Więcej

    Urszula: Muzyka była we mnie od dziecka

    Czytaj również...

    Jej wielki przebój „Dmuchawce, latawce, wiatr” nuciła cała Polska. Potem były kolejne: „Malinowy król”, „Rysa na szkle”, „Na sen” i wiele innych. W rozmowie z „Kurierem Wileński”, przy okazji promocji autobiograficznej książki, Urszula Kasprzak mówi o swoich doświadczeniach życiowych i estradowych, o miłości do muzyki i czytania oraz o tym, że ma nadzieję wystąpić kiedyś w Wilnie.

    W latach 80., jako wokalistka Budki Suflera, Urszula kreowała swój „wampowy” wizerunek

    Romuald Lipko, legendarny kompozytor wielu przebojów Budki Suflera, powiedział kiedyś, że taka nieśmiała dziewczyna jak Pani była zerową kandydatką na gwiazdę. A jednak nią Pani została. Jak to możliwe?

    Myślę, że wszystko jest kwestią tego, kogo spotykamy na swojej drodze. W życiu bardzo ważne są wybory. Czy dobierze się wokół siebie ludzi, którzy nas odpowiednio natchną i pomogą, czy takich, którzy będą przeszkadzać. Poza tym trzeba spełnić wiele warunków, żeby się udało. To kwestia tego, jaką się gra muzykę, jakie piosenki śpiewa, czy one trafią do ludzi, czy zapiszą się na stałe w ich emocjach, przeżyciach, pamięci. Także tego, czy ma się siłę i zdrowie wykonywać ten zawód przez dłuższy czas i tego, czy trafi się na odpowiedni czas.

    Marzyła się Pani kariera wokalistki czy potoczyło się to tak trochę przypadkowo?

    Trochę się potoczyło. Największą radość sprawiało mi, że jestem w otoczeniu muzyki. Dla mnie było bardzo ważne, że śpiewam, że chodzę na lekcje muzyki, że razem ze mną uczą się ludzie, którzy podobnie myślą i mają z tego radochę. Śpiewające panie ze starszego pokolenia, jak Zdzisława Sośnicka, Urszula Sipińska czy Maryla Rodowicz, to były dla mnie osoby trochę z innego życia, zupełnie nieosiągalne historie. Nie myślałam sobie, że jak będę dorosła, to będę taka sama jak któraś z nich.

    W 1977 r. zdobyła Pani Złoty Samowar na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze, rok później był występ w debiutach na festiwalu opolskim, ale dopiero Budka Suflera tak naprawdę objawiła Panią światu.

    Tak, zresztą od nagrania z Budką w Poznaniu pierwszej piosenki „Fatamorgana ’82” liczę moje 40-lecie na scenie, bo wtedy zaistniałam w głębokiej świadomości słuchaczy.

    „Fatamorgana” to był fajny kawałek, ale gdyby nie trochę późniejsze „Dmuchawce, latawce, wiatr”, to może dzisiaj Urszuli w tej świadomości by już nie było?

    No tak, Romek Lipko często mi mówił: ty już teraz będziesz „Dmuchawce…”, a nie Urszula. Przez te „Dmuchawce…” ludzie mnie kojarzą najbardziej. To ponadczasowy utwór, absolutnie inny od rzeczywistości roku 1983 czy 1984. Przepiękna melodia, bardzo oryginalna, przenosząca w inny świat. Trudno znaleźć podobną rzecz, a to w muzyce rzadko się zdarza.

    Nie było takiego momentu, że miała jej Pani dość?

    Na szczęście nie. To jest na tyle piękny utwór, że się nie nudzi. Śpiewałam go ciągle na koncertach, ale przecież za każdym razem dla kogoś innego, bo na każdym koncercie są inni ludzie.

    Gdyby miała się Pani pokusić o wskazanie kolejnych przebojów, które były takimi kamieniami milowymi w Pani karierze…

    Tobym powiedziała, że „Rysa na szkle”, jeszcze przed wydaniem płyty „Biała droga”, niezwykle ważnego dla mnie autorskiego albumu. A potem na pewno „Na sen”.

    Czytaj więcej: Muzyczne objawienie: Elżbieta Rosowska

    Ja myślałem też o „Koniku na biegunach”. On może nie tyle był milowy dla Pani, ile w jakimś sensie milowy w muzyce. Nagle ktoś z ludowej piosenki dla dzieci zrobił świetny rockowy kawałek.

    Staszek Zybowski [pierwszy mąż artystki, kompozytor – przyp. aut.] zawsze powtarzał, że to koń trojański na naszej płycie „Biała droga”. Wszyscy się dziwili, jak ta piosenka znalazła się na albumie autorskim. Raz, że to czyjś numer, a dwa, infantylny, również tekstowo. Ale ta piosenka chwyta. Jej radość, energia, bardzo się udzielają.

