Jezus i Lenin na jednym obrazie

Na chropawej stronie obrazu na dykcie pilśniowej surowa twarz płaczącego Chrystusa, poorana grubymi pociągnięciami pędzla malarza buntownika, a na drugiej – gładziutkiej, błyszczącej: ładniutki jak „anioł”, „dziadzia Lenin” – zamalowany wściekłymi pasami czarnej farby…

Rimtautas Oškutis urodził się w 1947 r. w tzw. pierwszej Warenie (Orany), tam, gdzie kiedyś przebiegała granica litewsko-polska. Od dzieciństwa lubił „coś tam bazgrać, strugać”. Zdolnego chłopca zauważyli nauczyciele. I tak oto syn szewca i matki sprzątaczki trafił do wileńskiej Szkoły Sztuk Pięknych im. M.K. Čiurlionisa. Potem studiował w wileńskim Instytucie Państwowym na kierunku grafika. Jego prace, najczęściej karykatury, były wielokrotnie eksponowane na wystawach krajowych i międzynarodowych. Zmarł w wieku 56 lat.

Girl in a jacket

Wywalony za „sabotaż”

– W instytucie nie miał łatwo, bo ciągle wchodził w konflikt z ówczesnymi prokomunistycznymi władzami uczelni. Nienawidził reżimu sowieckiego za łamanie ducha wolności, pogardę do inaczej i swobodnie myślących – opowiada wdowa po Oškutisie Maria Popławska.
Poznali się w największej i najmodniejszej wówczas dyskotece w Wilnie – jak się mówiło „na tańcach w profsajuzach”, w Pałacu Związków Zawodowych na górze Taurakalnis (Bouffałowej). Wpadli sobie w oko: on poważny szatyn i ona zgrabna studentka wileńskiego uniwersytetu.
– Miał inne spojrzenie na świat, był zabawny i wesoły i tym się różnił od chłopców, którzy się do mnie zalecali. Wprowadzał mnie na pokoje wielkiej sztuki. Prowadził na wystawy, twórcze dyskusje, gdzie spotykałam wielu wielkich ludzi, artystów, polityków. Wszystkie moje mieszczańskie spojrzenia na życie starły się, a zostały te uduchowione spojrzenia na ludzi, życie i świat – wspomina Maria.
W tym czasie zaznajomiła go ze swoim bratem stryjecznym, Romualdem Mieczkowskim, dziennikarzem, poetą, obecnie znaną osobą w kręgach literackich. Romuald i Rimtautas rozumieli się w pół słowa. Tymczasem Maria i jej wybranek pobrali się i zamieszkali u jej rodziców, wówczas w podwileńskiej wsi Nowasiołki, obecnie to dzielnica Bołtupie.
Rimtautas dużo tworzył i miał kilka indywidualnych wystaw, ale bardzo ubolewał, że nikt tego poza granicami Wilna nie widzi. Nie miał kontaktów z zagranicą, bo, jak wiemy, to było niemożliwe. A żelazna kurtyna skutecznie dusiła chęć dalszego rozwoju zdolnego studenta grafika, którego chwalili wykładowcy bez uprzedzeń ideologicznych.
Na drugim roku studiów wraz z kolegami miał wystawę, ale w proteście, że był zazwyczaj zmuszany malować obrazki ze „szczęśliwego życia radzieckiego”, wszystkie prace swoje i innych poprzewieszał do góry nogami. Oczywiście za ten „sabotaż” został wyrzucony z wilczym biletem (bez prawa podjęcia innych studiów) z instytutu.
Maria Popławska mówi, że teraz, po upływie lat, rozumie, dlaczego tak nienawidził tego reżimu. Chodzi o okres powołania go do wojska po ukończeniu szkoły Čiurlionisa.
– Nigdy mi Rimtautas o tym nie opowiadał, ale najbliższy jego kolega z Wareny powiedział, że Rimtautas był wysłany do Czechosłowacji, gdzie wybuchło powstanie przeciwko okowom reżimu sowieckiego. I to wymuszone tłumienie powstania dla młodego malarza stało się ogromnym negatywnym przeżyciem, a zarazem traumą do końca życia, bo zobaczył to, czego nie chciał widzieć – twierdzi wdowa.

