0
„Chcesz odzyskać ziemię, musisz mieć dużo pieniędzy”

Tablice z napisem „Privati valda” (posiadłość prywatna) sugerują, że miejscowi mieszkańcy mają wzbroniony wstęp na teren nad rzeczką, który według planów mierniczego Jonasa Pečiulisa ma niebawem być przyłączony do posiadłości tej, za murem Fot. Marian Paluszkiewicz

Tablice z napisem „Privati valda” (posiadłość prywatna) sugerują, że miejscowi mieszkańcy mają wzbroniony wstęp na teren nad rzeczką, który według planów mierniczego Jonasa Pečiulisa ma niebawem być przyłączony do posiadłości tej, za murem Fot. Marian Paluszkiewicz

W dzieciństwie los zabrał jej rodziców, pracowite życie odebrało zdrowie, a nieszczęście zabrało dom. Teraz nieuczciwie odbierają ostatnie – jej ziemię. Odcinają perfidnie kawałek po kawałku, podobnie jak los wcześniej zabrał rodzica po rodzicu, a życie krok po kroku odbierało zdrowie, zaś ogień metr po metrze trawił dom rodzinny.


„Chcesz mieć ziemię odzyskać, musisz mieć dużo pieniędzy” – można usłyszeć od mieszkańców Rudomina i okolic, którzy czują się pokrzywdzeni przez miejscowego mierniczego Jonasa Pečiulisa.

Tak się złożyło, że pani Stanisława nie ma pieniędzy, ale chce mieć ziemię. Ziemię, na której sama wyrosła i dzieci wyhodowała. Ziemię, na której stoi odbudowany po pożarze dom. Ziemię, na której kosztem zdrowia zbudowała swoje gniazdo rodzinne. Swoją ziemię! Na akt prawa własności do niej czeka już od 17 lat.

– Złożyłam podanie o wykupienie ziemi wokół domu jeszcze w 1993 roku – tłumaczy Stanisława Mugttinowa ze wsi Barkiszki w gminie rudomińskiej.

Dopiero teraz dowiedziała się, że jej się należy 20 arów. Reszta prowadząca do bystrego potoku Rudomianki zostanie oddana przyjezdnej sąsiadce. Znana wileńska lekarka kupiła przed kilkoma laty we wsi dom i chce poszerzyć posesję. Mierniczy „proponuje” dołączyć do niej teren wzdłuż wybrzeża rzeczki, odcinając pani Stanisławie i innym sąsiadom dostęp do niej.

„Privati valda” (teren prywatny), tablica z takim napisem zawieszona na jednym z filarów prowizorycznego ogrodzenia sugeruje, że wejście na teren nadbrzeżny jest wzbroniony.

– Przecież na tej ziemi wyrosłam od dziecka, gdy po śmierci rodziców dziadkowie nas tu wychowywali. Los nas nie szczędził. Potem spalił się dom. Odbudowaliśmy. Bo cały czas byliśmy na swoim, na swojej ziemi. Teraz przychodzą z urzędu i obcinają kawałek po kawałku. Tu kawałek z tymi drzewkami pod same okna, bo niby ma droga jakaś biec tędy. Tam odcięli kawałek razem z piwnicą polową i łaźnią. Teraz są już na cudzej ziemi. A teraz tamten kawałek od rzeki. Oddają sąsiadce, która tu od niedawna mieszka. Podobno dla niej brakuje ziemi – żali się pani Stanisława.

– Jak tak można! Przecież to jej ziemia. Tu wyrosła. Tu cały czas była – mówi nam inna sąsiadka pani Stanisławy.

– Można – urywa pytanie mierniczy Jonas Pečiulis. – Jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech zwraca się o wyjaśnienia do wydziału regulacji rolnej. Tam była powołana komisja, była na miejscu i wszystko wyjaśniła. Spisała też wniosek.

– Była komisja, ale ze Stanisławą nawet nie chcieli rozmawiać, bo ona po litewsku źle mówi, więc ją starali się ignorować – opowiadają sąsiedzi Stanisławy Mugttinowej.

Chyba też dlatego, że pani Stanisława słabo zna język urzędowy, we wniosku komisji znalazło się wiele treściwej informacji, ale nic, dlaczego nie pozwolono jej wykupić całą ziemię, czy też, dlaczego mierniczy Pečiulis raz tak, a raz inaczej odmierza kawałek, który rzekomo sąsiadce pani Stanisławy należy się.

– Pierwszy raz odmierzył w ten sposób, że o róg pola odmierzonego dla nas zahaczył i dalej tam aż do rzeki – pani Stanisława pokazuje nam w terenie, gdzie miała przebiegać nowa miedza wyznaczona przez rudomińskiego mierniczego. – Niedawno zaś zadzwoniła sąsiadka i mówi, wracaj szybko do domu, bo twoją ziemię mierzą. Przybiegłam. W domu nikogo nie było, ale oni wymierzali nowe granice. Powiedzieli, że jak nie zgadzamy się na poprzedni wariant, to „proponują” zostawić ten odcięty róg połaci, a odciąć prostopadły kawałek od strony rzeki i dalej aż tam do samej łaźni i poza nią, tak, że nie będziemy mieli dostępu do rzeczki – pani Stanisława pokazuje powbijane w ziemię kołki prowizorycznie wzdłuż ścian łaźni wyznaczające nową granicę miedzy.

