0
„Zadziwiające losy wyrazów” — pieśń pochwalna mowie ojczystej

kultura Brzozowska2 09

„Zadziwiające losy wyrazów” to doskonała pozycja dla wszystkich, którzy doceniają intelektualną rozrywkę Fot. archiwum

Wyjątkowa jest to książka. Książka, którą nazwała pieśnią pochwalną językowi ojczystemu mieszkanka Gdańska Agnieszka Zalewska, która przed kilku laty przypadkowo natrafiła na stronie internetowej na felietony znanej dziennikarki wileńskiej Łucji Brzozowskiej publikowane na łamach „Magazynu Wileńskiego”.

Została nimi tak zauroczona, że poprosiła autorkę o zgodę na wydanie książki. I tak w nowo utworzonym wydawnictwie poczytne.pl ukazało się wydanie „Zadziwiające losy wyrazów”. Książka o najpiękniejszym języku świata — ojczystym.

Oto co pisze autorka: „I choć językoznawcy z punktu widzenia naukowego mają na ten temat nieco inne zdanie (np. bogactwo samogłosek i spółgłosek sonornych l, n sprawia, że język włoski uważany jest za szczególnie piękny i melodyjny), serce człowieka wie lepiej, że swój własny, ojczysty, jest mu najbliższy i najpiękniejszy. Julian Tuwim z genialną prostotą zaledwie w dwóch słowach wyraził najistotniejszą treść języka: ojczyzna-polszczyzna”.

I dalej ze wzruszającą szczerością autorka wyznaje: „Nie wiem, czy dla wszystkich Polaków mieszkających poza Krajem, pojęcie ojczyzny utożsamia się z językiem, ale dla mnie tak właśnie jest, bo zarówno Polska, jak i Litwa niezupełnie tymi ojczyznami są. Jedna, bliska duchowo, jest odległa geograficznie, druga — odwrotnie: bliska geograficznie, ale cudza. I tylko polszczyzna jest tą najprawdziwszą, najściślejszą moją ojczyzną”.

W tym nie ma absolutnie przesady. Bo polszczyzna-ojczyzna była i jest dla niej ogromnie ważna. Doskonale to wiedzieliśmy pracując w „Czerwonym Sztandarze”, potem w „Kurierze Wileńskim”, z jaką pieczołowitością zawsze traktowała i traktuje każde słowo.
Bo słowa dla niej „podobnie jak ludzie — mają swoje rodowody, rodziny, bliższych i dalszych krewnych, robią kariery, przeżywają wzloty i upadki, wreszcie — umierają. Nawet jeśli nie całkiem, bo przecież zostają na kartach starych książek, słowników, to z naszej mowy, a nieraz i świadomości znikają”.

Polszczyzna–ojczyzna była i jest dla Lucji Brzozowskiej bardzo ważna Fot. archiwum

Polszczyzna–ojczyzna była i jest dla Łucji Brzozowskiej bardzo ważna Fot. archiwum

Na ich miejscu są inne, czasami niezbędne, potrzebne, czasami zaśmiecające, wulgaryzujące język. Chociaż, jak pisze dalej autorka, „w języku nie ma chyba słów niepotrzebnych. Wszystkie czemuś i komuś służą. Nawet gwara więzienna czy koszarowa jest w odpowiednich środowiskach potrzebna, są bowiem osobnicy, którzy się inaczej porozumieć nie potrafią. Jednak źle jest wtedy, kiedy taki czy inny wulgaryzm zwleka się z pryczy więziennej, by się bezczelnie i wygodnie usadowić w aulach wyższych uczelni, szkołach, eleganckich domach, redakcjach”.

Dlatego o poprawność, piękno języka tak bardzo dbała. Każdy nowy pracownik, który przychodził do działu szkół i młodzieży, który wiele lat prowadziła, musiał przejść „szkołę” Brzozowskiej. Zanim ukazał się artykuł takiego nowicjusza w gazecie, sadzała go obok siebie, dokładnie analizując każdy wyraz, jego znaczenie, dobierając najodpowiedniejsze słowa, by język był poprawny oraz wypieszczony. Zapewne się zdarzało, że delikwent klął w duszy tę tresurę językową, ale kiedy nazajutrz czytał w gazecie swą publikację, nie mógł ukryć satysfakcji, że się mu tak pięknie udało wyrazić swą myśl na łamach gazetowych. Po takiej lekcji czekał na kolejne, a po latach sam mógł porad młodym dziennikarzom udzielać. I z rozrzewnieniem przypominać te chwile, które nauczyły go z wielkim szacunkiem traktować słowo drukowane.

Na biurku Łucji zawsze były słowniki, encyklopedie, zawsze uważała, że dziennikarz nie może bez nich pracować i taki sprawdzian dla każdego jest niezmiernie ważny. Dla niej może bardziej niż dla innych, bo ciągle ma niedosyt tej wiedzy, ciągle ją trapi to czy inne zagadnienie językowe, czego zresztą mamy świadectwo na stronach tej książki. Z niecierpliwością oczekuje na audycje prof. Jana Miodka, czy też prof. Jerzego Bralczyka, by w swym wielkim notesie zapisać kolejną ciekawostkę językową.

