Traktat z fugą miłosną w tle

Polska delegacja na konferencji pokojowej w Rydze, rok 1920 lub 1921.
| Fot. FOTO KLIO (ŁOTWA), SYGN. ARP 94

100 lat temu, 18 marca 1921 r., w Rydze zawarto traktat kończący wojnę polsko-bolszewicką i wyznaczający granice państwa polskiego na wschodzie, które przetrwały do roku 1939. Miłość, która zrodziła się podczas obrad, trwała znacznie dłużej. Dozgonnie.

Ona, Wanda Dmowska, była stenotypistką polskiej delegacji. Piękną, subtelną, zgrabną, wykształconą kobietą. Skończyła najlepsze warszawskie i radomskie pensje, znała rosyjski, niemiecki, francuski, później poznała też angielski. On, Karol Poznański, był sekretarzem polskiej delegacji. Absolwentem paryskiej Sorbony, po doktoracie w szwajcarskim Fryburgu. Pięć lat od niej starszy, niewysoki, mocno już łysawy, dość krępy. Z punktu widzenia aparycji nie wydawał się dla niej interesującym dżentelmenem…

Konferencja pokojowa w Rydze, 18 marca 1921 r. Z prawej Jan Dąbski, przewodniczący delegacji polskiej, z lewej Adolf Joffe, przewodniczący delegacji Rosji sowieckiej
| Fot. FOTO KLIO (ŁOTWA), SYGN. ARP 101

Trefny prezent

Rokowania polsko-sowieckie rozpoczęły się w sierpniu 1920 r. w sytuacji bardzo dla Polski niekorzystnej – gdy wojska bolszewickie podchodziły pod Warszawę. Ze stolicy do Mińska wyruszyła wówczas delegacja na rozmowy pokojowe. Przewodniczył jej wiceminister spraw zagranicznych Jan Dąbski. Na czele delegacji sowieckiej stał Karl Daniszewski. 21 września 1920 r., już po zwycięstwie Polski w Bitwie Warszawskiej, negocjacje zostały przeniesione na grunt neutralny, do stolicy Łotwy Rygi. Do Dąbskiego dołączyli Henryk Strasburger i Leon Wasilewski. Daniszewskiego zastąpił Adolf Joffe. Tydzień później polskie wojska zwycięsko zakończyły kampanię nad Niemnem, dając delegacji Dąbskiego znacznie mocniejsze karty do rąk. Po zdobyciu Mińska 12 października podpisano rozejm z Sowietami. Negocjacje pokojowe toczyły się kolejne pięć miesięcy.

Na mocy porozumienia granice II Rzeczypospolitej na wschodzie kończyły się niemal w granicach drugiego zaboru. Polska zyskała część zachodniej Ukrainy i Białorusi. Na północy jej rubieże wyznaczała Dźwina, na południu Zbrucz i Dniestr. Strony zobowiązały się do nieingerowania w wewnętrzne sprawy drugiego państwa. Reprezentanci Rosji sowieckiej – także do wypłacenia Polsce odszkodowania w wysokości 30 mln rubli w złocie. Nigdy zapisów tych nie zrealizowali. Poza nielicznymi wyjątkami na papierze pozostały też zobowiązania zwrotu zagrabionych dóbr kultury. Podobnie jak ustalenia dotyczące praw Polaków zamieszkujących państwo sowieckie.

