Brenda Mazur: W Święta Zmartwychwstania Pańskiego słyszymy, że trzeba świętować, że to czas radości. Warto w takim razie zapytać, dlaczego właściwie mamy się radować i jak mamy świętować?
Ks. Rajmund Jurolaitis: To jest pytanie! Myślę, że w ogóle niczego na mamy „musieć”. To jest coś, co pochodzi z wewnątrz, to jest radość wynikająca z naszego wyboru. Wybór, który nas prowadzi do radości, bo radość nie jest jakimś sentymentem, ale to jest głębokie doświadczenie wiary, doświadczenie Boga, doświadczenie tego, kim On jest. I też doświadczenie, kim ja jestem. Radość więc płynie z tej ufności w Boga, który jest, który swoją opatrznością ogarnia moje życie, moje człowieczeństwo.
Myślę, że głupio nieraz jest mówić ludziom: „masz świętować Wielkanoc”, jeśli cały rok nie jest przeżyty w obecności Boga, jeżeli nie ma konkretnych wzrostów wiary, żadnego miejsca na modlitwę, na zaprzyjaźnienie się ze Słowem Bożym, na danie też temu słowu okazji, aby mogło do nas przemawiać. Nawet to słowo niedzielne – aby powrócić do niego w tygodniu, rozważyć, co Pan chciał nam nim powiedzieć. Bo nic automatycznie nie jest w stanie nas zmienić. Choć Bóg zawsze ma do nas dojście i często jest tak, że jak grom z jasnego nieba na nas spada i coś w sercu się dzieje, to generalnie przemiana zawsze jest procesem. Zachęcam więc wszystkich, aby w tym procesie w życiu Kościoła, w życiu wiary, uczestniczyć zawsze i wtedy będą jakościowe święta.
„Wesoły nam dzień dziś nastał, którego z nas każdy żądał” – śpiewają dziś wierni w kościołach. A tej radości nie widać ani nie słychać. Przykładowo Kościół afrochrześcijański ma bardzo radosne i ekspresyjne podejście do religii. Nabożeństwa wypełnione są śpiewem, głośną modlitwą, a nawet tańcem, co tworzy atmosferę niesamowitej wspólnoty. Czy nasze podejście do Pana Boga nie jest zbyt sztywne, formalne?
Myślę, że każda kultura wyraża swoje bycie, swoje relacje, np. niektórzy przy witaniu obejmują się, całują, inni znów podają rękę. Nawet w naszych rodzinach widać, że nie ma takiej ekspresyjnej, nadmiernej czułości. A w krajach bardziej ciepłych – we Włoszech, w Hiszpanii czy w Afryce – ta bliskość jest bardzo podkreślana. I to, co jest w relacji z drugim człowiekiem, automatycznie przechodzi na relacje z Panem Bogiem. Bo relacja z Bogiem to nie jest jakaś formalność, ale wyraża się poprzez naszą relację do ludzi, do klimatu. My jesteśmy kulturowo bardziej zamknięci, co też i na pewno wpływa na naszą religijność, na nasze zaangażowanie w liturgię.
Ale ma pani dużo racji, że mało u nas jest tej radości, nie widać jej i nie słychać, bo tu dochodzi problem zrozumienia, czym jest wiara. Często oddzielamy bycie wierzącym od codzienności, że przed Bogiem musimy się zachowywać jakoś inaczej. To widać nawet na przykładzie samych księży: w liturgii staramy się zmieniać głos, mówiąc często nienaturalnie, zbyt egzaltowanie. I po ludziach widzimy również, jak odpowiadając na mszy świętej słowami np.: „Bogu niech będą dzięki” czy „I z duchem Twoim”, czynią to bardzo sztucznie, zbyt formalnie. Ja niejednokrotnie pytałem, a czy wy tak rozmawiacie w domu? Czy jeżeli rozmawiacie z człowiekiem, który wam jest bliski, nie używacie emocji? Jeśli pada „Amen”, to musi być zdecydowane „Amen!”, jeśli ksiądz mówi: „W górę serca”, powinno być z zaangażowaniem: „Wznosimy je do Pana!”. Albo podczas Komunii jest takie wspólne wezwanie: „Bo Twoje jest królestwo, potęga i chwała na wieki” – to przecież, gdyby przed nami stał jakiś król czy prezydent, to powiedzielibyśmy to bardziej emocjonalnie niż to słychać w naszym Kościele. A przecież stoimy przed Bogiem, Królem Królów, Panem Panów. A mówimy to głosem, jakby on nic nie wyrażał. Nasz głos, który włączamy do liturgii mszy, powinien być głosem naszego zaangażowania, naszego przekonania i oddania, wyznaniem naszej wiary. I emocjonalność i ciało również muszą w tym uczestniczyć. To pomaga, aby ta moja modlitwa nie stała się jakimś klepanym rytuałem, codziennością.
