Zdążyliśmy utrwalić wspomnienia, głos, sposób opowiadania, charakterystyczne błyski radości i smutku w oczach, wzruszenia. Roman Rotkiewicz (1947–2025) pozostanie na zawsze w pamięci wileńskich Polaków jako człowiek, dla którego „Wilia” była nie tylko zespołem, ale też drugim domem. Współtworzył wiele inicjatyw polskiego życia kulturalnego na Wileńszczyźnie.
Decyzja, która zmieniła wszystko
„Przyszedłem do zespołu w roku 1963, jesienią. Zaczynałem klasę maturalną. Jedna pani powiedziała mojemu ojcu o »Wilii«. Poszedłem na jedną próbę… i zostałem. To była fascynacja od pierwszego momentu” – wspominał podczas nagrania Roman Rotkiewicz.
W tamtym czasie próby odbywały się jeszcze w Domu Związków Zawodowych, naprzeciwko filharmonii, później w Pałacu Związków Zawodowych na Górze Bouffałowej – w sali tanecznej lub w piwnicy z drążkami. Tak wyglądały początki, które zdecydowały o całym już dorosłym życiu.
Roman Rotkiewicz miał już wtedy za sobą pierwsze doświadczenia taneczne zdobyte w polskiej Szkole nr 40 przy ul. Legionowej, a później w Szkole Średniej nr 21 (to z niej wykształciło się Gimnazjum im. Szymona Konarskiego) i w „Piątce”, gdzie na studniówce i balu maturalnym w 1964 r. nauczycielka Maria Czekotowska uczyła poloneza. Do „Wilii” trafił pół roku wcześniej. Żona Helena przyszła do zespołu kilka lat później.

Miłość napisana tańcem
„Marzyłem, by spotkać żonę w polskim zespole. I spotkałem Helenę” – mówił. Tak zaczęła się historia jednej z najbardziej rozpoznawalnych par w historii Polskiego Zespołu Artystycznego Pieśni i Tańca „Wilia”. Helena przyszła do zespołu w latach 1964–1965, jej pierwszym tańcem był biały mazur. Najpierw oboje tańczyli z innymi partnerami, aż po jakimś czasie stanęli razem w jednej parze. W 1976 r. zostali małżeństwem.
Nie sposób opowiadać o Romanie Rotkiewiczu, nie wspominając o Helenie – była u jego boku zarówno w tańcu, jak i w całym życiu. Byli parą sceniczną, choreograficzną, organizacyjną i emocjonalną. Razem tworzyli wartość dodaną nie tylko dla „Wilii”, lecz także dla całej polskiej kultury na Wileńszczyźnie.
Wspomnieć można chociażby zespoły, które zakładali i współtworzyli. Praca choreograficzna i organizacyjna Romana Rotkiewicza obejmowała wiele zespołów: „Wilniankę” (zespół przy Szkole Średniej nr 11, dziś Liceum im. Adama Mickiewicza), „Mereczankę”, „Gromadę”, „Solczan”, „Prząśniczkę”. Pani Helena przez 20 lat poświęciła się pracy z zespołem „Wilenka”, a także z „Pierwiosnkami”, „Prząśniczką”, „Mereczanką” i „Troczanami”. „Zamienialiśmy się, jak była taka potrzeba, na przykład, gdy żona była na urlopie macierzyńskim” – wspominał pan Roman.
Synowie, Ryszard i Rajmund, również tańczyli niemal we wszystkich zespołach prowadzonych przez rodziców. „Jak brakowało chłopców – wyręczali ich nasi synowie. Tych chłopców to nawet uczyć nie trzeba, tacy zdolni do tańca!” – mówiła z dumą mama. „Może to geny?” – dodawał Roman senior z uśmiechem.
Rodzice wspominają, że Rajmund krokiem poloneza zaczął chodzić już w wieku półtora roku, a Ryszard – jako trzylatek. Obaj później zasilili szeregi „Wilii”. Ryszard został nawet choreografem grupy młodszej, a następnie pracował w innych zespołach.
Polska jak otwarte niebo
Wspólnym i najważniejszym wspomnieniem państwa Rotkiewiczów był wyjazd do Polski w 1966 r. z okazji obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego.
„My z mężem mamy jedno wspomnienie. Byliśmy szczęśliwi, że trafiliśmy wówczas do zespołu. Po dziesięcioleciu odeszło bardzo dużo tancerzy i cztery pary – w tym my – otrzymały swoje miejsca, stroje. W 1966 r. pojechaliśmy do Polski na Tysiąclecie Państwa Polskiego. Takiego wyjazdu już nigdy potem nie było. Było siedem koncertów – Warszawa, Wrocław, Kraków, Zakopane. Zakopane to w ogóle były wycieczki nad Morskie Oko i w góry. Po raz pierwszy widzieliśmy taki wodospad, Czarny Staw, kaskady, wszystko. Mieszkaliśmy w najlepszych hotelach, np. w Warszawie – w Bristolu”.