    Gdy wygrywała Pani festiwal w Zielonej Górze, Aleksander Bardini, wybitny aktor, reżyser i pedagog, ocenił Panią jako znakomitą kandydatkę na aktorkę śpiewającą. Pomylił się.

    Grałam w filmach, ale to były jedynie epizody. Zadebiutowałam w „Och, Karol”. Reżyser Roman Załuski wymyślił sobie na fali „Dmuchawców…”, że będę jedną z koleżanek z biura głównego bohatera Karola. Oczywiście, musiałam nucić „Dmuchawce…”, żeby wszyscy wiedzieli, że to ja, bo wyglądałam trochę inaczej, nie byłam taką „wampową” Urszulą, znaną wówczas ze sceny. Kilka ról filmowych się uzbierało, ale to jednak nie było dla mnie. Muzyka była we mnie od dziecka i to w niej zawsze chciałam być, a nie w aktorstwie.

    W „Och, Karol” śpiewała Pani też przewodnią piosenkę „Baw mnie”. Wykonywała Pani też przeboje znane z innych popularnych filmów, „Tulipan” i „Kogel-mogel”.

    Do tej pory z tych utworów na koncertach gramy jedynie „Baw mnie”. Moi muzycy bardzo lubią tę ładną kompozycję Seweryna Krajewskiego.

    Woli Pani siebie „wampową” z lat 80., z czasów Budki Suflera, czy tę z lat 90., po powrocie z czteroletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych?

    Z 90., aczkolwiek teraz mam w sobie dużo zrozumienia względem tej Uli z lat 80. Wcześniej tak bardzo jej nie lubiłam. Upływ czasu pomaga, teraz rozumiem ją bardziej, doceniam i traktuję tamtą Ulę, taką początkową, bardzo ciepło. Z niej wykluła się przecież Urszula.

    Co Panią skłoniło do napisania autobiograficznej książki „Urszula”?

    Raczej kto. Chyba najbardziej Ewa Baryłkiewicz. Mądra, młoda, piękna kobieta, która miała przez rok porozrzucane po całym domu różne zapiski na mój temat. Musiała się bardzo poświęcić, żeby napisać coś takiego. Sama nie zrobiłabym tego nigdy. Wcześniej też zgłaszali się do mnie ludzie, którzy chcieli pomóc mi to zrobić, ale albo nie wyobrażałam sobie, że muszę się obłożyć zdjęciami i zacząć sobie wszystko przypominać, albo nie było przekonania, że to są ci ludzie, którzy powinni napisać moją biografię. Poza tym zawsze lubiłam czytać biografie pośmiertne, więc uważałam, że to jeszcze nie ten czas. Ewa zadzwoniła w trakcie pandemii, była tak zafascynowana moimi różnymi historiami, że mnie przekonała. A myśmy się wcześniej nie znały. Poznałyśmy się osobiście dopiero przy końcu pisania.

    Chyba jednak dojrzewa się też do myśli, że chce się coś przekazać?

    Tak, głównie dla mojej rodziny, synów, wnuczki Maniusi, kuzynostwa, przyjaciół, którzy też znaleźli się w tej książce, żeby sobie mogli kiedyś poczytać, bo czas szybko mija. Spisane historie są fajne. Dzięki temu, że moja mama zapisywała wiele rzeczy, to ja mam dziś wiele historii do opowiedzenia, bo bez tego bym ich nie pamiętała. Ale jest to też książka dla fanów, którzy chcą poznać mnie bliżej. Nie nastawiam się na to, że to jest rzecz dla wszystkich. Nie jest tak jak z nową płytą, którą, gdy nagrywam, to chciałabym, żeby dotarła do jak największej liczby słuchaczy.

    Czytaj więcej: Eurowizja. Ukraina rekordowym zwycięzcą, Monika Liu na 14. miejscu

    A nie wzięła się ta książka trochę z Pani dziecięcego marzenia o byciu bibliotekarką?

    Chyba nie. Bibliotekarką faktycznie chciałam zostać. Mam takie natręctwo, jak czytam książki i wychwycę jakieś błędy, to od razu poprawiam ołówkiem. Zanim ukazała się moja książka, dwa razy wszystko sprawdzałam, bo przecież by mnie potwornie męczyło, gdyby trafiła się jakaś literówka. Lubię też zaznaczać sobie miejsca, które w książce są dla mnie ważne. Wydaje mi się, że do nich wrócę, aczkolwiek raczej nie wracam. Jest tak dużo pięknych, wspaniałych książek, że życia by nie starczyło, by wszystkie przeczytać.

