Więcej

    Świąteczna opowieść o gdańsko-wileńskiej kolędzie

    Święta Bożego Narodzenia i czas wokół nich to tradycyjny okres kolęd, wizyt duszpasterskich, spotkań świątecznych. Odbywające się w parafii kolędy to był w sumie najciekawszy czas dla młodego chłopaka, który był zarazem ministrantem.

    Czytaj również...

    Tak też było w mojej rodzinnej gdańskiej dzielnicy Letniewo. Oficjalnie nazywa się ona Letnica, ale celowo używam nazwy potocznej, zakorzenionej w świadomości mieszkańców.

    Kolęda jako szkoła życia

    Kolędy rozpoczynały się zaraz po świętach Bożego Narodzenia. Towarzyszyło się wówczas (w pojedynkę lub wspólnie z innym jeszcze ministrantem) księdzu, który odwiedzał parafian w mieszkaniach, zazwyczaj popołudniami bądź wieczorem, i zazwyczaj w mroźne zimowe dni. Co roku odbywała się zresztą swoista rywalizacja, kto pójdzie z księdzem po kolędzie na jaką ulicę. I był pewien „ranking” lokalizacji. Może ważne, by dodać, że ministranci, którzy towarzyszyli księdzu, mieli swoją puszkę, do której zbierali datki dla siebie, na swoje potrzeby. Ludzie zawsze coś wrzucili, choćby przysłowiowy „wdowi grosz”. Ale chłopcy dostawali też czasem owoce, słodycze, byli częstowani herbatą czy ciastkami. Ministranci, którzy chodzili po kolędzie, zdobywali też wiedzę, chyba „najważniejszą”, kto jak księdza przyjął po kolędzie i czy w ogóle przyjął; często słyszeli też przebieg rozmów i w gruncie rzeczy to od ich dyskrecji zależało, czy tematy omawiane podczas duszpasterskiej wizyty pozostawały tylko w czterech ścianach, w których były poruszane.

    Zresztą krzywdzące byłoby uznawać, że ministranci, którzy chodzili z księdzem po kolędzie, byli jedynie żądnymi datków i ciekawostek chłopakami. Wręcz przeciwnie. Oni naprawdę ciężko zapracowywali na te datki. Najpierw zapowiadali kolędę, ustalali, gdzie ksiądz powinien pójść, kto zgodził się go przyjąć, informowali, o której mniej więcej można się go spodziewać. W dniu kolędy odpowiadali za kropidło i też po prostu w pewien sposób poprawiali bezpieczeństwo księdza, który zbierał przecież ofiary od swoich wiernych.

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Jednym słowem, ministranci odpowiadali za całą logistykę wydarzenia, a kiedy trzeba, także pomagali domownikom modlić się razem z księdzem. A zdarzało się czasem, że po rozpoczęciu „Ojcze nasz”… zapanowywała cisza. Bycie ministrantem po kolędzie to była zatem naprawdę ważna i odpowiedzialna funkcja.

    Na jaką ulicę najlepiej było pójść po kolędzie? Trudno teraz ocenić, ale w Letniewie największym powodzeniem wśród chłopaków cieszyły się ulice z liczną liczbą mieszkańców, czyli Starowiejska i Uczniowska. Zdecydowanie gorzej wypadały małe uliczki: Żelazna, Niecała, Gwiazda Morza, Wiślna czy Stalowa. Na tych ulicach kolęda była zazwyczaj w niedzielę, odwiedzano mało mieszkań, no i mało pieniędzy można było uzbierać. Z drugiej strony kolęda na „długich” ulicach często się przedłużała, trwała wręcz do nocy. A tu trzeba było wychodzić z przegrzanych mieszkań na mróz, a potem znowu do środka. Bywało różnie. Czasem też zdarzały się przypadki przykre, a nawet niebezpieczne. To uczyło życia.

    Czytaj więcej: Idą święta — jak w tym szczególnym okresie oszczędzić energię?

    Święto prawdziwych ludzi

    Byłem też jednym z tych chłopaków, którzy przez kilka dobrych lat chodzili z księdzem po kolędzie. Ks. Witold lubił z ludźmi rozmawiać, to nie były krótkie kilkuminutowe wizyty, to były prawdziwe odwiedziny. Często się przeciągały. Niejednokrotnie trwały bardzo długo i były pełne emocji. W niektórych domach wiało biedą i przygnębieniem, w innych można wręcz było garściami czerpać z atmosfery ciepła i życzliwości.

    Setki ludzkich historii. Matka, która pracując na kasie nie ma ani odpowiedniego wynagrodzenia ani czasu dla swojej rodziny. Syn alkoholik, który terroryzuje starszą matkę. Choroba w rodzinie, która nie pozwala cieszyć się z atmosfery świąt. Wielość ludzkich perspektyw, doświadczeń, zamierzeń i planów. To wszystko było prawdziwe, bo ludzie ze sobą rozmawiali, dzielili się z kapłanem tym, na co akurat składało się ich życie. A jego pobyt i modlitwa dawały nadzieję, nie był formalnością czy obowiązkiem. Kolęda to było prawdziwe święto prawdziwych ludzi. Poprzez modlitwę i błogosławieństwo w świat profanum wchodził świat sacrum do każdego, nawet najbardziej skromnego domostwa.

