Do Norwegii – na wielkie ryby!

422
Leon teraz wierzącym w prawdę zawartą w wędkarskich dowcipach pod nos podsuwa zdjęcie ze swoją taaką rybą! / Fot. Marian Pozyno

Wędkarz opowiada kolegom o swoim ostatnim sukcesie. W pewnej chwili przerywa i mówi: „Zresztą, co wam będę opowiadał… Kiedy wyciągnąłem tego suma, to woda w jeziorze obniżyła się o pół metra!”.

Co to jest żyłka wędkarska? To przewód łączący wariata z wodą! – takiego dowcipu Leonard Stankiewicz z Niemenczyna nie musi nikomu opowiadać. Wystarczy, że wyciągnie z kieszeni telefon i pokaże swoje trofea z wypraw „na wielkie ryby do Norwegii”. W ubiegłym roku wyciągnął 20-kilogramowego dorsza, a w tym, nieco mniejszego – 17-kilogramowego.
Z kolei jego współtowarzysz Algis, podczas tegorocznego, czwartego już wspólnego ich wyjazdu złowił swego pierwszego – jak u nas nazywają – „pałtusa”. I nie byle jakiego, bo 21-kilogramowego halibuta! A tymczasem wszystkim nosa utarł „znajomy znajomego” Leona, który pokonał większego i cięższego od siebie halibuta – 111-kilogramowego! Ale to może nie być koniec bicia rekordów, bo – jak wynika z Wikipedii – te ryby z rodziny flądrowatych osiągają długość prawie pięciu metrów i ważą do 350 kg.
Leonard żartuje, że wówczas, w ubiegłym roku, prawie wyrównał rekord przyjaciela zawodowca z Niemenczyna. Zbigniew Balkowski w roku 2009 wyłowił lustrzanego karpia o wadze 20,9 kg i zdobył oficjalny dyplom z wpisem do Księgi rekordów Litwy.
A wracając do rekordowego dorsza Leona. – To była… Bo była – zjedliśmy ją! – śmieje się. – To była moja największa ryba w życiu! Jak spełnione marzenie…

Pigułka „przed” i sztormowa groza

Przed wyjściem w morze obowiązkowym rytuałem jest zażycie pigułek „przed”. Chronią przed atakiem zdradliwej choroby morskiej. – Kiedyś, podobnie jak wszyscy, brałem dwie tabletki chroniące przed wymiotowaniem. Tym razem – nie potrzebowałem! – mówi Leon, który może już siebie zaliczyć do prawdziwych wilków morskich.
Faktem jest, że łyknął sporo morskiej wody, a szczególnie wtedy, kiedy razem z kolegami (podczas pierwszej wyprawy) przeżył chwile grozy podczas sztormu. Wracali do portu, a echosonda – z powodu gwałtownego falowania – okazywała się niezbyt skuteczna…
– Tu stateczek jak piórko – do góry do dołu! Ja pomagałem w pilotowaniu Marianowi, sterował. Fale zalewały szybę mostku kapitańskiego (nie działały wycieraczki…), a ja obok stałem wczepiony za linki, uderzany wiadrami wody… Prawie nic nie widziałem, ale musiałem wypatrywać zdradzieckich skał. Skał, które to raz wychylały się z wody, to zaraz chowały się pod falami. Jeden błąd i wtedy tylko nadzieja w kamizelkach ratunkowych i SOS w radiu! – opowiada Leon.
Na szczęście udało się wylawirować i wrócić cało do portu. Na brzegu nie mogli patrzeć na swoje wyłowione ryby. „Cholera, przez was ledwo…” – klęli siarczyście po rosyjsku.
Ostrzeżenie o sztormie dostali, ale ten nadciągnął pół godziny wcześniej, niż zapowiedziano. A prognoza pogody to tam rzecz święta. Każdego dnia jest ogłaszane zezwolenie wypłynięcia z portu lub zakaz. – Bywa, że dają zezwolenie na połów tylko w godzinach takich a takich. A bywało i tak, że ludzie przyjechali na ryby do Norwegii, a musieli przez cały tydzień siedzieć w domu… Co najwyżej schodzili na biliard czy tenis stołowy. A potem do domu wracali z rybnymi konserwami ze sklepu! – o czarnych stronach wyjazdu do Norwegii opowiada Leon, z przesądem plując kilkakrotnie przez lewe ramię.

