Agnieszka Skinder: Renato, od jakiego okresu jesteś związana z „Wilią” i jak to się wszystko zaczęło?
Renata Dunajewska: Moja przygoda z zespołem zaczęła się oczywiście w rodzinie, bo skoro mieliśmy Jana Skrobota – mojego wujka – to wszyscy byliśmy w „Wilii”. Nie było innej opcji, po prostu musieliśmy tam być. Już jako dziecko chodziłam na wszystkie koncerty – pamiętam, że kiedy zespół występował w Wilnie, to było dla nas największe święto. Wujek jednak ciągle powtarzał: „Jeszcze podrośniesz, jeszcze za wcześnie, poczekaj”. Bardzo chciał, żebym śpiewała. Gdy tylko przychodziłam do wujostwa do domu, siadał przy pianinie i uczył mnie piosenek zespołowych – on wykonywał partię męską, ja żeńską. Ale ja nie chciałam śpiewać – ja chciałam tańczyć!
I tak przygoda z tańcem zaczęła się w szkole. Moją wychowawczynią była Halina Szulska, pierwsza tancerka „Wilii”. Kiedy objęła naszą klasę (to chyba była klasa piąta) stworzyła grupę taneczną. Uczyliśmy się w szkole na Antokolu („Piątce”), gdzie była młodzież polska i rosyjska, więc na szkolnych imprezach musieliśmy pokazać polski akcent. Pierwszym tańcem, jaki pamiętam, była łowiczanka. Pomagały nam starsze dziewczyny – tancerki „Wilii”. To one zauważyły, że mam talent. Powiedziały: „Masz zdolności, przychodź do nas – zaczniesz od podstaw”. Namówiły mnie. I tak chyba w szóstej klasie – jeszcze takie dzieciątko – przyszłam do Pałacu Związków Zawodowych. Pani Zofia Gulewicz oczywiście mnie przyjęła.
I tak się zaczęło. Najpierw dzieciństwo, potem młodość, później już dorosłość – a ja cały czas w „Wilii”. Bo, jak zawsze podkreślam, w „Wilii” nie ma byłych – są tylko bardziej lub mniej aktywni.
Modeście, jesteś zdolnym tancerzem: mistrz Polski, teraz instruktor w zespole „Jantar” w Gdańsku. Ale twoje początki były również w „Wilii”…
Modestas Taszkinas: Zacznijmy od tego, że w odróżnieniu od pani Renaty – nie pochodzę z rodziny tanecznej. U mnie wszystko zaczęło się od koleżanki z klasy, Karoliny, którą serdecznie pozdrawiam. To był czas jubileuszu 50-lecia „Wilii” – czyli równo 20 lat temu. Po tym jubileuszu Karolina zaproponowała, żebym przyszedł do zespołu. Pomyślałem: czemu nie. Miałem wtedy 8–9 lat, byłem w drugiej klasie. Stwierdziłem, że warto spróbować. Dołączyłem do zespołu i przez wszystkie te lata byłem pod opieką pani Marzeny Suchockiej, którą również bardzo serdecznie pozdrawiam. Tak naprawdę, od tego momentu zaczęła się moja przygoda z tańcem – i trwa do dziś.

| Fot. Bartosz Frątczak, wilnoteka.lt
Renato, w książce „Strumieni rodzica” czytamy, że jesteś dziewiątą z rodziny Skrobotów. Jan Skrobot – wujek – to brat twojego taty, tak?
Renata: Tak. W zespole byli wujek i jego żona – należeli do pierwszego składu, wystąpili na pierwszym koncercie „Wilii”. W zespole był też brat mojej mamy, moi kuzyni – jeden grał na skrzypcach, drugi tańczył. Moja siostra śpiewała w chórze, żona kuzyna również.
Nie było innej opcji – ten zespół ciągle w nas był. Spotykaliśmy się na rodzinnych obiadach i cały czas wracała rozmowa o „Wilii”. Zawsze był obiad, potem taka przerwa na kawę… i ktoś już zaczynał jakąś piosenkę. Babcia również śpiewała – u prof. Żebrowskiego, w „Lutni” w Wilnie. Muzyka przeplatała się przez całe nasze życie, dlatego mówię – ja po prostu nie miałam innego wyboru, ale ja tego wyboru nawet nie chciałam mieć. Chciałam być w „Wilii”. Nigdy nie było przymusu.