Agnieszka Oškutytė-Patej ūnienė, córka Rimtautasa, jest wicedyrektorką Wileńskiego Santoryskiego Konsultacyjnego Centrum Nauczania (VSKMC). Uczy biologii dzieci przebywające w szpitalu. Jest jak jej mama – zawsze uśmiechnięta! / Fot. VSKMC

„Miotła” mu pomogła

Ojciec Marysi, Aleksander, prenumerował polskie czasopismo „Dookoła Świata”, w którym oprócz ciekawych artykułów i kolorowych zdjęć były karykatury. Te od dawna bardzo fascynowały zięcia Aleksandra. Rimtautas podpatrywał więc tematy, technikę wykonania.
– Poradziłam więc mu, żeby spróbował swoich sił w tym kierunku – poprzez satyryczne pismo „Šluota” (Miotła) może wypłynąłby na szersze wody. W tym czasie zarabiał, wysyłając swoje grafiki do różnych pism oraz ilustrując dziecięce książki. W „Šluocie” pracował Andrius Cvirka, syn pisarza Petrasa Cvirki – tuby propagandowej czasów sowieckich. Andriusowi spodobały prace Rimtautasa, które wysyłał na różne wystawy europejskie, bo on, jako syn pisarza sowieckiego, miał taką możliwość. Na jednej z takich we Włoszech, w mieście Tolentino, pojawiły się karykatury młodego rysownika z Litwy o swoistym stylu. Za pomocą cienkich, plastycznych linii przedstawiał ludzi jakby ze świata kosmosu – opowiada Maria Popławska.
Zostały zauważone przez kustoszy tamtejszego muzeum współczesnego, którzy poprosili o jedną z prac do swojej placówki oraz zaprosili artystę na wystawę. Wszystko to – prośba i zaproszenie – było przesłane listem i jasne było, że nie uszło to uwadze bezpieki. Wysyłano mu katalogi z wystaw z różnych państw Europy Zachodniej, co Rimtautasa motywowało do malowania kolejnych prac – dla niego to było jak oddech świeżego powietrza w duchocie systemu, w którym musiał żyć.
– Dotychczas pamiętam jedną z karykatur przysłanych w katalogu z Europy Zachodniej, na której narysowani byli robotnik trzymający w ręku brudną, dziurawą skarpetę i Breżniew rzucający mu jednego rubla! – śmieje się Maria i zaraz posępnieje. – KGB szybko zadziałało i wprost z pracy zabrali go do siebie… – wspomina.
Takich „wizyt” miał kilka. A że był człowiekiem bardzo wrażliwym, po powrotach z kamer kagebistów stał się lękliwy, podłamany. Nie wrócił już więcej do „Šluoty”, ale poprzez starania jej redaktora otrzymywał zaproszenia na wystawy, które odbywały się w Wilnie każdego roku 1 kwietnia.
Nigdy jednak nie zdołał skorzystać z okazji zobaczenia świata i pokazania siebie. W drogę od razu wchodziła bezpieka, a tam już procedura była prosta. Najpierw przesłuchanie, a potem od razu do czarnej furgonetki, do szpitala psychiatrycznego. „Cóż z tobą robić? Biedny jesteś, chory…. Ale będziemy leczyć!” – tyle słyszał „na dróżkę”. I stamtąd już długo nie wracał do domu.

„Nie lubi pan koloru czerwonego?”