A wracając do radości, to i ona wynika z naszej relacji z Panem Bogiem. Boga traktujemy z egzaltowaną powagą. Bóg jest oddzielony od codzienności, a przecież, jeżeli będę Go trzymał na dystans, jeżeli nie zrobię kroku dalej w taką gorącą wiarę, to nie będzie On blisko. I właśnie tego nam często brakuje, ludzie się boją postawić krok dalej w relacji z Bogiem. On jest zawsze święty, piękny, upiększony, wykadzony, taka kapliczka obok, ale nie jako osoba w centrum mojego życia. Są ludzie, po których widać, że przeszli tę barierę strachu przed Bogiem, i rzeczywiście oddają się Mu, idą za nim, co nie wyklucza różnych trudności, zmagań grzechów itd. Ale jeśli wchodzą w tę relację z Bogiem, oni sami się przemieniają. Forma modlitwy się przemienia, ich bycie w Kościele się przemienia i powstaje dużo radości.

Ta nasza wielkanocna radość to coś więcej niż wesołkowatość życia. Pogoń za przyjemnościami nigdy nie daje nam pełnej satysfakcji, jako że wciąż szukamy czegoś więcej i więcej. I w tej pogoni często się gubimy.
W tym znaczeniu radość to nie jest wesołkowatość, bo można być radosnym nawet w ciężkiej chorobie, można być radosnym, kiedy żyjesz w kryzysie, można być radosnym, kiedy masz przeróżne trudności. Radość to nie jest tylko uśmiech na twarzy, bo jak ktoś się zawsze uśmiecha, to czas zapytać, czy z tym człowiekiem jest wszystko w porządku, bo to może być pierwszy znak jakichś problemów emocjonalnych.
Moim zdaniem radość to jest doświadczenie Boga, który jest w moim życiu, który mnie prowadzi, który mną się opiekuje, który o mnie myśli, który nawet ze złych rzeczy wyprowadza dobre. Ten, dla którego jestem ważny. Radość z tego, że ty wiesz, że On jest twoim ojcem, a ty jesteś jego dzieckiem. Radość z tego, że ty wiesz, że to życie się nie kończy. Bóg w tym, co robisz ma swój plan i daje ci pewną jakość w twoim działaniu. I jeszcze dalej: kiedy widzisz owoce twojego życia, które wynikają z tej zażyłości, tego wyboru Boga, wyboru jego miłości, to radość ta to jest taki pokój serca. Jezus mówi: „Pokój zostawiam wam, pokój mój wam daje”. To taki pokój, że burze nie są w stanie zburzyć twego domu, twojego życia.
W ten czas świąt Wielkiej Nocy ogarnia nas wiele emocji – jest wiara i radość, ale i lęki, i… nadzieje. Gdy Pana Jezusa przybijano do krzyża, to więcej w Nim było nadziei, wiary czy mimo wszystko lęków? Mówi wszak słowa, kierując wzrok ku niebu: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”.