Przed laty, kiedy pracowała w „Czerwonym Sztandarze”, wpadła na pomysł, by na jego łamach wprowadzić naukę języka ojczystego dla dzieci. Tak narodziła się rubryka „Przecinek”. Żartobliwe, wesołe „Przecinki” miały wśród uczniów wielu wdzięcznych czytelników, którzy się przekonali, że wiedza o języku, to nie tylko uczenie się reguł gramatycznych, ale to ciekawe historie z dziejów języka, to bogactwo polskiej frazeologii.

A potem, po wielu latach, z myślą o czytelnikach dorosłych, jak też młodzieży szkolnej, o wszystkich tych, którym sprawy języka ojczystego leżą na sercu, zaczęła prowadzić w „Magazynie Wileńskim” rubrykę „Jego Wysokość „SŁOWO”.
Autorkę zawsze obchodziła i obchodzi jakość polszczyzny, o którą powinniśmy dbać „na każdym miejscu i o każdej dobie”.

A przecież pisze: „Dziś nikt nikogo za kołnierz nie chwyta, po polsku mówić nie zabrania. Mamy na Litwie szkoły polskie, książki, podręczniki (co prawda z każdym rokiem przeciwnicy szkolnictwa polskiego kroczek po kroczku idą do przodu, wprowadzając do szkół polskich innowacje, na przykład zlikwidowanie egzaminu maturalnego z języka i literatury polskiej, który nawet w czasach stalinizmu był obowiązkowy, czy też narzucając niektóre podręczniki w języku litewskim), mamy wielu doskonałych polonistów, traktujących nauczanie języka polskiego i literatury jako swego rodzaju misję patriotyczną.

Tym niemniej z ubolewaniem wymienia wtręty językowe, (korocze, wopszcze!!!), które szczególnie przykro brzmią dla otoczenia, często w ustach młodzieży brzmiące wyrazy niecenzuralne, wszystkie chwasty językowe.

Osobne miejsce poświęca gwarze wileńskiej uważając ją za część skarbca ogólnonarodowego języka polskiego. Oto co na ten temat pisze: „Polacy Wileńszczyzny od wieków myślą, czują i rozmawiają po polsku. Że nasza polszczyzna jest nieco inna od ogólnopolskiej? Tak, ale nie musimy się tym martwić. Odmiany regionalne, gwary, nie zubożają języka. Wręcz odwrotnie — stanowią o jego bogactwie”.

Żartobliwe, wesołe „Przecinki” miały wśród uczniów wielu wdzięcznych czytelników Fot. Marian Paluszkiewicz

Żartobliwe, wesołe „Przecinki” miały wśród uczniów wielu wdzięcznych czytelników
Fot. Marian Paluszkiewicz

Tym niemniej w felietonie pt. „Dopóki Wilia płynie” poprzez liczne przykłady ukazuje, że „regionalne, gwarowe, a nawet potoczne nie może być niepoprawne. Niepoprawne, a nawet śmieszne staje się wtedy, kiedy są używane w niewłaściwym kontekście. W gumiakach nie wchodzi się na salony, językowe również”.
„Zadziwiające losy wyrazów”, zadziwiający zbiór 80 felietonów na temat języka polskiego autorstwa Łucji Brzozowskiej, daje odpowiedź na jakże wiele pytań. Do czego służy język, gdzie się podziała gwara uczniowska, czy pies ma budę, czy ją posiada i wiele wiele innych.
To jednocześnie fascynująca wyprawa do przeszłości kraju, albowiem język przeszedł i przechodzi również bardzo trudne etapy. W tym — polityczne. Takim właśnie sarkastycznym felietonem „Takie drobniutkie drobnostki” kończy się ta naprawdę porywająca lektura. Lektura o języku, o tradycjach wyniesionych z domów rodzinnych oraz o dniu współczesnym, naszym, Polaków tu na Litwie, który, jak odnotowuje autorka w dopisku po 12 latach od chwili pisania felietonów, nic a nic się nie zmienił na niwie coraz lepszych polsko-litewskich relacji.
„Zadziwiające losy wyrazów” to doskonała pozycja dla wszystkich, którzy doceniają intelektualną rozrywkę, dbają o poprawne wysławianie się, swoje i bliskich, czy po prostu chcą zanurzyć się w odrobinę słownej zabawy.
Pozycja, która przekonuje czytelnika, że „o zawiłościach naszej kochanej gramatyki można pisać lekko i z humorem”.
„Powinna znaleźć się na półkach wszystkich Polaków” — tak o tej książce napisała jej wydawca Agnieszka Zalewska.
Całkowicie podzielam to zdanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.