Nie ma byłych wiliowców! Zapraszamy na kulminację roku jubileuszowego zespołu „Wilia”

Z okazji jubileuszu 70-lecia Polskiego Zespołu Artystycznego Pieśni i Tańca „Wilia” – uroczysty koncert w sobotę 22 listopada – kontynuujemy cykl rozmów z osobami, które swoją pasją i pracą współtworzyły historię zespołu. Dziś naszymi gośćmi są Renata Dunajewska (z domu Skrobot) oraz Modestas Taszkinas – przedstawiciele dwóch pokoleń „Wilii”, których losy połączyła miłość do polskiego folkloru i Wilna.

Czytaj również...

Agnieszka Skinder: Renato, od jakiego okresu jesteś związana z „Wilią” i jak to się wszystko zaczęło?

Renata Dunajewska: Moja przygoda z zespołem zaczęła się oczywiście w rodzinie, bo skoro mieliśmy Jana Skrobota – mojego wujka – to wszyscy byliśmy w „Wilii”. Nie było innej opcji, po prostu musieliśmy tam być. Już jako dziecko chodziłam na wszystkie koncerty – pamiętam, że kiedy zespół występował w Wilnie, to było dla nas największe święto. Wujek jednak ciągle powtarzał: „Jeszcze podrośniesz, jeszcze za wcześnie, poczekaj”. Bardzo chciał, żebym śpiewała. Gdy tylko przychodziłam do wujostwa do domu, siadał przy pianinie i uczył mnie piosenek zespołowych – on wykonywał partię męską, ja żeńską. Ale ja nie chciałam śpiewać – ja chciałam tańczyć!

I tak przygoda z tańcem zaczęła się w szkole. Moją wychowawczynią była Halina Szulska, pierwsza tancerka „Wilii”. Kiedy objęła naszą klasę (to chyba była klasa piąta) stworzyła grupę taneczną. Uczyliśmy się w szkole na Antokolu („Piątce”), gdzie była młodzież polska i rosyjska, więc na szkolnych imprezach musieliśmy pokazać polski akcent. Pierwszym tańcem, jaki pamiętam, była łowiczanka. Pomagały nam starsze dziewczyny – tancerki „Wilii”. To one zauważyły, że mam talent. Powiedziały: „Masz zdolności, przychodź do nas – zaczniesz od podstaw”. Namówiły mnie. I tak chyba w szóstej klasie – jeszcze takie dzieciątko – przyszłam do Pałacu Związków Zawodowych. Pani Zofia Gulewicz oczywiście mnie przyjęła.

I tak się zaczęło. Najpierw dzieciństwo, potem młodość, później już dorosłość – a ja cały czas w „Wilii”. Bo, jak zawsze podkreślam, w „Wilii” nie ma byłych – są tylko bardziej lub mniej aktywni.

Modeście, jesteś zdolnym tancerzem: mistrz Polski, teraz instruktor w zespole „Jantar” w Gdańsku. Ale twoje początki były również w „Wilii”…

Modestas Taszkinas: Zacznijmy od tego, że w odróżnieniu od pani Renaty – nie pochodzę z rodziny tanecznej. U mnie wszystko zaczęło się od koleżanki z klasy, Karoliny, którą serdecznie pozdrawiam. To był czas jubileuszu 50-lecia „Wilii” – czyli równo 20 lat temu. Po tym jubileuszu Karolina zaproponowała, żebym przyszedł do zespołu. Pomyślałem: czemu nie. Miałem wtedy 8–9 lat, byłem w drugiej klasie. Stwierdziłem, że warto spróbować. Dołączyłem do zespołu i przez wszystkie te lata byłem pod opieką pani Marzeny Suchockiej, którą również bardzo serdecznie pozdrawiam. Tak naprawdę, od tego momentu zaczęła się moja przygoda z tańcem – i trwa do dziś.

Renata Dunajewska: „Weterani żyją od jubileuszu do jubileuszu. Czy nas zaproszą, czy nie – i tak my się sami zapraszamy!”
| Fot. Bartosz Frątczak, wilnoteka.lt

Renato, w książce „Strumieni rodzica” czytamy, że jesteś dziewiątą z rodziny Skrobotów. Jan Skrobot – wujek – to brat twojego taty, tak?

Renata: Tak. W zespole byli wujek i jego żona – należeli do pierwszego składu, wystąpili na pierwszym koncercie „Wilii”. W zespole był też brat mojej mamy, moi kuzyni – jeden grał na skrzypcach, drugi tańczył. Moja siostra śpiewała w chórze, żona kuzyna również.