Modeście, Ty na pewno miałeś wybór, kiedy zaczynałeś, była ogromna konkurencja – i między polskimi zespołami w Wilnie, i w ogóle między różnymi stylami tańca. Chodziłeś do szkoły muzycznej, grasz na saksofonie – naprawdę tych możliwości było wiele. A jednak wybrałeś polskie tańce ludowe. Czy to było dla Ciebie ważne?
Modestas: W tym wieku, 8–9 lat, trudno decydować, czy to jest wybór na przyszłość – czy mi się to będzie podobać, czy nie. Ale – jak już mówiłem – nigdy nie żałowałem, że wybrałem taniec ludowy, polski taniec narodowy. I tak naprawdę, nie było wątpliwości, że może spróbuję innego stylu – bo ktoś kiedyś powiedział mi, że mając dobre podstawy w tańcu ludowym, dużo łatwiej przejść do innych stylów. I ja się z tym zgadzam. Znając polskie tańce narodowe, ten cały folklor – o wiele łatwiej nauczyć się jazzu, tańca współczesnego, a nawet tańca towarzyskiego.
Na Wileńszczyźnie folklor jest bardzo lubiany i popularny. A jak jest w Polsce? Tańczysz przecież w Gdańsku w zespole „Jantar” – czy tam również polski folklor jest tak popularny? Gdańsk ma przecież najlepszego tancerza w całej Polsce, który pochodzi z Wilna, z „Wilii”!
Modestas: Od dwóch lat, może półtora – zauważam tendencję, że taniec ludowy przechodzi renesans. Wraca, odżywa. Myślę, że przyczyniły się do tego filmy, takie jak „Chłopi” czy „Znachor” – tam jest dużo motywów ludowych. Coraz mniej ludzi uważa, że folklor to obciach. Bo to naprawdę trudne zatańczyć 15-minutową suitę to jest ogromne wyzwanie. I dopóki ktoś sam nie przyjdzie na próbę, nie zobaczy, ile to wymaga pracy – może sobie myśleć: „Eee, folklor to głupota”.
Folklor w Polsce żyje szczególnie w małych miastach – bo tam dzieci mają mniejszy wybór, jest jeden zespół i jeśli chcą tańczyć, to idą właśnie tam. W dużych miastach, jak Warszawa, Gdańsk – jest więcej możliwości i ludzie się bardziej rozpraszają. Gdańsk na przykład też ma trzy duże zespoły. I folklor tam naprawdę żyje.
Wasze najbarwniejsze wspomnienia, do których chętnie wracacie.
Renata: Cały mój okres tańczenia w „Wilii” – to jest praca pani Zofii Gulewicz. Jak wiemy – baletnicy z Warszawy. Przez tyle lat mieliśmy próby trzy razy w tygodniu i zawsze zaczynaliśmy od baletu. Jako baletnica przyniosła nam wszystkie ćwiczenia i prawdziwe podstawy. Nazwy kroków mówiła do nas po francusku – rozumieliśmy je i wiedzieliśmy dokładnie, co mamy robić. Przez 30–40 minut tylko balet, dopiero potem część ludowa.
Cały czas tańczenia w zespole to jedno ogromne wspomnienie, bo zaczynaliśmy jeszcze w okresie sowieckim – do Polski wyjechać nie mogliśmy. Jeździliśmy więc po Litwie, po małych miasteczkach. Czasem sala na 50 osób, a my tańczymy dwuczęściowe koncerty. Nigdy nie zapomnę słów pani Zofii, które mam w sercu do dziś. Przychodziła do nas do garderoby i mówiła: „Nawet jeżeli na sali będzie siedziała jedna osoba – musicie dać z siebie sto procent. Macie tańczyć tak, jakby to była największa sala świata”. To nas bardzo motywowało. Bo czasem wychodzisz na scenę – mało ludzi, ale trzeba z siebie dać wszystko. A po koncertach jeszcze wspólne spotkania – to też było coś pięknego.