– Joffe był wytrawnym, doświadczonym dyplomatą, często zapędzał naszych w kozi róg – tłumaczy prof. Adam Sudoł, historyk, założyciel, dyrektor i obecnie kustosz honorowy Muzeum Dyplomacji i Uchodźstwa Polskiego w Bydgoszczy. – Polska delegacja chciała zrobić Józefowi Piłsudskiemu prezent na imieniny, dążyła do podpisania ostatecznego dokumentu przed 19 marca. Tymczasem gdy Piłsudski dowiedział się, jakie są warunki podpisanego traktatu, rozzłościł się tak bardzo, że różnie się to dla delegatów mogło skończyć. Marszałek był niezadowolony nie tylko z kształtu granic, lecz także z wielu szczegółowych spraw, których rozwiązanie widział inaczej. Tak naprawdę nie byliśmy aż tak silni, by podyktować Sowietom nasze warunki, ale też nie tak słabi, by wszystko nam dyktowano. W dyplomacji jest tak, że jednego dnia da się więcej, a już drugiego mniej. Może chęć szybkiego załatwienia sprawy trochę pogorszyła nasze położenie. Karol Poznański prezentował opinię, że to, co zostało wynegocjowane i podpisane, było na tamte warunki optymalnym rozwiązaniem. Co do jednego wszyscy są zgodni: podpisanie traktatu pozwoliło skupić się na wewnętrznym budowaniu odrodzonego państwa.

Czytaj więcej: Tu, gdzie zaczęła się Białoruś

Trakta tpokoju między Polską a Rosją i Ukrainą, podpisany w Rydze, 18 marca 1921 r. Tzw. nadbitka
traktatu przechowywana w Muzeum Dyplomacji i Uchodźstwa Polskiego w Bydgoszczy
| Fot. arch., SYGN. ARP 19

Czar starych fotografii

– W naszych zbiorach znajdują się niezwykle cenne fotografie z obrad konferencji w Rydze – mówi dr Aleksandra Sara Jankowska, pracownik bydgoskiego Muzeum Dyplomacji i Wychodźstwa Polskiego. – Ich autorem jest Zakład Fotograficzny „Foto Klio” z Rygi. Wszystkie są z oficjalnym stemplem zakładu wyciśniętym na sucho. Mamy fotografię z momentu przywitania przewodniczących obu delegacji, Jana Dąbskiego z Adolfem Joffem. Na innym zdjęciu po jednej stronie zasiada delegacja polska, po drugiej – sowiecka. Jedna fotografia jest absolutnie wyjątkowa. Na odwrocie są podpisy członków polskiej delegacji na pamiątkę dla Wandy Dmowskiej. Jest ich sporo, choćby Stanisława Grabskiego, Aleksandra Ładosia, Leona Wasilewskiego. Zamaszyste podpisy piórem, niektóre na pół strony. Gdzieś nieśmiało wpisał się też swojej wybrance Karol Poznański.

– W Rydze zaczęło się jakieś takie spoglądanie na siebie Wandy i Karola – tłumaczy Adam Sudoł. – Co ciekawe, w Wandzie podkochiwał się też jeden z członków delegacji rosyjskiej, prawdopodobnie Leonid Obolenski. Przesyłał nie tylko wizualne znaki, ale starał się przekazywać jej też liściki. Ona nie odpowiadała. Wiadomo, jak napięta była sytuacja pomiędzy delegacjami, w grę nie wchodziła jakakolwiek próba kontaktu z przedstawicielem wrogiej delegacji. Pani Wanda jako już prawie stulatka opowiadała mi, jak delegaci spędzali w Rydze czas wolny. Mówiła, że chodzili do operetki, panowie grali często w karty, ona zaś była ich skarbnikiem. Leon Wasilewski wymyślił taką grę „stukółka”. Grali na pieniądze, nieduże kwoty, ale pani Wanda podkreślała, że zawsze dbała o to, by zbytnio któregoś nie ograli.

– Mamy też w zbiorach mniej oficjalne, pozowane zdjęcie pamiątkowe kilku osób z polskiej delegacji, zrobione w zakładzie fotograficznym – kontynuuje dr Jankowska. – Są na nim: Wanda Dmowska, Stanisław Zalewski, Ludwik Darowski i inni. Siedzą, jeden spogląda w dal, drugi prosto w obiektyw, trzeci wyżej, obok leży jakaś muszla. Fotografia jest naklejona na sztywny, zamykany karton. W górnym lewym rogu jest dedykacja Poznańskiego dla Dmowskiej: „ekonomicznemu Królikowi”, która odnosi się do prowadzonych przez nią zapisków wyników gier karcianych – kontynuuje dr Jankowska.

