Dyrygent Antoni Wit: „Cisza jest najpiękniejszą muzyką”

To bardzo ważne, kiedy pod koniec życia człowiek patrzy w lustro i może sobie powiedzieć, że nie musiał postępować niezgodnie ze swoimi głębokimi przekonaniami, a wykorzystał możliwości, które mu dała natura – mówi Antoni Wit, światowej sławy polski dyrygent, który pięciokrotnie koncertował też w Wilnie.


Antoni Wit
| Fot. archiwum prywatne

Pan Profesor nie kryje się ze swoim zamiłowaniem do statystyk. Który to zatem udzielany przez Pana wywiad?

Statystyki faktycznie lubię i prowadzę, ale takiej akurat nikt mi nie podsunął, a pewnie też bym prowadził i byłoby to interesujące. Ale i bez tego wydaje mi się, że dla mediów na Litwie nigdy wywiadu nie udzieliłem.

W swojej właśnie wydanej książce „Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci” wprawdzie tylko jednym zdaniem, ale za to bardzo ciepłym, wspomina Pan swoje wizyty w Wilnie. Ile ich było?

Łącznie pięć i były to zawsze wspaniałe pobyty, choć niestety krótkie. Trzy razy dyrygowałem orkiestrami litewskimi, dwa razy byłem z polskimi orkiestrami, z którymi graliśmy na ogół polską muzykę. Ostatni raz dwa lata temu w ramach projektu „Litanie ostrobramskie” Stanisława Moniuszki. Budynek filharmonii w Wilnie jest przepiękny, świetnie usytuowany, chociaż troszkę mały jak na dzisiejsze standardy. Wilno ma swoistą atmosferę, która bardzo do mnie przemawia. Byłem parokrotnie na Rossie, to piękny cmentarz, położony na wzgórzach, co jest zupełnie nietypowe. Stare groby, ślady polskości, to bardzo wzruszające. Do tego Góra Zamkowa, uniwersytet z przepięknym kościołem św. św. Janów, kościoły w ogóle, Ostra Brama i ulica od niej wiodąca. Bardzo lubię także muzeum Mickiewicza. Dwa albo trzy razy mieszkałem w przepięknym hotelu Imperial naprzeciw filharmonii. To doprawdy urzekające miasto.

Coś Pana w nim zaskoczyło?

Na przyjęciu, na którym byli wysocy urzędnicy litewscy w randze wiceministrów, duże wrażenie wywarł na mnie fakt, że oni wszyscy doskonale mówili po polsku. Dla mnie było to wręcz szokiem, zwłaszcza że wiele się słyszy o animozjach, niechęci do używania polskiego. Z orkiestrami komunikowałem się akurat po rosyjsku, bo muzycy tak woleli, ale np. język polski świetnie zna litewski kompozytor Dailis Barakauskas, którego utwór też wykonywałem. Dostałem od niego w podzięce napisany piękną polszczyzną list, gdy był ambasadorem litewskim w Paryżu. Również zasłużony litewski dyrygent, Juozas Domarkas, mówi wspaniale po polsku.

Czy poza Wilnem był Pan gdzieś jeszcze na Litwie?

W Kownie, z orkiestrą filharmonii warszawskiej. Miałem kilka godzin, żeby sobie po nim pospacerować. Byłem też w Trokach, widziałem zamek.

Wśród wielkich osobowości, z którymi zetknął się Pan w trakcie swojej kariery, wymienia Pan w książce Bernarda Ładysza, zmarłego w ubiegłym roku wybitnego śpiewaka operowego, urodzonego w Wilnie.

Zważywszy na różnicę wieku, nie bardzo mogliśmy się zakolegować. On był przyjacielem mojego profesora, Henryka Czyża, ale pamiętam, jak spotkałem go w Paryżu w 1967 r., gdy występował tam na koncercie. Był bardzo przejęty, bo zapomniał fraka albo jakiegoś innego elementu koncertowej garderoby i musiał go pożyczyć, a cena paryska go przerażała. Wielki śpiewak, ale zaryzykuję tezę, że z tym talentem mógł osiągnąć jeszcze więcej.

Jak zatem dążyć do doskonałości, do bycia jak najlepszym, osiągnięcia jak najwięcej w swojej dziedzinie?

Moim studentom dawałem zawsze radę, by mierzyć bardzo wysoko. Stosunkowo łatwo jest coś osiągnąć w każdym zawodzie i się tym zadowolić. Taka stagnacja oznacza cofanie. Tymczasem na każdej drodze życiowej można zajść daleko. To jak z chodzeniem po górach. Gdy wchodzimy na pierwszy pagórek, widzimy, że dopiero pojawia się przed nami prawdziwy szczyt, który możemy osiągnąć, jeśli bardzo się postaramy.

Czym musi charakteryzować się dyrygent marzący o doskonałości w tym zawodzie?