Potem pierwsze możliwości wyjazdu do Polski – to było święto! Ja pierwszy raz w życiu pojechałam do Polski w 1987 r. Pamiętam, widzę lecącego bociana i krzyczę: „Polski bocian!”. Granicy jeszcze nie było, tylko namalowane paski na drodze. To było dla nas ogromne wzruszenie. A później przyszło zaproszenie do Warszawy. Ale najbardziej niezapomniany był Światowy Festiwal w Rzeszowie. My – „Wilia” i „Wileńszczyzna” – jako pierwsze zespoły ze Wschodu na tak wielkim wydarzeniu. Wokół nas tłumy ludzi. Wszyscy patrzyli, podziwiali. Tańczyliśmy poloneza Ogińskiego z mazurem, naszą wiliowską wizytówkę.

| Fot. K. Gmurczyk
Modeście, czy masz też swoje wspomnienia, do których chętnie wracasz?
Modestas: Tak. Może nie wskażę jednego konkretnego wydarzenia, ale najbardziej pamiętam drogę, którą przeszedłem. Zaczynałem jako dzieciak, który totalnie nie wiedział, gdzie jest która noga. A później – dzięki pracy pani Marzeny Suchockiej – krok po kroku zdobywałem kolejne umiejętności. Najpierw młodsza grupa, potem długo oczekiwany awans do grupy reprezentacyjnej. To było ogromne przeżycie – bo naprawdę trzeba było się napracować, żeby tam się dostać. Nic nie przychodziło od razu.
Drugą kategorią wspomnień są wszystkie wyjazdy – te, o których mówiła pani Renata.
Byłem kilka razy na festiwalu w Rzeszowie, były wyjazdy na Bałkany. To były wydarzenia ogromnych rozmiarów i pięknych emocji. Ale chyba największe, najcenniejsze wspomnienia to ludzie. Przyjaźnie, które zrodziły się w „Wilii”, trwają do dziś. Z tymi osobami nadal mam kontakt i naprawdę temu najbardziej zawdzięczam to, że byłem w „Wilii”.
Mówiłeś o tej ścieżce, po której się wspinałeś – powoli, ale nieustannie do góry. No i wspiąłeś się naprawdę wysoko! W Polsce jesteś mistrzem tańca. Opowiedz o tej drodze – jak trafiłeś do Gdańska, jak zaczęła się twoja przygoda z turniejami?
Modestas: Po przeprowadzce z Wilna do Gdańska w 2015 r. zdecydowałem, że muszę kontynuować taniec. Przeprowadziłem się tam na studia i do tej pory w Gdańsku mieszkam. Znalazłem Zespół Pieśni i Tańca „Jantar” przy Uniwersytecie Gdańskim, na którym studiowałem. Zapisałem się, dostałem – i tak zaczęła się moja przygoda już w Polsce. Był nawet taki okres, kiedy jednocześnie wracałem do Wilna, by tańczyć z „Wilią”. Trochę na dwa fronty – ale dla tańca robi się różne szalone rzeczy.
W 2016 r. zaczęły się turnieje tańców polskich. W Polsce odbywa się 12–14 turniejów rocznie, prawie co miesiąc. To turnieje w formie towarzyskiej – tak jak cha-cha, samba czy rumba – tylko zamiast nich tańczymy polskie tańce narodowe. Ocena – profesjonalne jury. Od 2016 r. tańczę na turniejach z partnerką Aleksandrą. I tak skromnie mówiąc, trochę nam się udało: mistrzostwo Polski, obecnie wicemistrzostwo Polski, puchar Polski. Przez prawie 10 lat objechaliśmy całą Polskę – wzdłuż i wszerz – i wiele razy stawaliśmy na podium. W międzyczasie zrobiłem kurs instruktorski w Warszawie, w Mazowieckim Instytucie Kultury, i uzyskałem tytuł instruktora tańca ludowego. Teraz pracuję jako instruktor – przygotowuję pary do turniejów. Jestem też choreografem w zespole w Lęborku.
Mówiliśmy już trochę o przyjaźniach, o więziach. Renato, opowiedz o swojej generacji, z kim tańczyłaś, kto był zawsze obok?