– Z powodu pompowanych leków uspokajających i jakichś tam innych był bardzo nerwowy. Lekarze chcieli z niego zrobić normalnego, zwykłego obywatela Kraju Rad, jakimi wszyscy mieli być w tamtych czasach. Musiał po prostu rysować ładnych leninów i zadowolonych kołchoźników oraz robotników – komentuje wdowa.
Później zaczął chorować, przyzwyczaił się do leków psychotropowych, którymi był raczony w domach dla chorych umysłowo. Pewnego wieczoru, rozżalony i widocznie odurzony alkoholem, poszedł na Stare Miasto. Pośliznął się na schodach podziemnego baru, gdzie zebrali się jego koledzy. Zbił mocno głowę. Okrwawiony wstał i porozrzucał ze złością ze stołów wszystkie czerwone serwetki. Potem karetka, no a potem… tradycyjnie do psychuszki („Co, nie lubi pan koloru czerwonego?”).
W pierwszych latach niepodległości Litwy Oškutis zdążył zrobić swoją wystawę w Związku Pisarzy. Byli tam goście z Niemiec, którym jego prace bardzo się spodobały. Wyjeżdżając, zabrali je ze sobą, obiecywali, że się odwdzięczą i zaproszą do siebie. Ale nic z tego, przewrotność ludzka jest i w niepodległych systemach państwowych. Nie otrzymał ani grosza. Nie cierpiał obłudy Wschodu, a tu taki szok od podstępnych „działaczy” Zachodu…
– Kiedy odwiedzałam go w szpitalu, to widziałam tapety w pokoju poczekalni całe pokryte freskami. Lekarze wykorzystywali jego talent. Prosili o obrazy, które potem zabierali sobie albo zabierali pieniądze, które otrzymywał za wykonane zamówienia innych. Dobrze znam nazwisko lekarza, który przywłaszczał sobie jego honoraria, był to przecież sługa bezpieki – mówi z przekąsem Maria.
– W końcu się rozstaliśmy … Zostałam sama z dwójką dzieci, Agnieszką i Krzyśkiem, których trzeba było przecież nakarmić, ubrać. Chwytałam się różnych dorywczych prac, poza tą podstawową, w swoim zawodzie – księgowości. Ciężko było, każdy grosz się liczył, a tu otrzymuję oficjalne pismo z propozycją („Nie do odrzucenia” – śmieje się gorzko) zrezygnowania z należnych mi alimentów za nasze dzieci, bo wówczas nie będzie możliwości leczenia Rimtautasa w zakładzie. W końcu dałam zgodę, żeby mieć święty spokój… – macha ręką.

Dąb „Król”

Maria i Rimta uta S przy ich „Królu”, który stoi do dziś. / Fot. archiwum rodzinne Marii Popławskiej

Kiedy obok domu rodziców Marii była przeprowadzana sieć cieplna, robotnicy wycięli kilka wiekowych dębów. Rimtautas ubłagał ich, by oddali mu ten symbol Litwy – kilkumetrowy pień mocarza lasów z rozpierzchniętymi korzeniami. Wkopał go do ziemi podziemną koroną do góry i wyciosał oblicze dumnego starca. „Co to? Bóg czy król litewski?” – pytali wszyscy, patrząc z podziwem na monumentalną rzeźbę. „To Król”, odpowiadał lakonicznie i dodawał z naciskiem: „To po prostu Król”.
Jak zapewnia Maria, w twórczości tego artysty buntownika zawsze przewijał się motyw Boga. Lubił malować krzyże, które były chętnie przyjmowane przez księży do świątyń, ale zaraz, po skargach „gorliwych” wiernych, skrzętnie usuwane przez kagebistów.
Kiedy zmarł w Wilnie, dostali wiadomość ze szpitala – siostra Rimtautasa powiedziała, że nie ma pieniędzy na pochówek. – To kupiłam mu nowy kostium, piękną koszulę, krawat i buty. Wynajęłam samochód, który zawiózł go do jego ukochanej Wareny, i tam w żółtym piaseczku, na pięknym cmentarzu razem z Bogiem, obok jego krewnych, pochowałam go. Później postawiłam mu skromny pomnik. Tak umierają ludzie, którzy nie są tacy jak my… Nie było morza białych kwiatów, nie za dużo było krewnych i przyjaciół, ale żałobny obiad był – wspomina Maria Popławska.

