Lila Kiejzik: Kocham teatr za prawdziwe emocje, które są tylko tu i teraz

Ten sezon był szczególny, ponieważ Polski Teatr „Studio” w Wilnie w 2020 r. obchodził 60-lecie istnienia
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Rok temu, pod koniec stycznia, spotkaliśmy się w Sakwie na uroczystym otwarciu nowego sezonu Polskiego Teatru „Studio” w Wilnie. Tyle było wtedy planów, zapowiedzi, jednak 2020 r. przyniósł niespodziankę… Czy był to rok stracony?

To był trudny, okropny rok. Na pewno nie chcę, by jeszcze kiedyś powtórzył się podobny, z niecierpliwością czekam na koniec pandemii i powrót do normalności. Stracony jednak nie był. Mógł być, ale nie zmarnowaliśmy tego czasu.

Co udało się więc zrobić?

Przede wszystkim – udało nam się występować na żywo. Dla mnie to jest najważniejsze, bo za to właśnie kocham teatr, za możliwość bezpośredniego spotkania z widownią, za prawdziwe emocje, które są tylko tu i teraz. Graliśmy do końca, zanim teatry zostały zamknięte w marcu i wykorzystaliśmy każdą chwilę, by być z widzami. W zupełnie szalonych warunkach współorganizowaliśmy Międzynarodowy Festiwal Sztuk Trans/Misje, który odbył się w Wilnie i Trokach na początku września. Do końca nie byliśmy pewni, czy teatry będą mogły dojechać i czy nie zabraknie nam widowni, ale wszystko się udało. Wykorzystaliśmy krótką chwilę, gdy sytuacja z koronawirusem była opanowana, dostosowaliśmy program do szczególnych okoliczności i nie mam wątpliwości, że było warto. Teraz, gdy znów trwa kwarantanna, wspominam ten czas jak prawdziwe święto teatru.

Czytaj więcej: Anna Gulbinowicz: Teatr miał wpływ na całe moje życie

Później było, niestety, znacznie trudniej… Jak radziliście sobie w czasie zamkniętych teatrów?

Festiwal MonoWschód byliśmy zmuszeni przenieść do internetu, zachowaliśmy go w symbolicznej formie, by przynajmniej w ten sposób stworzyć możliwość spotkania się teatrów, z którymi współpracujemy, przypomnieć o sobie nawzajem. Często postrzegamy festiwale z perspektywy widowni, ale są one ważne przede wszystkim dla samych teatrów. Dają nam motywację do pracy, szansę na uczenie się od siebie nawzajem. Nie chcieliśmy z tego rezygnować. Pomimo wszystko mamy się jednak z czego cieszyć – w tak trudnym roku mieliśmy dwie premiery. Pierwsza to „Witajcie w Kabarecie” – nasz ostatni spektakl na żywo, wystawiony w ramach Trans/Misji i MonoWschodu, w którym zagrała Justyna Stankiewicz. Drugi to propozycja online – „Troje w chacie”. Można powiedzieć, że było to historyczne wydarzenie, gdyż była to prapremiera. Teraz czekamy na możliwość wystawienia tej sztuki na żywo. Szukaliśmy także nowych form dotarcia do wileńskiej widowni, przez „Bajki na dzień dobry”, Środy Literackie. Czymś zupełnie nowym była także współpraca z TVP. Po raz pierwszy nasze spektakle zostały przeniesione do teatru telewizji, co jest dla nas bardzo ważne. Zaproponowano nam telewizyjną wersję dwóch naszych najbardziej rozpoznawalnych spektakli, czyli „Zapisków oficera Armii Czerwonej” i „Na wileńskiej ulicy”. To było bardzo cenne doświadczenie dla nas jako teatru, z tego, co wiem, spodobało się również widzom.

W 2018 r. Lilia Kiejzik została uhonorowana medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Ten sezon był szczególny, ponieważ Polski Teatr „Studio” w 2020 r. obchodził 60-lecie istnienia. Co ten jubileusz oznacza dla Pani jako osoby związanej z zespołem niemal od początku?

To dla mnie bardzo ważne wydarzenie. Nie jestem osobą sentymentalną, ale czuję ogromną wdzięczność wobec ludzi, którzy tworzyli ten teatr, z którymi wspieraliśmy się nawzajem w trudniejszych warunkach, niż mamy obecnie. Przyszłam do teatru jako 15-latka. Można więc powiedzieć, że miał wpływ na całe moje życie. Na pewno nie była to świadoma droga, nie planowałam, że zostanę w nim tak długo, że skończę reżyserię. Tak po prostu wyszło i dziś mogę się jedynie cieszyć, że mogę kontynuować pracę pani Janiny Strużanowskiej, że dziś mamy wielu dobrych polskich aktorów w Wilnie i że niemało wśród nich osób, które wyrosły z naszego teatru.

