Ich wspólna droga zaczęła się kilkanaście lat temu na warszawskiej Sadybie. To tam, podczas działalności społecznej i Festiwalu Otwarte Ogrody – lokalnego święta sąsiedzkiego, w którym mieszkańcy otwierają swoje przestrzenie i zapraszają innych – narodziła się ich znajomość. – Zależało mi na włączaniu nowych osób i właśnie wtedy poznałam Basię – wspomina Aleksandra Karkowska.
Umiejętność słuchania
Z tej znajomości szybko zrodził się pomysł wspólnego działania. Początkowo chciały organizować warsztaty dla seniorów, jednak rzeczywistość zweryfikowała ich plany.
– Szybko okazało się, że nasi najstarsi sąsiedzi nie potrzebują warsztatów, tylko rozmowy. Chcieli spotkań przy herbacie, obecności, uważności – opowiada Karkowska. To właśnie te spotkania stały się początkiem ich pierwszego projektu. Odwiedzały mieszkańców, nagrywały wspomnienia, zbierały fotografie i pamiątki. Tak powstała książka „Banany z cukru pudru” – ich debiut i zarazem fundament dalszej pracy, którą rozwijają w ramach swojego wydawnictwa: Oficyna Wydawnicza „Oryginały” z siedzibą w Warszawie.
Siłą tego duetu jest nie tylko umiejętność słuchania, ale także budowania relacji. – Ola ma niezwykły dar łączenia ludzi. Wszyscy ją uwielbiają – mówi Barbara Caillot. W bloku oficerskim na Sadybie, gdzie mieszka Karkowska, sąsiedzka wspólnota ma bardzo realny wymiar. Kiedy autorka wyjeżdża, po powrocie znajduje pod drzwiami drobne dowody życzliwości: świeży chleb, liściki, kwiaty. – To małe gesty, ale mówią bardzo dużo – podkreśla Caillot.
Ich współpraca szybko wykroczyła poza Warszawę. Kolejny ważny etap rozegrał się w Kościelisku, gdzie Caillot zamieszkała w drewnianym domu z widokiem na Giewont. To tam umacniała się ich przyjaźń i rodziły kolejne pomysły. – Basia powiedziała mi kiedyś, żebym zamiast zakopianką [główna trasa wiodąca z Krakowa do Tatr – przyp. red.] pojechała przez Chochołów i Witów, a po drodze zatrzymała się po oscypki u Marysi, jej koleżanki z dzieciństwa. Kiedy powiedziałam, że jestem od Basi, usłyszałam: „Dobrze, że nasza Baśka wróciła” – wspomina Karkowska. Takie historie najlepiej oddają świat, z którego wyrasta ich twórczość – świat relacji, pamięci i zakorzenienia.
Powrót do źródeł
Autorki prowadzą warsztaty i konsekwentnie zachęcają do rozmów z najstarszymi. – Mamy poczucie, że to ostatni moment, by ocalić te historie. Żyjemy szybko, wszystko trafia do komputerów i znika w natłoku informacji. A przecież to, co opowiadał dziadek – gdzie się urodził, jak żył – pozwala nam lepiej rozumieć współczesność – mówi Caillot. Jak dodaje, każda rodzina powinna mieć swój „zeszyt wspomnień” – niezależnie od formy, byle historie nie zginęły.
Caillot i Karkowska konsekwentnie wracają do źródeł – do autentycznego doświadczenia, żywego słowa i pamięci, która istnieje tylko tak długo, jak długo ktoś chce jej słuchać. Ich książki pokazują, że historia nie składa się wyłącznie z wielkich wydarzeń, ale przede wszystkim z ludzkich opowieści. I że to właśnie one są najtrwalsze.
Autorki podkreślają, że w ich książkach równie ważną rolę jak słowo odgrywa obraz. – Sięgamy do rodzinnych albumów, dlatego fotografia jest dla nas równorzędną narracją – mówią. Zdjęcia nie są jedynie ilustracją, lecz integralną częścią opowieści, dopełniającą wspomnienia bohaterów.
Proces pracy opiera się na zaufaniu. Jak przyznają, ich rozmówcy chętnie dzielą się historiami i nigdy nie spotkały się z odmową udziału w projekcie. Jednocześnie dbają o ich komfort i anonimowość. Choć nazwiska wszystkich uczestników znajdują się na końcu książki, poszczególne historie nie są podpisywane.
Codzienne życie, drobne wspomnienia
Dorobek Caillot i Karkowskiej obejmuje dziś kilka znaczących projektów – od debiutanckich „Bananów z cukru pudru”, przez opowieści z Podhala („Na Giewont się patrzy”), historię Sopotu po 1945 r., aż po reportaż o pasażerach transatlantyku „Batory” oraz projekt „Biały miś”.