    W trakcie kolęd był też taki zwyczaj, że niektórzy parafianie zapraszali księdza na kolację. A niektórzy z niektórych prosili jeszcze o dołączenie do stołu ministrantów. Zupełnie wyjątkowe były kolacje u Pani Janki, która mieszkała na Szklanej Hucie. Pochodziła z obecnej Białorusi, a konkretnie z terenów dawnej Litwy. Do Gdańska przyjechała zaraz po wojnie, razem ze swoją siostrą Bronią. Zajmowały dwa maleńkie mieszkania w starym domku na samym krańcu Letniewa. Tam były jeszcze prawdziwe piece. Swoją drogą były siostrami, ale zupełnie się od siebie różniły. U pani Broni w kuchni mieszkała kura, panował nieład, na cały odbiornik grało Radio Maryja. U pani Janki był ład i porządek, wszystko wyczyszczone, ułożone, pachnące. To były zupełnie inne światy i zwyczaje dwóch sióstr. Naprawdę dwa światy. Łączyło je jednak kresowe serce. Były oddane wierze, kościołowi i po prostu były dobre dla ludzi. U jednej i u drugiej widniały obrazki Matki Ostrobramskiej. Było czuć, że są stamtąd, że zostawiły cząstkę siebie na wschodzie.

    Czytaj więcej: Święta Bożego Narodzenia na Białorusi

    Litewska kolacja w Gdańsku

    Kolacja u pani Janki to była uczta. Gotowała rosół z kołdunami, na prawdziwym piecu. Zapach roznosił się po całym mieszkaniu. Jakby w tej potrawie zabrała ze sobą do Gdańska całą Białoruś i Litwę, niemal spuściznę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wyobraź to sobie. Jesteś w starym robotniczym domku, w przedwojennej polsko-niemieckiej dzielnicy w Gdańsku. Za oknem siarczysty mróz, szyby zaparowane, a w środku ciepło od prawdziwego pieca. Wszędzie czuć woń świeżego rosołu. Wszystko wyszykowane odświętnie, biały obrus. Pani Janka podaje do stołu iście królewskie danie. Nie wiesz, co lepsze. Czy ten zapach, czy sam smak, czy atmosfera domowego ciepła.

    To moment szczęścia, wspólnej uczty. To już nie jest tylko Letniewo, to już nie jest jednopokojowe mieszkanie z kuchnią w starym domku. Jesteś gdzieś zupełnie indziej. Może gdzieś na wsi pod Lidą albo nieopodal Brześcia, może gdzieś indziej na Wileńszczyźnie. Jesz najprawdziwsze litewskie kołduny ugotowane na poniemieckim piecu. Najważniejszy jest farsz; jego się nie da podrobić. On musi być przygotowany właściwie, a pani Janka była w tym prawdziwą mistrzynią.

    Czegoż w tych kołdunach nie ma? Pieprz, czosnek, majeranek, mięso. Odpowiednio rozwałkowane ciasto. A w rosole jeszcze odrobina lubczyku. Czy taki był przepis pani Janki? Tego nie wiem. Chyba już nikt nie pozna tego przepisu, ale w tych kołdunach zachowała ona swoje kresy, swoją ziemię, swoją ojczyzną i swoją tożsamość. I przede wszystkim dobre, szlachetne serce. Nigdy więcej nie jadłem takich kołdunów; tego smaku nie zapomnę. I chyba te „pokolędowe” kolacje u niej to jedna z najpiękniejszych lekcji tego, jak bardzo ważne jest dziedzictwo naszych potraw, smaków dzieciństwa, domowej kuchni. Jakaś w nich tkwi międzypokoleniowa pamięć i tożsamość. Połączenie natury i kultury, zatrzymanie w czasie, a może lepiej, przeniesienie w czasie. Przez te kołduny mogłeś po prostu spojrzeć w przeszłość, ale i przenieść się o kilkaset kilometrów na wschód.

    Pani Janka miała naprawdę dobre serce. Przywiozła je ze sobą z dawnych Kresów. Jako jedna z niewielu na swoją „litewską” kolację zapraszała ministrantów.

    Czytaj więcej: „Między Gdańskiem a Wilnem”. Prezentacja Encyklopedii Katolickiej w bibliotece centralnej w Wilnie


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 51(149)24/12/2022-06/12/2023

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Afisze

    Więcej od autora

    Nowy wileński rok!

    Bo to przecież rok szczególny dla wszystkich, którzy kochają Wilno. Dla mieszkańców, jak i dla tych, co mają wileńskie korzenie. Dla wszystkich, którzy po prostu pokochali gród Giedymina. Zaczęliśmy przecież właśnie rok jubileuszowy 700-lecia miasta. Chciałbym przede wszystkim, by...

    Siła praw człowieka zależy także od tego, czy będą bliskie ludziom

    10 grudnia obchodziliśmy kolejny Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka. Dzisiaj o prawach człowieka mówi się na wiele sposobów. Także w tym roku odbyło się wiele seminariów, debat czy spotkań poświęconych temu zagadnieniu. Jak Pan profesor rozumie pojęcie „prawa człowieka”? Powinniśmy dostrzec,...

    Nie bój się Adwentu!

    Jednocześnie można spojrzeć na Adwent jak na szansę przewartościowania naszej uwagi z tego, co było, na to, co dopiero się wydarzy. Dlatego warto się na chwilę zatrzymać i zapytać szerzej, już nie tylko w wymiarze religijnym bądź duchowym,...

    Jerzy Orda, Wilno i anarchia

    To bardzo dobra wiadomość dla wszystkich miłośników ukochanego miasta nad Wilią, ale także dla każdego humanisty chcącego dzięki historii zrozumieć przeszłość, a także jej znaczenie dla teraźniejszości i przyszłości. Powstało bowiem dzieło, które nie tylko ubogaca naszą wiedzę o...