że ten codzienny mini-urlop zostanie przerwany kolejnym macierzyńskim? — pytam.

Trio muzyczne: Kasia, Kinga i Adam Fot. Marian Paluszkiewicz

Trio muzyczne: Kasia, Kinga i Adam Fot. Marian Paluszkiewicz

„Mówiąc szczerze to trudno by już było wracać do pampersów. Ale jeżeli taka będzie wola Boga — to oczywiście, że dziecka łonie zabijać nie będę. Jako matka znajdę dla niego miejsce w swym sercu. A i rodzina na pewno tak samo zareagowałaby. Tak uczymy też żyć dorastające dzieci” — wyjaśnia.
„Nasi rodzice, jak to wszyscy rodzice żałujące dzieci — czasami nam mówili — po co wam tyle dzieci, bo doskonale wiedzą, jaki to trud, jaka praca, a przede wszystkim jaka odpowiedzialność dziecko wychować — mówi pan Czesław. — Nikt nie rodzi się przecież dobrym ojcem czy matką, tego trzeba stale się uczyć. Właśnie my z żoną stale się uczymy, jak być dobrymi rodzicami. I sądzę, że taka nauka będzie trwać cały czas, bo tylko u schyłku życia zobaczymy, jakie dzieci wychowaliśmy. Robimy co możemy: staramy się im przekazać te wartości, w które sami wierzymy, sami kontynuujemy, pokazać, przybliżyć. Doskonale jesteśmy też świadomi pokus współczesnego dnia. Jako rodzice zrobimy co w naszej mocy, a dalsze to już w rękach Pana”.

Tegoroczne święto Wielkanocne dla rodziny Romaszewskich będzie też szczególne. Wezmą udział w chrzcie piątego kolejno dziecka brata Bożeny. „Czyli brat mnie goni” — żartuje gospodyni. A tak na poważnie dodaje: „Czyż może być większy dar Boga, jak narodzenie człowieka”.
***
Po wypiciu herbaty i skosztowania świetnego ciasta (wypiek Basi) żegnamy ten wyjątkowy Dom. Milczymy z kolegą-fotografem oboje, by banalnymi rozmowami nie zaćmić chwil spędzonych w rodzinie, która co sekundę, co minutę obdarza się największym darem: radością rodzicielską mnożoną na siedem kochających serc…

Jedna odpowiedź do Codziennie się uczą być dobrymi rodzicami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.