Załoga z Wileńszczyzny w pełnym składzie: Algis, Bronius – kapitan drużyny (stoi), Marian i Leonard. / Fot. archiwum ekipy

Grunt to filetowanie i pakowanie „gościńców”

Najcięższą pracą po obfitym połowie jest obróbka zdobyczy – filetowanie. Z ogromnych ryb trzeba nożem wykrajać mięso płat po płacie i składać do styropianowych skrzynek. Pakuje się je do niewielkich foliowych woreczków, żeby potem w domu nie odmrażać kilogramowych kawałów. Warto też przygotować gotowe prezenty – „gościńce” – dla krewnych!
I ja tego smażonego norweskiego dorsza jadłem! I powiem, odganiając obłoczki wyobraźni nad głową, smakował naprawdę nie tak jak ten sklepowy… Niebo w gębie!
Ale gdzie łososie? Przecież Norwegia z tych pomarańczowych ryb słynie… – Tam łososie w specjalnych fermach przy brzegu hodują. W morzu rzadko można je spotkać, raczej między skalistymi fiordami – tłumaczy cierpliwie Leon, gasząc mój apetyt na królewski przysmak. – Mięso prawdziwego łososia jest szare, a pomarańczowe jest wtedy, gdy ryba skonsumuje specjalny barwnik… Wówczas jej mięso robi się takie, jakie kupujemy w sklepie. To tak jak z moimi chińskimi karpiami w stawiku – dosypuję im specjalne dodatki i na pewien czas stają się jaskrawo-czerwone.

Norma ­– 20 kg i już!

Znajomy znajomego Leona wyciągnął większego i cięższego od siebie „pałtusa” – 111-kilogramowego! / Fot. archiwum ekipy

Z Norwegii „swojej ryby” można wywieźć tylko 20 kg. Czy Leon ryzykował nadwagą ponad normę? – No… – zastanawia się przez chwilę, czy powiedzieć prawdę, „bo to do gazety”, i macha ręką. – A pewnie! Jak każdy rybak. Bo co to jest te 20 kg?! To nie łapczywość, tylko żal, że tyle ryby trzeba było zostawić…
Tymczasem w razie przyłapania na przemycie Norwedzy wlepiają drakońskie kary! Grozi 800-eurowy mandat i dalej po 20 euro za każdy kilogram ponad dopuszczalną wagę.
Jako zawołany grzybiarz (bo wędkarz ze mnie nijaki…) dopytuję się o grzyby. A jakże, chodzili na nie w Norwegii… – Tam w ich lasach aż czerwono od nich! Kiedy mieliśmy – z powodu pogody – wolny dzień, to wybraliśmy się na grzyby. Dziesięć minut i trzeba było uciekać! – relacjonuje Leon.
– Strażnicy leśni? – pytam.
– A żeby tam, tumany komarów! Uciekliśmy, bo inaczej zżarłby nas żywcem! – Leon przypomina niefortunną wyprawę do lasu. Teraz już wie, dlaczego Norwegowie grzybów nie zbierają…

Fińskie święte krowy

Fińskie „święte krowy” po kilku kopniakach w zad poszły wreszcie w las! / Fot. Marian Pozyno

Swoim kamperem, prowadzonym na zmianę, przejechali bez przerwy półtorej doby – 2300 km. Z powodu epidemii koronawirusa musieli ominąć Szwecję, więc tym razem, w lipcu, jechali dłużej serpentynami Finlandii, do której dopłynęli promem z Tallina.
Jak się okazuje, jechać przez Finlandię to niekiedy utrapienie. Na drodze często można spotkać stada reniferów, które wcale nie boją się ludzi. Dla nich ciepły asfalt to… dobre miejsce na drzemkę, a dla podróżujących – duży problem.
– Czasami trzeba było i pół godziny trąbić na te rozłożone na ciepłym asfalcie, jak krowy na łące, stworzenia! A czasami… pomagał szybszy sposób. Dobry kopniak „pod tyłek” dla jednego, drugiego renifera i stado już szło spacerkiem do lasu! – opowiada ze śmiechem Leon, przypominając swoje „safari” i z pewną złością dodaje: – Za to fotoradary to oni mają za prawie każdym krzakiem… A po przybyciu na miejsce już może czekać mandat.
Ale przyznaje, że policja drogowa w Finlandii jest demokratyczna. – Kara zależy od zarobków. Mało zarabiasz – kilkadziesiąt, kilkaset euro. Bogaty? No to 10 razy więcej! – mówi z uznaniem o fińskim systemie mandatów.
I przypomina z uśmiechem swoją nocną zmianę kierowania domem na kółkach: – Kapitan naszej drużyny, Bronius, co jakiś czas budził się i widząc, że cisnę gaz (a drogi tam dobre!), mówił po ojcowsku: „Lonia nie gani, nie gani…”.

***
Wyprawa do Norwegii na wielkie ryby to wydatek rzędu 1100 euro na osobę. Warto było? No, słono kosztuje spełnienie słodkiego marzenia… Ale jednak – spełnionego marzenia!


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 35(100) 29/08-04/09/2020