Nie było innej opcji – ten zespół ciągle w nas był. Spotykaliśmy się na rodzinnych obiadach i cały czas wracała rozmowa o „Wilii”. Zawsze był obiad, potem taka przerwa na kawę… i ktoś już zaczynał jakąś piosenkę. Babcia również śpiewała – u prof. Żebrowskiego, w „Lutni” w Wilnie. Muzyka przeplatała się przez całe nasze życie, dlatego mówię – ja po prostu nie miałam innego wyboru, ale ja tego wyboru nawet nie chciałam mieć. Chciałam być w „Wilii”. Nigdy nie było przymusu.

Modeście, Ty na pewno miałeś wybór, kiedy zaczynałeś, była ogromna konkurencja – i między polskimi zespołami w Wilnie, i w ogóle między różnymi stylami tańca. Chodziłeś do szkoły muzycznej, grasz na saksofonie – naprawdę tych możliwości było wiele. A jednak wybrałeś polskie tańce ludowe. Czy to było dla Ciebie ważne?

Modestas: W tym wieku, 8–9 lat, trudno decydować, czy to jest wybór na przyszłość – czy mi się to będzie podobać, czy nie. Ale – jak już mówiłem – nigdy nie żałowałem, że wybrałem taniec ludowy, polski taniec narodowy. I tak naprawdę, nie było wątpliwości, że może spróbuję innego stylu – bo ktoś kiedyś powiedział mi, że mając dobre podstawy w tańcu ludowym, dużo łatwiej przejść do innych stylów. I ja się z tym zgadzam. Znając polskie tańce narodowe, ten cały folklor – o wiele łatwiej nauczyć się jazzu, tańca współczesnego, a nawet tańca towarzyskiego.

Na Wileńszczyźnie folklor jest bardzo lubiany i popularny. A jak jest w Polsce? Tańczysz przecież w Gdańsku w zespole „Jantar” – czy tam również polski folklor jest tak popularny? Gdańsk ma przecież najlepszego tancerza w całej Polsce, który pochodzi z Wilna, z „Wilii”!

Modestas: Od dwóch lat, może półtora – zauważam tendencję, że taniec ludowy przechodzi renesans. Wraca, odżywa. Myślę, że przyczyniły się do tego filmy, takie jak „Chłopi” czy „Znachor” – tam jest dużo motywów ludowych. Coraz mniej ludzi uważa, że folklor to obciach. Bo to naprawdę trudne zatańczyć 15-minutową suitę to jest ogromne wyzwanie. I dopóki ktoś sam nie przyjdzie na próbę, nie zobaczy, ile to wymaga pracy – może sobie myśleć: „Eee, folklor to głupota”.

Folklor w Polsce żyje szczególnie w małych miastach – bo tam dzieci mają mniejszy wybór, jest jeden zespół i jeśli chcą tańczyć, to idą właśnie tam. W dużych miastach, jak Warszawa, Gdańsk – jest więcej możliwości i ludzie się bardziej rozpraszają. Gdańsk na przykład też ma trzy duże zespoły. I folklor tam naprawdę żyje.

Wasze najbarwniejsze wspomnienia, do których chętnie wracacie.

Renata: Cały mój okres tańczenia w „Wilii” – to jest praca pani Zofii Gulewicz. Jak wiemy – baletnicy z Warszawy. Przez tyle lat mieliśmy próby trzy razy w tygodniu i zawsze zaczynaliśmy od baletu. Jako baletnica przyniosła nam wszystkie ćwiczenia i prawdziwe podstawy. Nazwy kroków mówiła do nas po francusku – rozumieliśmy je i wiedzieliśmy dokładnie, co mamy robić. Przez 30–40 minut tylko balet, dopiero potem część ludowa.

Cały czas tańczenia w zespole to jedno ogromne wspomnienie, bo zaczynaliśmy jeszcze w okresie sowieckim – do Polski wyjechać nie mogliśmy. Jeździliśmy więc po Litwie, po małych miasteczkach. Czasem sala na 50 osób, a my tańczymy dwuczęściowe koncerty. Nigdy nie zapomnę słów pani Zofii, które mam w sercu do dziś. Przychodziła do nas do garderoby i mówiła: „Nawet jeżeli na sali będzie siedziała jedna osoba – musicie dać z siebie sto procent. Macie tańczyć tak, jakby to była największa sala świata”. To nas bardzo motywowało. Bo czasem wychodzisz na scenę – mało ludzi, ale trzeba z siebie dać wszystko. A po koncertach jeszcze wspólne spotkania – to też było coś pięknego.

