Domem trzeba się dzielić

Wszystkie mają nadzieję, że niedługo wrócą na Ukrainę. – Budzę się co dzień i myślę, że może już dziś… Otwieram internet i sprawdzam, czy skończyła się wojna. I co dzień wygląda na to, że będzie to trwało dłużej. A my chcemy wracać – opowiada Ania, jedna z osób, które razem z innymi uchodźcami z Ukrainy znalazły schronienie na Litwie.

Jesteśmy pełne podziwu dla tych, którzy to zorganizowali. W takich chwilach można wiele dowiedzieć się o ludziach – opowiada Ałona, która z grupy kobiet i dzieci, które znalazły schronienie w ValleyHouse
| Fot. Ilona Lewandowska

Miglė Dalgedaitė, właścicielka gospodarstwa agroturystycznego ValleyHouse w Žuklijai w rejonie szakowskim, doskonale wie, jak ważny jest dom. – Moja córka to już szóste pokolenie naszej rodziny w tym miejscu. Niedaleko jest cmentarz, gdzie spoczywają ci, którzy byli przed nami. Odwiedzamy ich tam, a oni nad nami czuwają, i tak tu sobie żyjemy – mówi.

Teraz, gdy jest tak wielu, którzy swoje domy musieli opuścić ze względu na wojnę na Ukrainie, bez wahania zdecydowała się zaprosić uchodźców do siebie. – Zarejestrowałam się najpierw na stronie „Silni razem” (stipruskartu.lt), ale uciekinierzy z Ukrainy trafili do mnie inną drogą. Ktoś ze znajomych szukał schronienia dla większej grupy kobiet z dziećmi, a my mamy sporo miejsca. Przyjęliśmy wtedy 17 osób, kobiety i dzieci. Wszyscy już wyjechali, znaleźli sobie pracę i mieszkania w Wilnie. Teraz jest już druga grupa, piątka kobiet i tyle samo dzieci – opowiada właścicielka gospodarstwa.

Czytaj więcej: Wojna na Ukrainie spowoduje zmianę nawyków konsumpcyjnych

Uciekały przed rakietami i wywózkami

– Kiedy usłyszeliśmy o pierwszych wybuchach, wiedzieliśmy, że to wojna. Niby spodziewaliśmy się najgorszego, ale że będzie aż tak, że cała Ukraina…. Tego nikt nie przypuszczał – mówi Wiktoria.

Przyjechały z Dniepra i Iwano-Frankiwska (dawnego Stanisławowa). Jak trafiły na Litwę? – Nasi mężowie pracują w firmie, która współpracuje z firmą litewską. To właśnie z Litwy przyszło zaproszenie, po prostu zaproponowano pomoc kobietom i dzieciom – opowiada Ałona.

– My nie chciałyśmy wyjeżdżać. Zostały tam przecież nasze rodziny… Ale strach o dzieci przeważa. Nikt nie zaręczy, że rakiety nie uderzą jutro w nas. Rosjanie nikogo nie oszczędzają, tam nie ma żadnej logiki – dodaje Ania.

Wszystkie podkreślają, że decyzja o wyjeździe nie była wcale łatwa. Na opuszczenie swojego kraju zdecydowały się dopiero po dwóch tygodniach wojny.

To był ogromny strach. Trudno stwierdzić, co gorsze – zostać czy jechać, gdy u nas jeszcze nie strzelają rakietami – mówi Natalia.

Jechały autobusem. Droga na Litwę zajęła im dwa dni. – To i tak bardzo dobrze, bo niektórzy pięć dni jechali. Nie musiałyśmy pchać się do pociągu ani nigdzie czekać. Ale i tak było strasznie. W drodze nieraz słyszałyśmy alarm, nieraz widziałyśmy wybuchy. Wszyscy najbardziej boją się rakiet, bo one mają ogromną siłę zniszczenia. I są ślepe. Nie widzą naszych dzieci – zawiesza głos Ałona.

Trwogę budziło nie tylko zagrożenie życia, lecz także perspektywa wywózki w głąb Rosji. – Gdy zajmą jakieś terytorium, wywożą ludzi, porywają kobiety i dzieci, zabierają im dokumenty. To tysiące ludzi. Nikt nie wie, czy kiedyś będą mogli wrócić, czy w ogóle dowiemy się, co z nimi się stało – dodaje Wiktoria.

We Lwowie czekały już na nie autobusy z Litwy. – Jesteśmy pełne podziwu dla tych, którzy to zorganizowali. W takich chwilach można wiele dowiedzieć się o ludziach. I ważne, że nie tylko to, jak podli potrafią być, ale i jak są dobrzy – uśmiecha się Ałona.