Renata: Gdy byliśmy w zespole, nie mieliśmy tylu atrakcji, co współczesna młodzież. Nie mogliśmy wyjeżdżać za granicę – inna epoka; dlatego całe nasze życie kręciło się wokół zespołu. „Wilia” była naszą drugą rodziną. Trzy razy w tygodniu próby po dwie godziny – a przed koncertami dodatkowe spotkania. A oprócz tego: urodziny, imieniny, wesela, odprowadzanie chłopców do wojska i ich powroty, „tłoki” – komuś wykopać ziemniaki, komuś narąbać drewna. Cała grupa zbierała się i jechała.
Organizowaliśmy prywatki, spotkania świąteczne, sylwestra. Nie jeździliśmy samochodami – wszyscy na piechotę. Z próby do domu – razem. W zgodzie, z radością. Wszyscy byliśmy równi, wszyscy jednakowi. Ten zespół tak mocno się w nas zakorzenił, że do dziś – kiedy się spotykamy – to jest jak spotkanie z rodziną. Wiedzieliśmy o sobie wszystko – o rodzicach, o sytuacjach domowych, o trudach i radościach. Więzy były bardzo silne.

| Fot. archiwum prywatne, opr. red.
A kto był twoim partnerem?
Renata: Początkowo nie miałam swojego stałego miejsca, bo u nas było tak, że na początku tańczyło się na zamianę. Jako taka mała dziewczyna tańczyłam, gdzie akurat była potrzeba, a później przychodzi ta ogromna chwila: ktoś ustępuje ci miejsce i wtedy masz swoje miejsce w układzie, swoje stroje, swoją walizkę. To było wielkie święto! Wtedy moim partnerem został Staszek Michalkiewicz. Ponad 10 lat tańczyliśmy razem w parze. Spotkaliśmy się w zespole, a potem ja pociągnęłam go także do radia – pracowaliśmy razem. Do dziś go ciepło wspominam – był wspaniałym partnerem.
Ja też mogę powiedzieć, że był i moim partnerem na scenie – razem prowadziliśmy wszystkie jubileusze „Wilii”, konkursy „Dziewczyna »Kuriera Wileńskiego«”, różne polskie festiwale i wydarzenia…
Renata: Staszek był bardzo twórczym człowiekiem. Oddany „Wilii”, pomysłowy, otwarty, dobry reżyser, świetny tancerz. Bardzo dobrze się z nim tańczyło.
Modeście, opowiedz o swojej generacji – o przyjaciołach. Przecież niektórzy do dziś tańczą w „Wilii”.
Modestas: Może już nie zbieraliśmy się na rąbanie drewna, bo zmieniły się czasy i sposób spędzania wolnego czasu, ale więzi były nadal bardzo silne. Bo jeśli jesteś w zespole – jesteś w jednej paczce: wspólne wyjazdy, wspólne urodziny, spotkania po próbach. Te relacje trwają do dziś.
Kiedy przyjeżdżam na chwilę do Wilna – wracam nie tylko do rodziców, ale też do przyjaciół z „Wilii”. Jeśli mam szansę – zawsze to wykorzystuję. Lubię tu przyjeżdżać. Kocham to miasto, ono zawsze będzie w moim sercu. Teraz dobrze mi się mieszka w Gdańsku – tam chcę budować swoje życie. Ale serce zawsze zostanie w Wilnie. Jeśli tylko będzie okazja – będę wracał.
Już niedługo jubileuszowy koncert. Czekacie na ten dzień?
Renata: My żyjemy „Wilią”! Weterani żyją od jubileuszu do jubileuszu. Czy nas zaproszą, czy nie – i tak my się sami zapraszamy! Poprzedni jubileusz opuściliśmy przez pandemię – więc teraz tym bardziej się cieszymy. Na scenie nadal czujemy się młodo.
Zupełnie na koniec – czym dla Was jest „Wilia”?
Renata: Wszystkim.
Modestas: „Wilia” to znajomości, przyjaźnie, podstawy, fundament. To, od czego wszystko się zaczęło. Piękna przygoda.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 47 (134) 22-28/11/2025