Potem pierwsze możliwości wyjazdu do Polski – to było święto! Ja pierwszy raz w życiu pojechałam do Polski w 1987 r. Pamiętam, widzę lecącego bociana i krzyczę: „Polski bocian!”. Granicy jeszcze nie było, tylko namalowane paski na drodze. To było dla nas ogromne wzruszenie. A później przyszło zaproszenie do Warszawy. Ale najbardziej niezapomniany był Światowy Festiwal w Rzeszowie. My – „Wilia” i „Wileńszczyzna” – jako pierwsze zespoły ze Wschodu na tak wielkim wydarzeniu. Wokół nas tłumy ludzi. Wszyscy patrzyli, podziwiali. Tańczyliśmy poloneza Ogińskiego z mazurem, naszą wiliowską wizytówkę.

Modestas Taszkinas od 2016 r. uczestniczy w turniejach tańców polskich. Uzyskał tytuł instruktora tańca ludowego, jest też choreografem
| Fot. K. Gmurczyk

Modeście, czy masz też swoje wspomnienia, do których chętnie wracasz?

Modestas: Tak. Może nie wskażę jednego konkretnego wydarzenia, ale najbardziej pamiętam drogę, którą przeszedłem. Zaczynałem jako dzieciak, który totalnie nie wiedział, gdzie jest która noga. A później – dzięki pracy pani Marzeny Suchockiej – krok po kroku zdobywałem kolejne umiejętności. Najpierw młodsza grupa, potem długo oczekiwany awans do grupy reprezentacyjnej. To było ogromne przeżycie – bo naprawdę trzeba było się napracować, żeby tam się dostać. Nic nie przychodziło od razu.

Drugą kategorią wspomnień są wszystkie wyjazdy – te, o których mówiła pani Renata.

Byłem kilka razy na festiwalu w Rzeszowie, były wyjazdy na Bałkany. To były wydarzenia ogromnych rozmiarów i pięknych emocji. Ale chyba największe, najcenniejsze wspomnienia to ludzie. Przyjaźnie, które zrodziły się w „Wilii”, trwają do dziś. Z tymi osobami nadal mam kontakt i naprawdę temu najbardziej zawdzięczam to, że byłem w „Wilii”.

Mówiłeś o tej ścieżce, po której się wspinałeś – powoli, ale nieustannie do góry. No i wspiąłeś się naprawdę wysoko! W Polsce jesteś mistrzem tańca. Opowiedz o tej drodze – jak trafiłeś do Gdańska, jak zaczęła się twoja przygoda z turniejami?

Modestas: Po przeprowadzce z Wilna do Gdańska w 2015 r. zdecydowałem, że muszę kontynuować taniec. Przeprowadziłem się tam na studia i do tej pory w Gdańsku mieszkam. Znalazłem Zespół Pieśni i Tańca „Jantar” przy Uniwersytecie Gdańskim, na którym studiowałem. Zapisałem się, dostałem – i tak zaczęła się moja przygoda już w Polsce. Był nawet taki okres, kiedy jednocześnie wracałem do Wilna, by tańczyć z „Wilią”. Trochę na dwa fronty – ale dla tańca robi się różne szalone rzeczy.

W 2016 r. zaczęły się turnieje tańców polskich. W Polsce odbywa się 12–14 turniejów rocznie, prawie co miesiąc. To turnieje w formie towarzyskiej – tak jak cha-cha, samba czy rumba – tylko zamiast nich tańczymy polskie tańce narodowe. Ocena – profesjonalne jury. Od 2016 r. tańczę na turniejach z partnerką Aleksandrą. I tak skromnie mówiąc, trochę nam się udało: mistrzostwo Polski, obecnie wicemistrzostwo Polski, puchar Polski. Przez prawie 10 lat objechaliśmy całą Polskę – wzdłuż i wszerz – i wiele razy stawaliśmy na podium. W międzyczasie zrobiłem kurs instruktorski w Warszawie, w Mazowieckim Instytucie Kultury, i uzyskałem tytuł instruktora tańca ludowego. Teraz pracuję jako instruktor – przygotowuję pary do turniejów. Jestem też choreografem w zespole w Lęborku.

Mówiliśmy już trochę o przyjaźniach, o więziach. Renato, opowiedz o swojej generacji, z kim tańczyłaś, kto był zawsze obok?

Renata: Gdy byliśmy w zespole, nie mieliśmy tylu atrakcji, co współczesna młodzież. Nie mogliśmy wyjeżdżać za granicę – inna epoka; dlatego całe nasze życie kręciło się wokół zespołu. „Wilia” była naszą drugą rodziną. Trzy razy w tygodniu próby po dwie godziny – a przed koncertami dodatkowe spotkania. A oprócz tego: urodziny, imieniny, wesela, odprowadzanie chłopców do wojska i ich powroty, „tłoki” – komuś wykopać ziemniaki, komuś narąbać drewna. Cała grupa zbierała się i jechała.