– Wanda Dmowska była świadoma, że uczestniczy w niezwykle ważnym wydarzeniu. Dalekowzrocznie, szczególnie jak na bardzo młodą dziewczynę, którą przecież wówczas była, patrzyła na rzeczy, które trafiały w trakcie konferencji w jej ręce. Zbierała je, wiedząc, że kiedyś będą miały wartość pamiątkową. Skolekcjonowała cały zestaw przeróżnych archiwaliów i dokumentów, które można oglądać w naszym muzeum. Mamy na przykład pocztówkę z Rygi przedstawiającą Dom Czarnogłowych, w którym odbywały się obrady. Mamy bilet wstępu do sali posiedzeń konferencji podpisany przez Aleksandra Ładosia, szefa polskiej delegacji, niewielki karnet w seledynowym kolorze, na którym jest napisane, że „Wanda Dmowska stenotypistka jest zaproszona na posiedzenie”. Mamy dokumenty oddelegowania Karola Poznańskiego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych do uczestnictwa w konferencji. Jest kilkanaście delegacji na wyjazdy z różnymi kwitami, wśród nich choćby koszty podróży, polecenia MSZ. Jest i bilet na pociąg z Warszawy do Rygi na podróż w wagonie sypialnym II klasy, którym podróżował Karol Poznański na konferencję. Są nawet banknoty, które Wanda Dmowska przywiozła z Rygi. Prawdopodobnie to dieta, której nie wydała.

Czytaj więcej: Ostatnia z Wilna. Odeszła Józefa Hennelowa

Wanda Dmowska wśród członków polskiej delegacji na konferencji pokojowej w Rydze (1920).
| Fot. FOTO KLIO (ŁOTWA), SYGN. ARP 99

Głuchy telefon

– Karol Poznański był sekretarzem polskiej delegacji, to była znacząca rola – wyjaśnia Adam Sudoł. – W finalnej fazie obrad odpowiadał za przygotowanie całego dokumentu. Był bardzo sprawny organizacyjnie. To on tłumaczył traktat na rosyjski, bo Rosjanie nie chcieli. Dokument musiał być jeszcze sporządzony w języku ukraińskim, bo formalnie w trójstronnych obradach uczestniczyła też Ukraina sowiecka, ale Ukraińcy nie mieli nikogo, kto znał odpowiednio ukraiński, co wiele mówi o tej delegacji. Ukraińską wersję językową tłumaczył Leon Wasilewski, ojciec Wandy Wasilewskiej. Tłumaczenia szły dość długo i mozolnie. Poznański nie ufał Rosjanom. Postanowił zszyć trzy komplety ostatecznych dokumentów traktatowych w introligatorni, żeby ktoś czegoś nie podmienił. Delegacje czekały już na podpisanie traktatu, a on nie mógł się dodzwonić z introligatorni, że się spóźni. Nikt nie odbierał telefonu. Spóźnił się ponad 45 minut i omal nie doszło do skandalu dyplomatycznego. Niektórzy dyplomaci chcieli już opuścić Dom Czarnogłowych. Ostatecznie w takich właśnie okolicznościach traktat podpisano.

Traktat ryski zawierał 26 artykułów. Oryginalny egzemplarz dokumentu składa się z 17 papierowych kart, połączonych za pomocą biało-czerwonego sznurka, związanego i zalakowanego dziesięcioma czerwonymi pieczęciami z inicjałami osób ratyfikujących. W okresie międzywojennym przechowywany był w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. We wrześniu 1939 r. został ewakuowany wraz z innymi umowami i traktatami. 3 maja 1948 r., za pośrednictwem Ambasady RP w Moskwie, przekazano go do Archiwum Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie, gdzie znajduje się do dziś.

– W naszych zbiorach mamy tzw. nadbitkę traktatu – wyjaśnia Aleksandra Sara Jankowska. – 17-stronicowy poszyt z małą pieczątką Karola Poznańskiego i jego parafką. To po prostu dodatkowa kopia traktatu przygotowanego przez Poznańskiego, która nie została podpisana i zszyta. Zrobiona w tej samej drukarni, na tych samych maszynach, z tym samymi błędami. Tak na wszelki wypadek.

