5
Dwudziestolecie Klubu Włóczęgów Wileńskich

image-10769

Tak, jak kiedyś pod przewodnictwem Wacława Korabiewicza, z okazji dwudziestolecia odrodzenia Klubu Włóczędzy przechodzili przez drogę gęsiego Fot. Paweł Stefanowicz

Klub Włóczęgów Wileńskich, powstały w 1990 roku na Uniwersytecie Wileńskim (wówczas jeszcze jako Akademicki Klub Włóczęgów Wileńskich) ostatniego dnia najkrótszego miesiąca roku obchodził dwudziestą rocznicę swego powstania.

Obchody rozpoczęły się w południe, kiedy to wesołe towarzystwo Włóczęgów wyruszyło od swej siedziby przy ulicy Zawalnej 45/2 w kierunku Uniwersytetu Wileńskiego, trzymając się Sznurka Jedności, będącego jedną z klubowych relikwii, który — podobnie jak Laga, do której Sznurek jest przywiązany, i sztandar klubowy — pochodzi jeszcze od Włóczęgów międzywojennych.

— Pomysł narodził się jeszcze w międzywojennym Klubie Włóczęgów. Wówczas kanapki pakowano w papier, przewiązywano sznurkiem. Podczas jednej z wypraw ktoś podał ideę, żeby wszystkie sznurki związać w jeden. No, a później powstała nazwa „Sznurek Jedności” — tłumaczył podczas pierwszego przystanku, przy fontannie na ulicy Niemieckiej, wyga (prezes — przyp. aut.) Klubu, Rusłan Kostiukow. — W czasach międzywojennych Włóczędzy, na czele z Wacławem Korabiewiczem, robili różne dowcipy. Zatrzymali kiedyś karetę mera Wilna i, trzymając się za sznurek, przeszli gęsiego między koniem a pojazdem.

Następnie, zatrzymując się jeszcze na Placu Katedralnym, gdzie międzywojenni Włóczędzy urządzili kiedyś „zabicie smoka” — ceremonię pozbycia się kompleksów, w której udział brał zbudowany przez studentów chemii Uniwersytetu Stefana Batorego prawdziwy smok ziejący ogniem, pochód doszedł do swego celu — na Uniwersytet Wileński.
Władze Uniwersytetu nie zezwoliły na obchody na dziedzińcu ze względu na prace remontowe, co zupełnie nie przeszkodziło w dobrej zabawie — Włóczędzy i ich sympatycy odśpiewali „Kurdesza” i zrobili wspólne zdjęcie na uniwersyteckim parkingu pod oknami Pałacu Prezydenta.

image-10770

Uroczysty przemarsz zakończył się przy Uniwersytecie Wileńskim — mateczniku organizacji Fot. Paweł Stefanowicz

— Ta laga, to miejsce, Uniwersytet Wileński — łączą tradycje filomatów, filaretów i Włóczęgów wileńskich — w swym przemówieniu powiedział Waldemar Szełkowski, aktywny działacz Klubu Włóczęgów i autor książki o jego historii. Przez Klub w okresie międzywojennym przewinęli się, między innymi, Czesław Miłosz, Teodor Bujnicki, Wacław Korabiewicz, a Klub reaktywowany w roku 1990 także dał Wileńszczyźnie wielu nauczycieli, przedsiębiorców i działaczy społecznych.

Po zakończeniu przemarszu ulicami miasta, uczestnicy udali się do Kaplicy Ostrobramskiej, gdzie mszę w intencji Klubu Włóczęgów Wileńskich celebrował ks. Marek Bogdanowicz.

Klub Włóczęgów Wileńskich, liczący obecnie około 40 członków, co roku organizuje wielką wyprawę zagraniczną (w roku 2009 celem podróży była Gruzja, a relację autorstwa Waldemara Szełkowskiego można było przeczytać w „Kurierze”), ale też mnóstwo mniejszych wypraw po okolicach bliższych i dalszych.

Jak wyjawił wyga Rusłan Kostiukow, w tym roku Klub ma zamiar zorganizować wyprawę rowerową do Grunwaldu mniej uczęszczanymi szlakami. W planach jest także „Skrzynia Kapitana Morgana” — kilkudniowa gra terenowa w stylu wileńskich włóczęgów, mająca dla uczestników być wyprawą w nieznane. Nie obchodzi się też bez marzeń. Włóczędzy chcieliby kiedyś zorganizować coś równie wielkiego, jak spływ kajakiem do Stambułu Wacława Korabiewicza.

— Chcielibyśmy także zebrać aktywną młodzież i działać na większą skalę. Międzywojenny Klub Włóczęgów Wileńskich działał w całym Wilnie, organizował takie rzeczy, jak karnawał na Starówce, a zdobyte w ten sposób fundusze przeznaczał, na przykład, na zakup kajaków — powiedział Rusłan Kostiukow.