Cechą decydującą jest osobowość. Naszkicuję ją w trzech różnych wymiarach. Po pierwsze, osobowość ludzka, która powoduje, że człowiek przychodzi do zespołu i ma to „coś”, że zespół skłonny jest go słuchać, choć nie miał się jeszcze czym wykazać. Drugą opisać najtrudniej. Przejawia się w ruchach. Dyrygent przed orkiestrą wykonuje ruchy, którymi wprawia ją w działanie, wywołuje dźwięk. W tych gestach jest zawarta pewna indywidualność powodująca, że ten dźwięk jest mniej lub bardziej piękny. Widziałem to już w latach studenckich podczas pobytu w Ameryce. Ta sama orkiestra te same utwory grała różnie pod różnymi dyrygentami, a różnica była uderzająca. Trzecia – to osobowość muzyczna. Dyrygent dyryguje, orkiestra gra, powstaje muzyka i nasuwa się pytanie, czy jest ona dla nas interesująca. Czy tak poprowadził orkiestrę, że utwór słuchaczy zachwycił, czy też wydaje im się, że nie za bardzo.

Kiedy zaczynałem działalność, uważano, że dobry dyrygent musi być stary.

Któremu ze znanych Panu dyrygentów do tej perfekcji było najbliżej?

Dobrzy dyrygenci mają umiejętność maskowania swoich słabych stron. Pewnych utworów na przykład nie dyrygują, bo wiedzą, że nie zabrzmią wystarczająco interesująco. Ale Herbert von Karajan czy Leonard Bernstein, których miałem przyjemność z bliska obserwować, na pewno mieli cechy, które wymieniłem. Wśród polskich dyrygentów też mamy wielu wspaniałych: Henryk Czyż, Witold Rowicki czy zmarły niedawno Stanisław Skrowaczewski.

Jak zmieniła się rola dyrygenta na przestrzeni lat pracy Pana Profesora?

Kiedy zaczynałem działalność, uważano, że dobry dyrygent musi być stary, musi mieć doświadczenie umiejętności pracy z orkiestrą, żeby ona dobrze zagrała, bo często miała nie najlepszy poziom. Obecne orkiestry są coraz lepsze, muzycy świetnie przygotowani, wobec czego jest wręcz moda na młodych dyrygentów. Doświadczenie nie ma już takiego znaczenia. Liczą się inne cechy, np. umiejętność zdobycia dla kierowanego zespołu środków finansowych, co zresztą zawsze miało znaczenie, sympatia publiczności, która, jeśli dyrygenta lubi, to wiadomo, że będzie przychodzić na jego koncerty.

Można z tego wysnuć wniosek, że dobra orkiestra mogłaby w zasadzie zagrać bez dyrygenta.

To oczywiście byłoby możliwe, a dla osób niewtajemniczonych – może nawet i poprawne. Natomiast wysoki poziom orkiestr pozwala działać w zawodzie dyrygenta także hochsztaplerom bez solidnej wiedzy zawodowej. Proszę tego nie brać całkiem dosłownie, ale to może się zdarzać. To mnie nie raduje, świat tak się rozwinął, ale trzeba to zaakceptować. Acz co do zasady, im lepsza orkiestra, tym lepszego potrzebuje dyrygenta.

Japończycy to jest niezwykły naród. Dążą do perfekcjonizmu, co bardzo doceniam.

W Warszawie trwa konkurs chopinowski. Pan w przeszłości dwukrotnie dyrygował orkiestrą Filharmonii Narodowej towarzyszącej pianistom.

Od dziecka wyrastałem w atmosferze, że konkurs chopinowski to wydarzenie pierwszej rangi, któremu towarzyszy gigantyczne zainteresowanie słuchaczy, dziennikarzy, mediów. Moim marzeniem było zadyrygować w finałach konkursu. Cieszę się, że miałem okazję w 2005 i 2010 r. Gdy stanąłem przed orkiestrą, poczułem, że to dziecięce marzenie się spełnia. Od strony wyjątkowości wydarzenia to wielki zaszczyt, choć z punktu widzenia zawodowego dyrygowanie na konkursie chopinowskim to nie jest jakiś wyczyn czy wyzwanie, bo orkiestra zna te koncerty tak świetnie, że tu naprawdę mogłaby grać bez dyrygenta. Wie, kiedy pianista może zwolnić, kiedy przyspieszyć, kiedy trzeba na niego poczekać. W ogóle warszawska orkiestra ma w sobie dużo życzliwości dla tych młodych ludzi, co jest dla nich niezwykle ważne.

Czy pańska miłość do Japonii związana jest po części z miłością Japończyków do Chopina?

Nie. Najbardziej cenię ludzi. A Japończycy to jest niezwykły naród. Dążą do perfekcjonizmu, co bardzo doceniam, bo, po pierwsze, nie lubię patałachów. Japończyk cokolwiek robi, uważa, że powinien to robić bardzo dobrze. Po drugie, cenię ich wielką kulturę w stosunkach międzyludzkich. Po trzecie, umiejętność i chęć asymilacji najlepszych rzeczy z innych kultur.

Często przytacza Pan słowa von Karajana, że w dyrygowaniu najważniejsza jest muzyka. A co jest najważniejsze w życiu?