Nasze domy jeszcze stoją

Wszystkie mają nadzieję, że niedługo wrócą na Ukrainę. – Co dzień budzę się i myślę, że może już dziś… Otwieram internet i sprawdzam, czy skończyła się wojna. I co dzień wygląda na to, że będzie to trwało dłużej. A my chcemy wracać – dzieli się swoimi obawami Ania.

Dzieci nie chodzą do szkoły na Litwie, uczą się na razie zdalnie. – Chcemy, by skończyły rok w ukraińskiej szkole. Nasze ministerstwo oświaty zrobiło wszystko, żeby było to możliwe. A potem zobaczymy. Klasa rozjechała się po całej Europie, ale spotykamy się zdalnie. Nauczyciele szybko się zebrali i prowadzą lekcje, jesteśmy z tego bardzo zadowolone. Ale nie jest jak dawniej. Nauczycielki gotują obiady dla obrony terytorialnej, jeden z nauczycieli wstąpił do armii. My wiemy, jak im jest ciężko – mówi jedna z matek.

Chęć powrotu do domu przebija się z wypowiedzi wszystkich wojennych gości ValleyHouse. – Tu jest bardzo dobrze. Podziwiamy, jak nas przyjmują na Litwie. Nie spodziewałyśmy się tego. Mamy wszystko i mamy bardzo dobre warunki. Ale na pewno chcemy wracać do siebie – zapewnia Natalia.

Wiemy, że nasze domy jeszcze stoją. Nasze miasto to taka wysepka. Wokół padają rakiety, ale Dniepr nie został jeszcze zniszczony, dlatego uciekają tam uchodźcy ze wschodu Ukrainy – tlumaczy Ałona.

A jednak wiele wskazuje na to, że na normalność trzeba będzie poczekać jeszcze długo. – Myślimy o dzieciach. Jaka będzie ich przyszłość. Rosjanie zniszczyli wiele szkół, ale przede wszystkim uniwersytety. Czy tegoroczni maturzyści będą mieli gdzie studiować? Ile czasu potrzeba będzie, by odbudować to wszystko – zauważa Wktoria.

Czytaj więcej: Rejon wileński gościnnie przyjmuje uchodźców z Ukrainy

Miglė Dalgedaitė, właścicielka gospodarstwa agroturystycznego ValleyHouse w Žuklijai w rejonie szakowskim, doskonale wie, jak ważny jest dom
| Fot. mat.pras.

Nie będzie już bratnich narodów

Jak podkreślają rozmówczynie „Kuriera Wileńskiego”, rzeczywiście odbudować jest co, bo w ostatnich latach poziom życia na Ukrainie znacznie się podniósł.

– U nas naprawdę żyło się dobrze. Dopóki nie przyszli Rosjanie, ludziom na Ukrainie było dobrze, jeśli tylko chcieli pracować. My wszystkie miałyśmy pracę, nasi mężowie też. Nas nie trzeba było „wyzwalać”. To Rosjanie musieliby przede wszystkim wyzwolić samych siebie. Na nich u nas nikt nie czekał i nikt ich nie chce. Ukraina to europejski kraj. I nie chcemy mieć nic wspólnego z Rosją – mówi stanowczo Ania.

O wiele trudniej niż domy i szkoły będzie jednak odbudować relacje między ludźmi. – Mieliśmy kiedyś przyjaciół w Rosji. Dużą część straciliśmy w 2014 r., a teraz już wszystkich. Oni nie wierzą, że u nas jest wojna. Mają „prawdę” z rosyjskiej telewizji i nie chcą słuchać o tym, co dzieje się u nas – z bólem przyznaje Ania.

– Teraz przez długie lata żadnych przyjaźni nie będzie, na pewno nie będzie żadnych „bratnich narodów”. Nie zapomnimy tego, co zrobili. Tego po prostu nie da się zapomnieć – dodaje.

Przez myśl nam nie przeszło, że Rosja może być na tyle okrutna, że po wejściu jej wojsk na Ukrainę po tak wielu miastach zostaną jedynie nazwy. I to nie tylko Putin. Wszyscy ludzie, którzy go popierają są winni – stwierdza Wiktoria.

ValleyHouse jest miejscem pięknie położonym, odpowiednim do tego, by odzyskać spokój i siły po trudnych przeżyciach. Nie jest jednak domem na stałe. – Tu po prostu nie ma pracy. Prowadzimy tu nasz ośrodek, ja ukończyłam kurs mistrzów ludowych i piekę chleb, taki prawdziwy litewski, z żytniej mąki. Ale po pracę jechać trzeba do Wilna. I moi goście z Ukrainy co dzień tej pracy szukają. Nie mam wątpliwości, że znajdą, bo to po prostu bardzo pracowite kobiety. A do nas przyjadą może kolejni uciekający przed wojną. Teraz taki czas, że domem trzeba się dzielić – podsumowuje Miglė.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 14(42) 09-15/04/2022