„Organizował wyjazd Franek Kowalewski, ale jego nie wypuścili z Wilna, czyli ze Związku Radzieckiego. Mieliśmy koncert 21 lipca w Siedlcach. Nigdy już takiego wyjazdu nie było. To było jak sen” – mówiła Helena. Mąż dopowiadał: „Trzy wyjazdy do Polski z »Wilii« pamiętam: w 1966, 1975 i 1979. Te dwa kolejne wyjazdy to 20 dni, 20 koncertów”.
Pani Zofia jak druga matka
Małżonkowie Roman i Helena z szacunkiem i wzruszeniem wspominali panią Zofię Gulewicz, choreografkę i twórczynię zespołu. „Pani Zofia była dla nas jak druga matka. Nigdy nie podnosiła głosu, wszystko tłumaczyła” – mówili.
Roman Rotkiewicz jako dyrektor zespołu „Wilia” był zaangażowany w organizację jubileuszu 80-lecia, a także 40- i 45-lecia zespołu. Po śmierci pani Zofii współorganizował wieczór wspomnień: mszę u dominikanów, wizytę na cmentarzu na Lipówce, a także zatrzymanie się przy domu i ulicy jej imienia. Pomagał przy załatwianiu wyższej emerytury dla pani Zofii, przy pochówku, przy odnowieniu pomnika. Dodatkową emeryturę dla pani Zofii ufundował też wieloletni tancerz „Wilii” śp. Ryszard Litwinowicz.
Małżeństwo najbardziej wspominało koncert poświęcony jubileuszowi 80-lecia pani Zofii. „Kiedy byliśmy kierownictwem zespołu, zrobiliśmy dla pani Zofii duży koncert. Organizacja była Romana, nawet do takiego stopnia, że krzesło musiało być jak tron. To było upamiętnienie trzech dat – osiemdziesięciolecie pani Zofii, 40 lat pracy w »Wilii« i 60-lecie bycia jej na scenie. Czyli był to wielki koncert autorski na jej cześć”.

Tancerz, dyrektor, organizator
Jako tancerz Roman Rotkiewicz w „Wilii” był 18 lat, do 1981 r. „To były lata młodości, a jeżeli w młodości jest dobrze, to jest najlepszy czas, który człowiek wspomina. I właśnie tak było u mnie, gdy byłem w »Wilii«. Towarzystwo, koledzy – to wszystko było bardzo wesołe i bardzo bliskie dla serca” – opowiadał.
Rola Romana Rotkiewicza w „Wilii” wykraczała daleko poza scenę. W latach 90. i później był nie tylko tancerzem, lecz także dyrektorem zespołu. „Praca dyrektora to już były też problemy. Trzeba było inaczej myśleć o zespole, inaczej się zachowywać, wykonywać inne obowiązki. To już nie to, że po koncercie odtańczę, składam strój i jestem wolny. Tu trzeba było więcej poświęcić czasu. Coś zrobić, nadążyć, jak czegoś brakuje – pojechać, załatwić, z kimś porozmawiać, sprzedać bilety, zamówić salę. To była praca o 500 proc. większa niż bycie tylko tancerzem”.
Rodzina, która tańczy
W domu Rotkiewiczów taniec i tradycja były nie dodatkiem, lecz fundamentem. Obaj synowie weszli na scenę, jakby wchodzili na własne podwórko. „W takim domu patriotycznym nie mogło być inaczej” – przyznają Rajmund i Roman.
Kiedy zapytaliśmy rodzinę Rotkiewiczów, czym jest dla nich „Wilia”, odpowiedzi były proste: „Wilia to rodzina” – powiedział Rajmund, Helena dopowiedziała: „Młodość, radość, praca, przyjaźń”. Ryszard stwierdził: „Strumieni rodzica”, Roman Rotkiewicz zaś podsumował: „Dzięki »Wilii« mam rodzinę. Żonę, synów i wspomnienia. Najpiękniejszy czas młodości”.
Pan Roman najchętniej wspominał tańce góralskie, górniczą, oberka, krakowiaka i mazura ułańskiego. Helena – poloneza Ogińskiego, kujawiaka i oberka. Synowie – suitę żywiecką.
22 listopada 2025 r., podczas jubileuszowego koncertu 70-lecia „Wilii”, Roman Rotkiewicz wystąpił jako weteran. W filmie zapowiadającym galę stanął obok młodych wiliowców jako przedstawiciel starszego pokolenia, który przekazuje tradycje najmłodszym, jak żywy pomost między pokoleniami. Tak pożegnał scenę.
Roman Rotkiewicz pozostanie w pamięci jako człowiek, który żył tradycją, „Wilią”, „Piątką”, polskimi sprawami i poświęcał się dla nich całym sercem. Który wszedł na scenę jako młody chłopak i nie zszedł z niej nigdy. Który zbudował rodzinę z tańca i miłości. Tą swoją własną i tą wiliową.
Pamięć o Panu tańczyć będzie dalej.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 01 (03) 10-16/01/2026