– Gdy zapytałam, w jaki sposób będę mogła dojść do rzeki, to mierniczy powiedział, że po tamtej stronie, bo brzeg tam jest niczyj. A żebym mogła przejść na tamten brzeg, to przecież musiałabym  przez most przejść, a to z dwa kilometry trzeba będzie obejść – użala się pani Stanisława. Niepotrzebnie – łzy mimowolnie wypełniają jej oczy, a chore serce natychmiast daje o sobie znać….

Każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z urzędami i mierniczymi w sprawie odzyskania ojcowizny na Wileńszczyźnie na pewno wie, że to sporo kosztuje pieniędzy, czasu, zdrowia…. Pani Stanisława go nie ma. I nie ma też czasu czekać kolejne kilkanaście lat na otrzymanie prawa własności do tego, co od lat praktycznie do niej należy.

Po złożeniu przed laty podania o wykupienie na własność ziemi wokół domu zamiast proszonych 30 arów zaproponowano jej najpierw wykupić 20 arów, zaś resztę „potem”. Dziś po tylu latach nie ma faktycznie niczego, gdyż by zatwierdzić plan działki 20 arowej, najpierw musi go zatwierdzić miejscowy mierniczy. Stanisława Mugttinowa obawia się, że z powodu sporu z nim o pozostałe 10 arów plan może być niezatwierdzony. Nie są to zresztą czcze obawy, gdyż jak tłumaczy, przygotowany plan nie pasuje do okrojonych przez Pečiulisa granic działki.

Eksperci, do których zwracaliśmy się w tej sprawie, po dłuższym zaskoczeniu, że coś takiego może rzeczywiście  dziać się, radzą jednoznacznie, aby kobieta zwróciła się do Urzędu Regulacji Rolnej z prośbą o zmianę mierniczego dla danej miejscowości katastralnej.

Stanisława Mugttinowa już to zrobiła, ale szczerze nie wierzy, aby Urząd chciał stanąć po jej stronie, jeśli jego pracownicy nawet nie chcieli z nią rozmawiać. A żeby pomóc kobiecie, musieliby przyznać jej rację oraz uznać, że mierniczy nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, popełnia błędy, dopuszcza się samowoli. Tylko takie zarzuty mogłyby wyzwolić mieszkańców rudomińskiej miejscowości katastralnej spod „opieki” i usług narzuconego im przez powiat mierniczego. Bo decyzja o zerwaniu umowy leży w gestii naczelnika powiatu.

– Nie jest to sprawa łatwa, gdyż musiałyby być poważne podstawy do zerwania umowy – tłumaczy nam Algis Bagdonas,  kierownik wydziału reformy rolnej Departamentu Regulacji Rolnej Państwowej Służby Ziemskiej. – Jeśli opierać się na przedstawionych informacji, to przede wszystkim brakuje logiki w działaniach mierniczego i dlaczego jej nie pozwolono wykupić 30 arów, ale tylko 20. Jeśli ona od lat mieszkała na tej ziemi i ją uprawia, to tej logiki brakuje tym bardziej.   Musiał być konkretny powód odmowy – wyjaśnia nam szef wydziału reformy rolnej. Dodał też, że przy takich wielkościach parceli, praktycznie nie bywa problemów z pozwoleniem na wykupienie ziemi na własność, chyba że chodzi o atrakcyjny kawałek ziemi.

Mimo problemów zdrowotnych Stanisław Mugttinowa nie zamierza poddawać się. Złożyła podanie o odwołanie mierniczego. Ale też potrzebuje wsparcia i pomocy.

– Tej kobiecie trzeba pomóc, bo naprawdę jest pokrzywdzona. Zresztą częściej przebywa w szpitalu i nie ma czasu na poświęcenie się sprawom – powiedział nam znający sprawę przedstawiciel jednej z firm geodezyjnych pracujących również w rudomińskiej miejscowości katastralnej. Nie chciał podawać nazwiska, gdyż nie wykluczył, że trzeba będzie mieć do czynienia z miejscowym mierniczym.

Miejscowe władze również nie wiele mogły czy też chciały zdziałać w obronie pokrzywdzonej kobiety.

– Przyjeżdżał starosta, ale powiedział, że nasza wieś została już przekazana do gminy w Czarnym Borze i tam  należy szukać pomocy – wyjaśnia pani Stanisława.

– Rozmawiałem z tą kobietą, ale na razie nie możemy pomóc, bo ta wieś należy jeszcze do gminy w Rudominie. Zresztą nie wiadomo, czy cokolwiek będziemy mogli pomóc, gdyż nie mamy wpływu na sprawy ze zwrotem ziemi – wyjaśnia starosta Czarnego Boru Tadeusz Aszkielaniec.

– Faktycznie wieś Barkiszki pozostaje jakby w zawieszeniu, gdyż miała być przekazana gminie w Czarnym Borze, ale zaszła pewna pomyłka i decyzja jeszcze nie jest prawomocna. Na najbliższym posiedzeniu Rady samorządu rejonu wileńskiego podobno ma być podjęta ostateczna decyzja –  z kolei wyjaśnia nam starosta gminy rudomińskiej Tadeusz Kułakowski. Również dodaje, że starostwa, zresztą podobnie, jak i rejon są odizolowane od spraw ziemi, o których decyduje powiat oraz jego urzędy regulacji rolnej. Wątpliwe jednak, czy ktokolwiek tam chciałby bronić interesy biednej i schorowanej kobiety. Przecież chyba nie bez powodu ludzie w rudomińskiej gminie mówią – „chcesz odzyskać ziemię, musisz mieć dużo pieniędzy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.