Organizowaliśmy prywatki, spotkania świąteczne, sylwestra. Nie jeździliśmy samochodami – wszyscy na piechotę. Z próby do domu – razem. W zgodzie, z radością. Wszyscy byliśmy równi, wszyscy jednakowi. Ten zespół tak mocno się w nas zakorzenił, że do dziś – kiedy się spotykamy – to jest jak spotkanie z rodziną. Wiedzieliśmy o sobie wszystko – o rodzicach, o sytuacjach domowych, o trudach i radościach. Więzy były bardzo silne.

Polonez M.K. Ogińskiego, wizytówka „Wilii”. W pierwszym rzędzie Renata Dunajewska
| Fot. archiwum prywatne, opr. red.

A kto był twoim partnerem?

Renata: Początkowo nie miałam swojego stałego miejsca, bo u nas było tak, że na początku tańczyło się na zamianę. Jako taka mała dziewczyna tańczyłam, gdzie akurat była potrzeba, a później przychodzi ta ogromna chwila: ktoś ustępuje ci miejsce i wtedy masz swoje miejsce w układzie, swoje stroje, swoją walizkę. To było wielkie święto! Wtedy moim partnerem został Staszek Michalkiewicz. Ponad 10 lat tańczyliśmy razem w parze. Spotkaliśmy się w zespole, a potem ja pociągnęłam go także do radia – pracowaliśmy razem. Do dziś go ciepło wspominam – był wspaniałym partnerem.

Ja też mogę powiedzieć, że był i moim partnerem na scenie – razem prowadziliśmy wszystkie jubileusze „Wilii”, konkursy „Dziewczyna »Kuriera Wileńskiego«”, różne polskie festiwale i wydarzenia…

Renata: Staszek był bardzo twórczym człowiekiem. Oddany „Wilii”, pomysłowy, otwarty, dobry reżyser, świetny tancerz. Bardzo dobrze się z nim tańczyło.

Modeście, opowiedz o swojej generacji – o przyjaciołach. Przecież niektórzy do dziś tańczą w „Wilii”.

Modestas: Może już nie zbieraliśmy się na rąbanie drewna, bo zmieniły się czasy i sposób spędzania wolnego czasu, ale więzi były nadal bardzo silne. Bo jeśli jesteś w zespole – jesteś w jednej paczce: wspólne wyjazdy, wspólne urodziny, spotkania po próbach. Te relacje trwają do dziś.

Kiedy przyjeżdżam na chwilę do Wilna – wracam nie tylko do rodziców, ale też do przyjaciół z „Wilii”. Jeśli mam szansę – zawsze to wykorzystuję. Lubię tu przyjeżdżać. Kocham to miasto, ono zawsze będzie w moim sercu. Teraz dobrze mi się mieszka w Gdańsku – tam chcę budować swoje życie. Ale serce zawsze zostanie w Wilnie. Jeśli tylko będzie okazja – będę wracał.

Już niedługo jubileuszowy koncert. Czekacie na ten dzień?

Renata: My żyjemy „Wilią”! Weterani żyją od jubileuszu do jubileuszu. Czy nas zaproszą, czy nie – i tak my się sami zapraszamy! Poprzedni jubileusz opuściliśmy przez pandemię – więc teraz tym bardziej się cieszymy. Na scenie nadal czujemy się młodo.

Zupełnie na koniec – czym dla Was jest „Wilia”?

Renata: Wszystkim.

Modestas: „Wilia” to znajomości, przyjaźnie, podstawy, fundament. To, od czego wszystko się zaczęło. Piękna przygoda.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 47 (134) 22-28/11/2025

Afisze

Więcej od autora

Kard. Ryś po wykładzie w Wilnie: „Życzę Polakom na Litwie, aby pozostali sobą”

https://kurierwilenski.lt/2026/06/11/sprawiedliwosc-bez-milosierdzia-jest-okrucienstwem/Eminencjo, jakie przesłanie chciałby Ksiądz Kardynał przekazać naszym Polakom, mieszkającym na Wileńszczyźnie, którzy pielęgnują od pokoleń tutaj swoją wiarę, kulturę i język?Życzę im przede wszystkim, żeby pozostali sobą, żeby byli...

Sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem

Trwa VI Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia pod hasłem „Budujmy Miasto Miłosierdzia”. Do Wilna przybyły tysiące pielgrzymów, duchownych, teologów, wolontariuszy i świeckich z różnych zakątków świata. Stolica Litwy, tak silnie...