    Dużo Pani czyta?

    Sporo. Na jednym z portali czytelniczych trafiłam na informację, że ktoś przeczytał 70 książek w ciągu roku. Pomyślałam, Boże, to niemożliwe. W pandemii zaczęłam robić spis swoich lektur. Wyszło mi 140 przez dwa lata. Czyli jednak możliwe. Są ludzie, którzy czytają szybciej, a są tacy, jak ja, którzy czytają z przecinkami i to zajmuje więcej czasu. Jak rozmawiam z moimi zaprzyjaźnionymi bibliotekarkami, to mówią mi, że dobrze, że nie jestem bibliotekarką, bobym nie miała czasu na czytanie książek, tak jak one nie mają. Więc może lepiej, że robię, co robię.

    Jeden z Pani przebojów nosi tytuł „Anioł wie”. A co Pani dziś wie po tych kilku dekadach doświadczeń życiowych i estradowych?

    Że życie jest nieprzewidywalne i że trzeba być otwartym na różnego rodzaju wyzwania, które ze sobą niesie. Że na dłuższą metę niczego nie możemy sobie zaplanować, bo może nas zaskoczyć. Generalnie bardzo kocham życie, więc nawet jakieś złe, ciężkie sytuacje nie powodują, że mówię, że jest okropne i nie chce mi się żyć. Mówię, że warto żyć i warto kochać. Nie załamuję się, cały czas dążę do tego, żeby jednak to życie opiewać.

    Ma Pani za sobą szalenie trudne doświadczenie. Jako kobieta ledwie 40-letnia poznała pani ból śmierci, odejścia ukochanego męża. Jest jakaś uniwersalna recepta, rada, jak sobie radzić z tak traumatycznym przeżyciem?

    Chyba nie ma, to bardzo indywidualna kwestia. Każdy jest inny. Znacznie wcześniej pewien leśnik mówił mi z przymrużeniem oka, że wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Bardzo mnie tym rozbawiał. Oczywiście, nie można tego powiedzieć komuś, kto kogoś stracił i nie wyobraża sobie, że ten ból może minąć kiedykolwiek. A jednak czas robi swoje. Dużo czytałam ks. Jana Twardowskiego. On gdzieś pomiędzy wierszami swoich wierszy zawsze mówił, żeby nie rozpaczać, że ktoś odszedł, że miłość odeszła. Ważne, że była. U mnie to padło na dobry grunt, widocznie podobnie myślę. W życiu spotykamy się z ludźmi różnymi i to powinno nas budować. Nie powinno być tak, że gdy nagle ich nie ma, to i nas też nie ma. To powinno nas wzbogacać, wzmacniać, nie osłabiać. Tak mi się wydaje.

    Mówi Pani, że miłość jest silniejsza od śmierci.

    Jest, ale prawdziwa, taka dobra miłość, którą wyznają sobie ludzie dobrzy, którzy nie spekulują, nic nie kombinują pod spodem. Nic piękniejszego, co by nas mogło spotkać w życiu, nie ma.

    Urszula Kasprzak nie tylko wykonuje, lecz także pisze teksty piosenek

    Nawiązując do wielkiego przeboju Édith Piaf – mówi też Pani, że niczego w życiu nie żałuje.

    Wcześniej sobie tego nie uświadamiałam do końca, ale czuję i przez całe życie czułam, by nie robić sobie wyrzutów, że coś tam się stało lub nie. Może czasem, że za mało pracuję. Mój gitarzysta mówi, że gdybym tylko chciała popracować więcej, tobyśmy tyle jeszcze pięknych rzeczy zrobili. Trochę życie codzienne, a może i lenistwo mnie od tego odciągają. Priorytety mam może trochę inne, muzyka nie przesłoniła mi życia prywatnego, rodziny, codziennych rzeczy, które uwielbiam. Koncertować też uwielbiam, ale gdybym robiła tylko to i nie miała do kogo wracać do domu, toby mi to nie wystarczyło do życiowej równowagi.

    Jak, funkcjonując w show-biznesie, udaje się Pani zachować zwyczajność?

    Mam swoją drogę dochodzenia do różnych celów i swoją drogę życia. Otaczam się ludźmi, którzy idą w podobną stronę. Idziemy całą grupą i to jest fajne. Jak kogoś nie rozumiem, to staram się z nim nie przebywać, nie stresować. Nie nawracam też nikogo na siłę, dlatego pewnie nie nadaję się na jurorkę do modnych programów poszukujących talentów. Jak ktoś chce śpiewać, to jest to dla mnie najważniejsze. A jak to robi, to już nie jest moja sprawa.