Każdy z nich dotyka innego fragmentu pamięci zbiorowej, ale wszystkie łączy jedno: próba uchwycenia momentu, zanim zniknie bezpowrotnie. I choć trudno wskazać jeden najważniejszy, pytanie o to, do którego projektu wróciłyby dziś, pozostaje otwarte – tak jak historie, które wciąż czekają na opowiedzenie.
Autorki podkreślają, że historia, której uczymy się w szkołach, nie zawsze oddaje pełnię rzeczywistości. – Bywa uproszczona, czasem nie do końca zgodna z tym, jak wyglądało życie ludzi – mówią. Dlatego w swojej pracy zachęcają do czegoś innego: do rozmowy o mikrohistoriach, tych najbliższych, rodzinnych.
– Namawiamy wszystkich, żeby rozmawiać w domu. Żeby pytać o codzienne życie, o drobne wspomnienia. To właśnie te małe historie składają się na wielką historię świata – podkreślają. Ich zdaniem to szczególnie ważne dla młodszego pokolenia, które dzięki temu może lepiej zrozumieć przeszłość i swoje korzenie.
Zwracają też uwagę, że są tematy trudne, przemilczane, których często się unika. – Na Podhalu spotkałyśmy się z historiami, o których przez lata nikt nie mówił – wspominają. Jedna z nich szczególnie zapadła im w pamięć. Starszy mężczyzna opowiadał o swoim dzieciństwie w czasie wojny: – Miałem niebieskie oczy i blond włosy. Baliśmy się, kiedy przychodzili i wyciągali nas z domów, ustawiali w szeregu… – relacjonują.
Historia w pełnym wymiarze
Tę filozofię przenoszą także na działania edukacyjne. Podczas warsztatów zachęcają dzieci do pracy z rodzinnymi archiwami. – Prosimy, żeby przynosiły zdjęcia dziadków i pradziadków. Najpierw o nich rozmawiamy, a potem tworzymy fotograficzne kolaże – opowiadają.
Jak podkreślają, na tych fotografiach zapisane jest znacznie więcej niż tylko wizerunki ludzi. Widać na nich dawne wnętrza, ulice, ubrania, detale architektury – cały świat, który już często nie istnieje. – I właśnie od takich obrazów zaczyna się rozmowa. A z rozmowy rodzi się pamięć – dodają.
– Chodziłyśmy od domu do domu, zadając proste pytania: „Proszę nam opowiedzieć, jak to było, kiedy była pani mała. Co się działo w codziennym życiu?”. I wtedy okazywało się, że zwykłe, pozornie drobne rzeczy – gotowanie dla dzieci, dbanie o dom, ciągłe trudności – to całe życie, to historia w pełnym wymiarze. Jedna z kobiet mówiła: „Byle by były kluski dla dzieci”. A my tłumaczyłyśmy, że właśnie to jest historia, którą chcemy zachować – mówi Aleksandra.
Autorki zwracają uwagę na znaczenie dokumentowania historii także za pomocą fotografii.
– To prawdziwy apel do wszystkich: podpisujcie zdjęcia! Kiedyś jeszcze ktoś powie: „To jest ta osoba, ta chwila”. Sama pamiętam, jak moja babcia, już w podeszłym wieku, podpisywała albumy – mąż, siostra, ja – zawsze z tyłu, z datą i miejscem. Ważne jest też podawanie miejsca: Wileńszczyzna, Podhale, dany region. Kto, gdzie, kiedy – nawet w przybliżeniu – pozwala zachować kontekst i sprawia, że fotografia staje się pełnoprawnym nośnikiem historii, a nie tylko obrazkiem – mówi Barbara Callot.
– Zauważyłyśmy ogromne zainteresowanie dzieci dawnymi historiami – mówi Barbara Caillot. – Dzieciaki były zaciekawione tym, jak wyglądało życie ich dziadków, jakie smaki pamiętali, w co się bawili, jak spędzali codzienne chwile. To pokazało nam, że istnieje ogromna potrzeba łączenia pokoleń i zachowywania rodzinnej pamięci.
Oprócz spotkania w DKP w Wilnie 24 marca autorki złożyły także wizytę w Gimnazjum im. Jana Śniadeckiego w Solecznikach. Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot zaprezentowały swój projekt „Babciu! Dziadku! Proszę, opowiedz mi!” (Oficyna Wydawnicza „Oryginały”). To wyjątkowy zeszyt międzypokoleniowy, który inspiruje do rozmów, odkrywania rodzinnych wspomnień i wspólnego utrwalania historii bliskich.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 12 (34) 28/03-03/04/2026