Dla większości osób związanych z Polskim Teatrem „Studio” jest on zajęciem ważnym, ale dodatkowym. Dlaczego dla Pani stał się częścią życia zawodowego?

Tak po prostu wyszło. Próbowałam wielu rzeczy, zaczynałam studiować fotografię, skończyłam polonistykę, przez wiele lat pracowałam jako nauczycielka. W szkole też robiłam różne rzeczy, prowadziłam zajęcia pozalekcyjne, a nawet uczyłam „zerówkę” (to chyba było największe wyzwanie w moim życiu zawodowym). Teatr zawsze był obok, praca w szkole zupełnie nie przeszkadzała mi w tym, wręcz odwrotnie, oba te doświadczenia nawzajem się uzupełniały. W latach 80., po śmierci pani Janiny Strużanowskiej, okazało się, że jest nam potrzebny reżyser. To była kwestia dalszego istnienia teatru. Potrzebny był ktoś z doświadczeniem pracy w dziedzinie kultury i po studiach w tym kierunku. Tak rozpoczęłam studia reżyserskie na Akademii Teatralnej w Wilnie. Po prostu – była taka konieczność. Było to potrzebne również dlatego, że po prostu nie mieliśmy środków na zatrudnienie reżysera z zewnątrz. Pani Strużanowska zapewniała nam współpracę z najlepszymi reżyserami na Litwie, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że ona płaciła za to z własnej kieszeni. To była wspaniała kobieta, całkowicie oddana swojej misji. Nikomu o tym nie mówiła, nie narzekała, po prostu pracowała jako lekarz również po to, aby utrzymać teatr. Kiedy jej zabrakło, najlepszym wyjściem okazało się wykształcenie osoby z naszego zespołu.

Lila Kiejzik w roli Marianny w „Świętoszku” Moliera u boku Henryka Święcickiego
| Fot. Archiwum PTS

Czy były wówczas jakieś organizacje, struktury, na które mogliście liczyć?

Przez bardzo wiele lat liczyliśmy tylko na siebie nawzajem. Pamiętam, jak kiedyś z Witkiem Rudziańcem wieźliśmy całą dekorację trolejbusem, bo nie było nas stać na taksówkę… O wszystko staraliśmy się we własnym zakresie. Z czasem ci, którzy przyszli do teatru jako bardzo młodzi ludzie, pozakładali własne biznesy i również mogliśmy liczyć na ich pomoc. Sytuację zmienił dopiero prof. Andrzej Stelmachowski, inicjator powstania i pierwszy prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Bardzo dobrze rozumiał nasze problemy, znaczenie tego, co robimy. Zawsze mogliśmy liczyć na jego wsparcie. Dzięki niemu udało się nam rozszerzyć działalność, zacząć w Wilnie organizację festiwali. Zyskaliśmy kontakt z polskimi teatrami na całym świecie. Teraz od kilku lat bardzo intensywnie współpracujemy z Fundacją „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Bardzo cenię tę współpracę, ponieważ fundacja nie tylko wspiera nas finansowo, ale także zaprasza do udziału w nowych projektach.

Czytaj więcej: Sabina Lachowicz: Zdarza się, że dzieci nie pozwalają mi wyjść z roli

W ciągu tak wielu lat który spektakl był dla Pani najważniejszy?

Jeśli chodzi o moje role – najdłużej, 10 lat, grałam Mariannę w „Świętoszku”. Nie znosiłam tej roli, bo nie mam w sobie nic z takiej rozmarzonej dzieweczki, ale nie mogłam się z niej wyzwolić, grałam, nawet będąc w ciąży. Jeśli chodzi o reżyserię, najważniejsze były na pewno „Dziady”, których fragmentem rozpoczęliśmy zresztą 60. sezon. Po raz pierwszy wystawiliśmy je ponad 30 lat temu. Był rok 1989 i tym dramatem po prostu się żyło. Tego nie da się dziś opisać, ale w czasach przełomu każde słowo Mickiewicza brzmiało zupełnie inaczej niż teraz. Byliśmy z tym spektaklem w Polsce, otwierała się przed nami zupełnie inna historia.

Jubileusz nie został jednak zakończony – zapowiadane na grudzień uroczystości nie odbyły się. Co dalej?

Mamy nadzieję, że do wiosny uda nam się wrócić na scenę, że będzie możliwość świętowania wspólnie tak ważnej dla nas rocznicy. Jak już mówiłam – teatr to spotkanie, dlatego właśnie nie zastąpiło go kino czy telewizja. Na pewno nie wystarczy nam jubileusz online. Poczekamy na możliwość bycia razem.