0
Mieczysław Dwilewicz: „Ze sztuką żyć ciekawiej”

Mieczysław Dwilewicz (od prawej) świetnie wżył się w rolę skorumpowanego ministra w spektaklu „Miłość i polityka” Fot. Marian Paluszkiewicz

Mieczysław Dwilewicz (od prawej) świetnie wżył się w rolę skorumpowanego ministra w spektaklu „Miłość i polityka” Fot. Marian Paluszkiewicz

Rozmowa z Mieczysławem Dwilewiczem, wieloletnim aktorem Polskiego Teatru w Wilnie, zdobywcą dyplomu ZPL za twórczość artystyczną (2000), Złotego Krzyża Zasługi RP (2006) oraz odznaki „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (2010) nadawanej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP.

K. W. Na scenie teatralnej Pan jest już prawie 40 lat. Jednak aktorstwo dla Pana nie jest zawodem, a raczej stylem życia, hobby…

M. D. Byłem zupełnie zwyczajnym dzieckiem, nie ukończyłem żadnej szkoły ani akademii artystycznej. Uczyłem się w wileńskiej Szkole Średniej im. Szymona Konarskiego ― wtedy to była 29. szkoła. Potem była 21. Szkoła Techniczna, a następnie ― wojsko. W moim dzisiejszym zawodzie sztuki jest niewiele ― pracuję w spółce „Ardena”, montuję żaluzje. W aktora przekształcam się w ciągu kilku wieczorów tygodniowo. Życie ze sceną związałem tylko częściowo, ale tego mi wystarcza.

Jak więc zaczęła się ta przygoda z teatrem?

Nie pamiętam, żebym w młodym wieku był jakoś szczególnie artystycznie uzdolniony czy zakochany w literaturze. A przygoda z teatrem zaczęła się w dalekim 1976 roku, gdy byłem w klasie 10. Wszystko przez kolegów! Byli wtedy w zespole i ciągle słyszałem od nich, jakie to jest fajne, jaka tam świetna kompania i atmosfera ― nie tyle nawet na scenie, ile za kulisami. Pani Irena Rymowicz, założycielka zespołu, wspaniale umiała taką atmosferę stworzyć, wiedziała, jak młodzież zaciekawić i zachęcić nie tylko do zabawy, ale też do pracy. Nasłuchałem się tego wszystkiego i postanowiłem dołączyć się do zespołu. Koledzy ci wkrótce odeszli, a ja się „wciągnąłem”.
Potem było wojsko. W ciągu dwóch lat służyłem w Mińsku. A potem od razu wróciłem do… teatru! Właśnie wracałem do domu, miałem jeszcze na sobie mundur. Przypadkowo na dworcu spotkałem kolegę, Dominika Kuziniewicza, on wtedy był w zespole. Rozgadaliśmy się, pomogłem mu załatwić pewną sprawę w teatrze i trafiłem do domu tylko wieczorem. Tego dnia zrozumiałem, że scena w moim życiu pozostanie na długo…

Jakie dzisiaj miejsce teatr zajmuje w Pana życiu?

Ważne miejsce. Mniej więcej trzy razy tygodniowo bywają próby, czasem mamy jakieś wyjazdy. Ze sztuką jest po prostu ciekawiej żyć. Będąc na scenie masz możliwość bardzo blisko dotknąć dzieł wybitnych autorów, nie tylko przeczytać, ale też przeżyć jakiś dramat. Wiele też znaczy sama obecność w zespole, gdzie są ludzie z podobnymi interesami. Tym bardziej ― mamy tutaj polski teatr, co zbliża nas jeszcze bardziej. Trzeba trzymać się swojej kultury i ją pielęgnować, a razem to robić zawsze raźniej.

Zagrał Pan w 30 spektaklach. Jakie role zapamiętały się najbardziej?

Była taka sztuka Jerzego Jurandota „Dziewiąty sprawiedliwy”. Miałem tam zupełnie niedużą rolę strażnika. Ale bardzo się zapamiętała, bo był to mój pierwszy spektakl po powrocie z wojska. Także mile wspominam dramat „Intryga i miłość” Fryderyka Schillera. Grałem tam prezydenckiego sekretarza Wurma. Była to postać takiego urzędniczego intryganta, prawdziwej żmii. Na festiwalu w Tychach w 2000 r. ten spektakl m. in. otrzymał nagrodę za reżyserię i rolę żeńską ― obie nagrody zasłużyła Irena Litwinowicz. Także w Tychach zostałem wyróżniony i ja za rolę w komedii „Grube ryby” Michała Bałuckiego. Chyba dobrze udało się zagrać tę „grubą rybę”.

Jak rodzina ocenia takie teatralne hobby?

Ze zrozumieniem. Zresztą, inaczej chyba i być nie może, bo właśnie dzięki scenie poznałem swoją żonę Barbarę. Zapoznaliśmy się w teatrze. Przyprowadził ją do nas pewien profesor z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Był to znajomy pani Ireny Rymowicz. Zaproponował, aby do naszego zespołu dołączyła utalentowana młoda studentka i tak się zaczęło… Los zechciał, żeby owa studentka została moją żoną. No i ze sceną jakoś się skończyło. Żona już nie jest w środowisku teatralnym, ale wspaniale mnie rozumie. Syn także popiera moje zajęcie. Pracuje tutaj, w Domu Kultury Polskiej wWilnie. Co prawda, sam ze sceną siebie nie kojarzy.

Polski Teatr w Wilnie wystawia spektakle nie tylko na Wileńszczyźnie, ale też za granicą. Niejednokrotnie byliście na polskiej scenie. Czy Pan zauważył różnicę między widownią? Jak różni się odbiór sztuki tutaj, a tam?

Brawa są zawsze głośne, publiczność przyjmuje nas ciepło. Aktor na scenie w ogóle bardzo dobrze odczuwa atmosferę z sali. To może dodać natchnienia i jakiejś energii, a może też zniechęcić, jeżeli czujesz sztywność widowni. Sam, co prawda, mam więcej miłych wrażeń niż tych przykrych. Ale zauważam, że wszędzie ludzie inaczej reagują na spektakle. Szczególnie to dobrze widać podczas wystawiania komedii, bo widzowie w Polsce śmieją się i reagują na nieco inne momenty spektaklu niż nasi ludzie z Wileńszczyzny.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.