To, co człowiek uważa, że jest najważniejsze. To się oczywiście zmienia. Co innego uważałem, gdy miałem lat 18, 25, 40. A teraz, gdy moje życie jest na końcowym etapie, uważam, że chyba najważniejsza jest możliwość działania w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Nierobienie kompromisów natury moralnej, choć czasem życie stawia ludzi w takiej sytuacji. Rozpocząłem karierę w latach 60., gdy mówiło się, że aby zostać dyrektorem, osiągnąć sukcesy, trzeba należeć do partii. Ja, ponieważ byłem wychowany w negatywnym do tego stosunku, nigdy się na to nie zdecydowałem, a mimo to zostałem dyrektorem, nawet orkiestr radia i telewizji w Krakowie, a potem w Katowicach. Cieszę się i mam z tego satysfakcję, że osiągnąłem pewien pułap, nie musząc się uciekać do tego typu kompromisów. To bardzo ważne pod koniec życia, jeżeli człowiek patrzy w lustro, że nie musiał postępować niezgodnie ze swoimi głębokimi przekonaniami. Druga ważna rzecz to wykorzystać możliwości, które dała człowiekowi natura, popełniać jak najmniej błędów. Uważam, że w życiu wykorzystałem swoje możliwości, unikając błędów zasadniczych.

A jak sobie radzić z niepowodzeniami po drodze?

Nie wolno się załamywać, bo niepowodzenia są nieuniknione. Ale z drugiej strony – niedobrze jest wpadać w dumę w sytuacji rzeczywistego nagłego powodzenia. Powiedzenie, że pycha kroczy przed upadkiem, się sprawdza. Jeżeli człowiek wbije się w pychę, raptem może przyjść niepowodzenie, które go kompletnie zniszczy, bo on myśli, że zjadł już wszystkie rozumy i nie jest gotowy niepowodzenia odeprzeć. Może mu wyrządzić szkody nieproporcjonalne do swojej wagi. 

Z czego jest Pan najbardziej dumny, a czego żałuje?

Dumny jestem z paru rzeczy. Przez 38 lat prowadziłem polskie zespoły, które miały w tym czasie wspaniałe okresy. Nagrałem też tyle płyt sprzedanych w tylu milionach egzemplarzy, niektóre miały po kilkanaście recenzji zagranicznych, obecne są na całym świecie. W szczegółach wiele rzeczy mogłem w życiu zrobić lepiej.

Muzyka jest całym pańskim życiem, a czym jest dla Pana cisza?

Cisza jest najpiękniejszą muzyką. Ludzie niezwiązani z muzyką są zdziwieni, że przeszkadza mi muzyka w restauracji. Po prawdzie, jej nie znoszę, proszę o ściszenie, szczególnie gdy jest niedostosowana. Nie jestem w tym oryginalny. Witold Lutosławski, wielki polski kompozytor, do tego stopnia nie znosił muzyki w hotelach, że wszystkie posiłki zamawiał do pokoju.

Słucha Pan czasem muzyki dla relaksu?

Nie. Słucham muzyki ze względów zawodowych. Ale oczywiście, w słuchaniu muzyki też znajduję przyjemność, podobnie jest, gdy idę na koncert. Przeważa jednak strona zawodowa, głównie idę posłuchać, jak robią to inni, porównać ze swoją pracą. Muzyka rozrywkowa nie zajmuje wiele miejsca w moim życiu. Lubię jazz, zwłaszcza klasyczny, jest piękny, dlatego podobają mi się też filmy Woody’ego Alena, bo jest w nich zawsze świetna muzyka jazzowa.

A jaką literaturę Pan lubi?

Najbardziej książki historyczne, wspomnieniowe. Ostatnio zachwyciła mnie pozycja Mieczysława Jałowieckiego, człowieka, który mieszkał w Petersburgu, a na Litwie miał majątek, „Na skraju imperium i inne wspomnienia”. O, widzi pan, a teraz akurat zacząłem czytać Tadeusza Tomaszewskiego „Wracając do Wilna”, do którego sam mam zresztą nadzieję jeszcze kiedyś wrócić. Wiem, że będzie to bardzo interesująca lektura, bo mogę podejrzewać, że treść jest prawdziwa. Nie lubię koloryzowania, co niestety czasem się zdarza we wspomnieniach. Znam wiele wydarzeń opisanych przez różne osoby, a pokazanych w o wiele lepszym świetle, niż faktycznie były. W swojej książce bardzo chciałem tego uniknąć.

Antoni Wit (ur. 7 lutego 1944 r. w Krakowie) – dyrygent, kompozytor, prawnik, profesor dyrygentury Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Kierował: Orkiestrą Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy (1974–1977), Orkiestrą i Chórem PRiTV w Krakowie (1977–1983), Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach (1983–2000), Orkiestrą Filharmonii Narodowej w Warszawie (2002–2013).
Dyrygował 235 orkiestrami na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Afryki i Antarktydy. Nagrał ponad 200 płyt, które sprzedano w ponad 6 mln egzemplarzy. Niedawno ukazała się jego książka „Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci”, wywiad rzeka przeprowadzony przez Agnieszkę Malatyńską-Stankiewicz.

Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 42(121) 16-22/10/2021