Pewnie lęk Jezusowi towarzyszył, bo był On prawdziwym Bogiem, ale też człowiekiem. A lęk jest jakąś stałą częścią człowieczego życia. Lęk daje też taką małą iskierkę, abyśmy zaufali słowu Boga. Tak jak „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – to nie są tylko słowa człowieka w desperacji. To są słowa psalmu 22 (zachęcam wszystkich do sięgnięcia do niego!), który mówi nam, że człowiek jest samotny, opuszczony („Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu”), ale to jest też psalm wielkiego zaufania do Boga, prośba, żeby Bóg wybaczył. W tym psalmie są przepiękne słowa: „Ale i tak będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będą pośród zgromadzenia”. Właśnie ten psalm wyraża wiarę Jezusa Chrystusa, wiarę opartą na słowie, że Bóg powiedział, że będzie. I nawet pomimo tego, że Chrystus został opuszczony i że niektórzy krzyczeli jako pokusę: „Jeżeli jesteś Mesjaszem, Synem Bożym, zejdź z krzyża, to uwierzymy Tobie”. I ostatnia pokusa próby: „Dlaczego Boże Ty mi nie pomagasz, dlaczego nie przychodzisz mi z pomocą, przecież widzisz, że jestem opuszczony. A gdzie Ty jesteś?”. Lecz właśnie w tym opuszczeniu Jezus Chrystus wyznaje swoją wiarę: „I tak będę głosił Twoją chwałę”. Będę głosił, że Ty jesteś, że Ty mnie nie zostawisz, że Ty masz ostatnie słowo nad śmiercią.
Wszystkich nas zachęcam do tego, by wtedy, kiedy przychodzą trudności, wzrastać w wierze, która już nie jest oparta na emocjach, na jakichś doświadczeniach osobistych, ale na słowie. Wierzę nie dlatego, że widziałem, ale dlatego, że Bóg powiedział, że warto mu wierzyć
Święta Wielkiej Nocy są dla wierzących najważniejsze – gdyby nie Zmartwychwstanie, niebo nie byłoby dla nas otwarte. Jednak wierzących ogarnia też trwoga, bo wyobrażamy sobie tam Pana Boga smutnego, poważnego czy nawet srogiego. Zatrwożonego naszym życiem. Czy musimy się Go bać?
No właśnie, kiedy boimy się Boga, to znaczy, że jeszcze nie zrozumieliśmy świąt Wielkiej Nocy. Mówię ludziom: „Czy wiecie, co my świętujemy, dlaczego te święta są tak ważne dla nas?”. W Ewangelii według św. Jana czytamy: „Bóg tak umiłował świat, że dał Syna swego jedynego, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”. W Jezusie Chrystusie objawia się twarz kochającego Boga, objawia się plan zbawczy, więc Bóg nie przychodzi, by nas straszyć, by nam coś zabrać, lecz przychodzi, by nam dać siebie, swoje życie. On jest w stanie oddać swoje życie za nas. Jego życie jest mniej ważne niż nasze życie. Tak nas kocha, że dał się przybić do krzyża. Czy można takiego Boga się bać? Ci, którzy tak myślą, powinni się zastanowić, w jakiego Pana Boga wierzą – czy w takiego, jakiego stworzyli sobie sami na swój obraz i podobieństwo, czy w Jezusa Chrystusa. Bo to, co widzimy w Chrystusie, to samo widzimy u Pana Boga.
Papież Leon XIV mocno akcentuje potrzebę pogłębienia relacji z Panem Bogiem. Na co powinien zwrócić uwagę człowiek pragnący wejść w głębię tej relacji?
Musi chcieć. Musi zacząć od modlitwy codziennej, nie musi być długa, ale prawdziwa. W rozmowie z Bogiem nie bójmy się posiedzieć z Nim w ciszy. Nie zawsze trzeba coś czytać. Zacznijmy też od spowiedzi, od rozmowy z księdzem, czy jakimś innym człowiekiem wierzącym. I wejdźmy do jakiejś wspólnoty, bo samemu jest bardzo trudno wierzyć. Wiara dziś jest tak rozumiana w chrześcijaństwie – ja i mój Pan Bóg. Nic bardziej mylnego! Chrześcijaństwo to nie jest wiara samotników, ale wiara we wspólnocie. I tu jest problem. U nas de facto w tych wiarach parafialnych nie ma wspólnoty, która jest świadoma swojej misji, swojego posłania, swojej odpowiedzialności, tego, że chcemy razem głosić Pana, razem się modlić, razem się spotykać na słuchaniu Słowa Bożego. Tak więc po pierwsze – rozmowa. Porządna rozmowa może doprowadzić do porządnej spowiedzi. A Eucharystia niechaj będzie fundamentem wspólnoty wiary.