Wanda i Karol Poznańscy, Londyn, lata 60.
| Fot. arch., SYGN. ARP 128

Żyli długo i szczęśliwie

– Na zdjęciach z Rygi widać, że Wanda i Karol już chyba mają się ku sobie, acz jeszcze z pewnej odległości – kontynuuje dr Jankowska. – Mamy też w zbiorach świetnie udokumentowaną konferencję ekonomiczną z Genui, która odbyła się rok później. Tam przyszli małżonkowie siedzą na zdjęciach już bliżej siebie. Od czasu konferencji w Rydze Karol Poznański ponad sześć lat musiał jeszcze zabiegać o względy wybranki.

– Wanda Dmowska była osobistą sekretarką ministra Gabriela Narutowicza, wybranego na pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej, zaprzysiężonego 11 grudnia 1922 r., a zamordowanego przez Eligiusza Niewiadomskiego pięć dni później. Protokołowała też jednodniowy proces zabójcy – dodaje prof. Sudoł. – Jeździła na różne konferencje, cieszyła się życiem, była kobietą wolną. „Wyjście za mąż wiąże się z tym, że jak urodzi się dziecko, to rodzicom przychodzi się nim opiekować właściwie już do końca życia, wolność się kończy” – tak tłumaczyła mi po latach, gdy pytałem, dlaczego tak długo zwlekała z małżeństwem.

Czytaj więcej: Czego może nas nauczyć historia polskich Kresów

Wanda Dmowska i Karol Poznański pobrali się w czerwcu 1927 r. Trzy dni po ślubie udali się na placówkę konsularną do Paryża, gdzie Karol objął obowiązki konsula generalnego RP. W Paryżu wydali wielki bal powitalny. Z okazji ślubu od pracowników konsulatu otrzymali lampkę nocną z wykonaną z mosiądzu warszawską syrenką. Można ją oglądać w bydgoskim muzeum. W 1934 r. przenieśli się do Londynu, gdzie Karol został konsulem generalnym RP. Do Polski Poznańscy na stałe nigdy już nie wrócili.

Karol Poznański zmarł w roku 1971. Wanda osiadła wkrótce w Kanadzie u boku córki Magdaleny. Była cichym świadkiem historii żyjącym w trzech stuleciach. Urodziła się jeszcze w XIX w., aktywnie przeżyła cały wiek XX i jeszcze w zdrowiu wkroczyła w XXI stulecie. W jesieni swojego życia, mieszkająca w Montrealu, Wanda Poznańska zaczęła szukać instytucji w ojczyźnie, która mogłaby przejąć jej archiwalia, obrazy, grafiki, meble. Jej sąsiadem w Kanadzie był pochodzący z Lidzbarka Welskiego dr Krzysztof Kiszkiel. Znał grono polskich historyków związanych z ówczesną Wyższą Szkołą Pedagogiczną w Bydgoszczy, przede wszystkim prof. Adama Sudoła. Jego wizyty w Kanadzie zaowocowały tym, że zbiory Wandy Poznańskiej, wśród których materiały z Rygi są jednymi z wielu, trafiły do specjalnie utworzonego Muzeum Dyplomacji i Uchodźstwa Polskiego przy obecnym Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego.

W Montrealu mieszka wciąż córka państwa Poznańskich, Magdalena Poznańska-Schultz, licząca sobie obecnie 93 lata. Matka zmarła w wieku 105 lat i na jej prośbę została pochowana w Bydgoszczy – „blisko tego, co ją przez całe życie otaczało”.


Pokój ryski, choć trwał niespełna 20 lat, pozwolił przetrwać przez okres jednego pokolenia wielu nowo utworzonym państwom narodowym, w tym Polsce i krajom bałtyckim – Litwie, Łotwie i Estonii. Miało to kolosalne znaczenie dla utrwalenia poczucia tożsamości narodowej tych społeczeństw.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 12(33) 20-26/03/2021