Obchody tego dnia zamknęła uroczystość w Domu Kultury Polskiej przy ulicy Nowogródzkiej. Dostanie się na nią nie było jednak łatwe, gdyż uczestnicy musieli pokonać zaimprowizowany na korytarzach Domu tor przeszkód we włóczęgowskim stylu — z dymem, ciemnością i wspinaczką na linie. W końcu jednak wszyscy dotarli tą trasą z szatni do urządzonej po włóczęgowsku (pieńki zamiast krzeseł, namioty, śpiwory i kajaki, a także prawdziwa łaźnia polowa) dużej sali, w której czekał ich przygotowany przez Włóczęgów poczęstunek (z tradycyjnym dla Klubu mlekiem) i gala wręczenia tytułów honorowych członkom Klubu.
Tytuł „Włóczęga akrobata” otrzymał Michał Szełkowski. „Włóczęgą niczego sobie” został Marek Kubiak. A nagrodę „Włóczęga mięsień” zdobył Michał Kleczkowski, odrodziciel Klubu z 1990 roku i pierwszy jego prezes, który niestety nie mógł wziąć udziału w obchodach — pod jego nieobecność nagrodę odebrała jego żona. Zdobywcą nagrody „Włóczęga, a czas” został Władysław Borys, z którym czas obszedł się wyjątkowo łaskawie.

— To żona mnie podpowiedziała, dlaczego nie zmieniłem się w ciągu tylu lat — to naprawdę dzięki niej. Zostałem taki sam. Ale na pewno zmiany zaszły i to właśnie dzięki Klubowi — zewnętrznie może nie zmieniłem się, ale wewnętrznie zaszły spore zmiany. Stałem się lepszy — powiedział Władysław, odbierając nagrodę.

Nagrodę „Włóczęga łakomczuch” otrzymał Władysław Wojnicz, a „Włóczęgą karierowiczem” został Artur Ludkowski, dyrektor DKP w Wilnie. Tytułem „Włóczęgi intelektualisty” został z kolei nagrodzony Andrzej Kierulis, a jako „Włóczęga leniuch” nagrodzony został Walerian Chwojnicki.

Byli prezesi dostali od Klubu upominki, a całą imprezę co i rusz przeplatały występy Włóczęgów — raz brzmiały znane i lubiane piosenki „ogniskowe”, przerobione na włóczęgowską modłę, ale miłośnicy rocka i punku też mogli znaleźć coś dla siebie. Jak wyjawił wyga Rusłan, Klub Włóczęgów chce utworzyć Kapelę Włóczęgów Wileńskich.

Część uroczysta zakończyła się późnym wieczorem, lecz podniosły nastrój nie opuścił Włóczęgów — niewielu od razu z DKP wybrało się do domów i ciepłych łóżek, jakże kuszących po trudach przygotowywania obchodów, które na długo zapadną w pamięć uczestników. Część zaś „noworodków” (Włóczęgów przed „chrztem” — przyp. autor) wybrała się do parku, by stojąc na krze pokarmić kaczki. Po włóczęgowsku.

5 odpowiedzi to Dwudziestolecie Klubu Włóczęgów Wileńskich

  1. krzysztof mówi:

    Panie Rajmundzie ! Ciekawy artykuł, fajnie napisany. Muszę jednak sprostować jedną informację. Otóż w Polsce (zarówno przedwojennej jak i dzisiejszej)byli ( i są ) prezydenci miast ( tych większych, bo mniejszych burmistrzowie). W związku z tym wileńcy włóczędzy nie mogli zatrzymać karety mera Wilna. Mogli zatrzymać karetę (właściwie powóz) prezydenta Wilna.

  2. józef III mówi:

    W r.1997 O. Wrocławski „Wspólnoty Polskiej” wydał tomik Aleksandra Srebrakowskiego pt. ‚Wileńscy „Włóczędzy”‚ss. 62, fotografie. Tomik był dodatkiem do ciekawej wystawy o tym samym tytule.

  3. puls mówi:

    do Krzysztofa

    A ja uwazam, ze informacje musza byc podawane tak, by lokalny czytelnik zrozumial o co chodzi.Na Litwie sa MEROWIE duzych (na skale LItwy) miast i STAROSTOWIE malych.
    Wiec my (w kazdym badz razie ja rozumiem) rozumiemy.
    Ale owszem,- Pana uwaga jest sluszna.

  4. Ola mówi:

    Cieszy fakt, ze Polacy na Litwie potrafia bawic sie, czerpac radosc z obcowania, cieszyc sie bez wzgledu na sytuacje polityczna, ekonomiczna etc. Zwlaszcza inteligencja ma w tym swoj udzial, bo od zawsze na niej spoczywa odpowiedzialnosc za los narodu.Wloczedzy Wilna wykazali sie znakomicie.Brawo!

  5. emeryci mówi:

    coraz wiecej nas…:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.