Przyzwyczailiśmy się rozmawiać w sposób bardzo poważny. Jak tylko pomyślimy o modlitwie, od razu twarz układa się w podkowę, przyjmujemy żałosny wyraz twarzy i „zamęczamy” Pana Boga naszymi prośbami. Jak winniśmy z Nim rozmawiać?
Postawa w modlitwie jest czasami też ważna, bo ona pokazuje naszą duszę, nasze wnętrze. Może to być modlitwa wręcz żałosna, kiedy ta modlitwa wypływa ze skruchy, kiedy przychodzisz z jakiegoś byle jakiego życia i padasz na kolana i wyznajesz swoją słabość przed Bogiem. I być może w tej modlitwie, z tą twarzą posępną i zalaną łzami doświadczasz rzeczy, że jesteś tylko stworzeniem, przestajesz udawać króla tego świata. Przestajesz grać Pana Boga i oddajesz Jemu panowanie nad twoim życiem. Ale też są modlitwy radości i muszą takie być, np. modlitwa tańca – można włączyć sobie muzykę i tańcem wielbić Boga, tak jak król Dawid kiedyś tańczył. Można śpiewem. Nieraz może to być modlitwa dziecka, gdzie wystarczy tylko Tato (ja się często tak modlę, powtarzając: Abba Ojcze). Modlitwa nie powinna być oddzielona od naszego serca.
W modlitwie ważne jest nie tyle rozmawianie (bo Pan Bóg wie, czego chcemy), ale słuchanie…
Gdy słuchamy słowa Bożego czy gdy czytamy Biblię, to miejscami staje się ona niewygodna i trudna. Często treści nas przerażają. Jak przeciętny człowiek ma ją zrozumieć?
Słuchać to znaczy być otwartym, być sobą, niech serce przemawia. I trzeba pamiętać, że modlitwa nie jest po to, aby Pana Boga o czymś przekonywać. To jest spotkanie, gdzie ja jeszcze bardziej ufam, bo modlitwa powinna prowadzić do zaufania. Jeśli modlitwa jest tylko proszeniem, to znaczy, że jeszcze nie rozumiemy, kim jest Pan Bóg. Katolicy muszą powracać do Słowa Bożego, nauczyć się je medytować, rozważać. A czy czytając Biblię, wszystko musimy rozumieć? Biblia to jest skarbiec, który się nie kończy. Trzeba tylko zacząć czytać, przyzwyczaić się i za każdym razem, gdy czytamy, coś istotnego nam się rozjaśnia. Pięknie też mówią wszyscy święci, że Biblia przystosowuje się do słuchającego czy czytającego, ona rośnie wraz z człowiekiem. Dużo rzeczy jest być może niezrozumiałych, ale też dużo jest o tym, jak przebaczać (siedemdziesiąt siedem razy), że musimy służyć, że musimy zaufać Bogu, że trzeba Go kochać.

I te święta przypominają nam, że nigdy nie jest za późno, aby odkryć Bożą miłość.
Nigdy nie jest za późno odkryć Bożą miłość, ale jutro może być za późno! Nie jest za późno dzisiaj, bo jutra może nie być. Wczoraj już przeminęło, ale jak skorzystasz z dzisiaj?
Jak wielkanocne posłanie wnieść do codzienności?
Tak naprawdę to święto Wielkanocy, Paschy my przeżywamy codziennie na Eucharystii, jest włączone w naszą świadomość wiary, naszą teologię. Chrystus Pan Zbawca, który jest żywy i prawdziwy, który pokonał śmierć – do tego samego i nas zaprasza. I jeszcze się powtórzę. Należy wejść w wiarę całym sobą, by Bóg stał się naszym powietrzem, naszym sercem.
Jak Ksiądz znajduje wytchnienie po świątecznych obowiązkach kapłańskich?
Trzeba się dobrze wyspać [śmiech], choć nie zawsze się udaje. Trochę spacerów i trochę ciszy od wszystkiego. Dobrze jest zwyczajnie pobyć przed Najświętszym Sakramentem z godzinkę, dwie. A zmęczenie? I tak wychodzi, i to jest normalne, bo świadczy o tym, że człowiek działa, coś robi.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 13 (37) 04- 10/04/2026