    Czytaj więcej: Dyrygent Antoni Wit: „Cisza jest najpiękniejszą muzyką”

    Co się Pani marzy?

    Koniec wojny na Wschodzie. To coś nie pozwala mi ostatnio pisać, zabiera mi mój spokój. Życzyłabym sobie też wyważenia. Trochę grać, nagrywać w studio, zajmować się wnusią, domem, poczytać, mieć czas, by zadbać o kondycję fizyczną. Być zdrową, nie być ciężarem dla bliskich i żeby można było jeszcze pograć trochę fajnych koncertów, bo to już nie jest tak, że chciałabym grać co tydzień.

    A Wilnie chciałaby Pani dać koncert?

    Przyznaję, że nie pamiętam, czy kiedykolwiek byłam na Litwie, musiałabym gdzieś pogrzebać, być może z Budką Suflera. Z Litwą najbardziej kojarzy mi się plac Litewski w Lublinie, przed moim Uniwersytetem Marii Curie-Skłodowskiej, i Dworzec Wileński w Warszawie. Ale chyba trzeba by to naprawić i faktycznie Wilno odwiedzić.

    A tej nieśmiałości, o której rozmawialiśmy na początku, dużo w Pani jeszcze zostało?

    Sporo. Są momenty, gdy wjeżdżamy na jakiś plac, na którym ma się odbyć koncert, widzę z daleka wielką scenę, światła, i coś w moim żołądku przewraca się do góry nogami. Kiedy wchodzę na scenę, przechodzi, ale samo czekanie, sprawdzanie, czy wszystko zadziała, czy głos nie zawiedzie, czy się sprawdzę, to ciągle mnie stresuje.


    Urszula Kasprzak (ur. w 1960 r.), piosenkarka rockowa i autorka tekstów. Z zespołem Budka Suflera stworzyła m.in. takie przeboje, jak: „Luz blues, w niebie same dziury”, „Dmuchawce, latawce, wiatr”, „Malinowy król” czy „Powiedz, ile masz lat”. W zespole poznała Stanisława Zybowskiego, który został jej mężem i ojcem ich syna Piotra. Stał się też głównym kompozytorem piosenek Urszuli, w tym hitu „Rysa na szkle”. W latach 1990–1994 mieszkała w USA, po powrocie do Polski nagrała płytę „Biała droga” – zawierającą m.in. przeboje „Na sen” i „Konik na biegunach” – która rozeszła się w nakładzie 800 tys. egzemplarzy. Po śmierci Zybowskiego (2001 r.) drugim mężem Urszuli został jej menedżer Tomasz Kujawski, z którym ma syna Szymona. Trzy lata temu urodziła się jej wnuczka Maria.


    Fot. Honorata KAarapuda, Beata Wielgosz, mat.pras.


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 20 (58) 21-27/05/2022

    Więcej od autora

    Zapiski z podróży

    W ciągu kilkunastu dni przemierzyłem Belgię, zaglądnąłem do Holandii i Luksemburga, wszędzie nadstawiając ucha, co mówi się tam i jak pisze dzisiaj o Polsce i Polakach. W niewielkim Lokeren miałem przyjemność napić się kawy z Włodzimierzem Lubańskim, legendą polskiego...

    Romain Gary, wileński chłopiec. Rozmowa z Agatą Tuszyńską o „Żonglerze”

    Byłam zdumiona, jak czczona jest w Wilnie pamięć Romaina Gary’ego. Czytelnicy znają jego twórczość, co było dla mnie zaskakujące i bardzo miłe. Chciałabym spotkać się z nimi i porozmawiać o tym, najlepiej podczas wieczoru autorskiego – mówi Agata Tuszyńska,...

    Odkładana wizyta, czyli historia wielkiej miłości

    Jest w prostej linii potomkinią samego Giedymina. Była rzecznikiem pierwszego niekomunistycznego rządu po przemianach, które zaszły w Polsce w 1989 r. Teraz spełniła swoje dziecięce marzenie, wydając książkę o wielkiej miłości. O tym wszystkim oraz o pragnieniu poznania Wilna...

    Z Antonim Piechniczkiem w Kotle Czarownic

    Występowały tu największe gwiazdy. Nie tylko światowego sportu, ale także kultury. W planach są kolejne wielkie wydarzenia. W ramach wiosennych wycieczek po Polsce „Kurier Wileński” odwiedził Stadion Śląski w Chorzowie, gdzie spotkał świętującego 80. urodziny Antoniego Piechniczka, wybitnego trenera...