Krótkie chwile z ojcem

Pierworodna córka Rimtautasa i Marii, Agnieszka (obecnie Oškutytė-Patejūnienė), z mężem Egidijusem mają wspaniałą trójkę dzieci – Juliusa, Edvardasa i Agotę. Z rozrzewnieniem, miłością, ale i żalem do życia wspomina te krótkie chwile, kiedy była razem z ojcem.
– Ciężko być córką artysty malarza… Ale może tylko mnie tak było? – zastanawia się, z trudem dobierając słowa. I pyta sama siebie: dlaczego? – Może ja byłam jakąś taką inną niż moi rówieśnicy? Zbyt wymagającą wobec siebie… Tak naprawdę, nie wiem, co to znaczy mieć ojca. Ojca takiego, jakiego mieli moi klasowi koledzy czy krewni. Mój tata najczęściej był więziony w szpitalu psychiatrycznym przy wileńskiej ulicy, paradoksalnie optymistycznie zwącej się Letnią (Vasaros) – odtwarza wspomnienia.
Wówczas Agnieszce wydawało się, że o problemie ojca wiedzieli wszyscy, i stąd bardzo mocno się tego wstydziła, ale nie samego ojca. – Pamiętam, jak po kilka, a nawet więcej godzin płacząc, czekałam pod drzwiami szpitala na widzenie się z nim… Jednak wstydziłam się iść z nim ulicą. Był niechlujnie ubrany, jego postawa różniła się od zwykłych ludzi. Byłam dzieckiem pełnym kompleksów, a najwięcej strachu. A ojciec śmiał się ze mnie, pocieszał, widząc moje kruche marzenia o przyszłym życiu – szczerze wyznaje.
– Pamiętam ekslibris, który namalował dla mnie. Taki obrazek-godło właściciela – ptaszek w pajęczynie. Niestety, wówczas nie zachowałam tego rysunku, ale teraz już wiem, jak dobrze mnie rozumiał, znał, czuł. Był jak prorok patrzący w przyszłość… – wspomina. – Myślę, że wszyscy utalentowani mają dar widzenia duszy człowieka. Malował jak opętany! Nieważne czym – tym, co po prostu miał pod ręką, czy to były ołówki, czy flamastry. Ale najbardziej lubił pracować czarnym tuszem na białym, sztywnym kartonie. Grafika była jego największą pasją. Dotychczas pamiętam ten zapach tuszu spleciony z jego potem… Gdybym teraz miała taką cudowną możliwość spotkania się z tatą, wówczas bardzo mocno bym go objęła i powiedziała, jak bardzo go kocham! Wszystkie smutki i żale dawno już się starły i poszły w niepamięć. Została tylko ogromna tęsknota… – mówi cicho Agnieszka, ale zaraz na twarzy zapala się słońce optymizmu, tak jak u mamy. Na przekór wszystkiemu niedobremu, co w życiu może spotkać.

Ten straszny Chrystus i Lenin za kopiejki

Kiedyś, jako młodzik, byłem w pracowni Rimtautasa. Oszołomiło mnie morze obrazów. Różnych. W panoramie oczopląsu wychwyciłem ten z latającymi zegarami. „To nie moje, to reprodukcja obrazu »Uporczywość pamięci (miękkie zegary)« słynnego Salvadora Dalego” – powiedział z uśmiechem i zapytał: „Chcesz na pamiątkę jakiś mój obraz?”. Wzruszony, przełykając z trudem ślinę radości, tylko kiwnąłem głową. „No to masz Jezusa, ale takiego trochę innego niż wszystkie inne, jakie widziałeś”. Wziąłem wówczas do rąk kawałek dykty pilśniowej. Rozczarowany.
Ogromna twarz płaczącego Chrystusa z małym krzyżem w tle. Namalowany ostrymi pociągnięciami grubego pędzla. Byłem przyzwyczajony do ładnych, „prawidłowych” odbić postaci Boga, a ten zdruzgotał mnie swoją grozą.

Dopiero teraz, po latach, kiedy został przeze mnie na nowo i dosłownie odkryty w zakurzonych zakamarkach biblioteki, widzę jego niemy ból, jakby prośbę o współczucie sobie i innym poprzez życie okrzesane zrębami czasu. Szok był jednak podwójny, bo na drugiej stronie obrazu był… ładniutki, kolorowy „dziadzia Lenin”. Zamalowanym wściekłymi pasami czarnej farby.

Dlaczego namalował Chrystusa na Leninie? Proza tamtego życia. Wówczas akcesoria malarzy – dobre farby, pędzle, ramy płócien – były bardzo drogie i trudne do zdobycia. A jak powiedział wówczas Rimtautas: „Najtańszą podstawą do obrazów były »dzieła komunistyczne«. W każdej księgarni, za kopiejki, można było ten bohomaz z Leninem kupić. Celem władz było, żeby ta ideologia czerwonego diabła trafiła do jak najszerszych mas. Żeby nie szkoda było zawieszać wszędzie tego »upiększenia« ścian. W ubikacji chyba też!” – śmiał się.
Glancowaną stronę płyty z Leninem dla niepoznaki zamalowywał (bo za to od razu byłby „urlop na osobności”), a na tej drugiej, już podstawowej stronie – chropowatej, wdzięcznej do wchłonięcia farby – malował to, co chciał.
Paradoksalnie – podwójny obraz jak twórcze proroctwo młodego buntownika.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 23(65) 06-12/06/2020