5
Wilnianie swoimi siłami porządkują makabrę na Cmentarzu Bernardyńskim

Groby były powyciągane z krypt, wokół wszystko było zniszczone Fot. Donatas Žvirblis
image-61790

Groby były powyciągane z krypt, wokół wszystko było zniszczone Fot. Donatas Žvirblis

Cmentarz Bernardyński w Wilnie woła o pomoc. Jak się okazało, główna cmentarna kaplica od wielu lat jest miejscem działań wandali, którzy notorycznie dokonują w niej kolejnych zniszczeń. Kierownictwo cmentarza oraz pracownicy samorządu problem ten od siebie odsuwają. O nekropolię, będącą świadectwem kilkusetletniej polskiej obecności na Wileńszczyźnie, postanowili zatroszczyć się sami wilnianie.

Po naszej ostatniej publikacji o zdewastowaniu Głównej Kaplicy na Cmentarzu Bernardyńskim, otrzymaliśmy liczne telefony od Czytelników. Twierdzą, że problem wandalizmu na zabytkowej nekropolii jest o wiele starszy i poważniejszy niż można byłoby przypuszczać.
— Na kaplicę natrafiłem całkiem przypadkowo. Uczestniczyłem w wycieczce po cmentarzu, to był chyba lipiec lub sierpień. Moją uwagę zwróciła dziura w ścianie kaplicy, byłem tym bardzo zaskoczony. Postanowiłem tam wejść. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, co się działo w środku. Szczątki zwłok były wyciągnięte z trumien, zdewastowane krypty, góry śmieci, połamane krzyże! Taki makabryczny widok w Głównej Kaplicy na Cmentarzu Bernardyńskim ujrzałem… — powiedział „Kurierowi” Donatas Žvirblis, zapalony fotograf i pasjonat historii.

Tego bestialstwa dopuścili się prawdopodobnie złodzieje, którzy plądrowali groby za czasów radzieckich. Wtedy możliwie cmentarne hieny zrywały z nieboszczyków biżuterię i wybijały złote zęby. Barbarzyństwa dokonano przed mniej więcej 30 laty. O tym mówią tam znalezione rzeczy.
— W kapliczce leżały rozrzucone czaszki, szkielety ludzi, zwierząt. Strasznie było zrobić krok, żeby nie nadepnąć na szkielet… Groby były powyciągane z krypt, wokół góry śmieci. Leżały tam stare opony, butelki po alkoholu z czasów sowieckich, puste puszki po konserwach, stosy łachmanów. Czego tam tylko nie było! Nie mogłem tego tak zostawić, postanowiłem tym się zająć — dodał zapalony fotograf i pasjonat historii.
Jak powiedział, nie może zrozumieć, dlaczego zabytkowe miejsce zostało tak zbezczeszczone i pozostawione otwarte.

— Dzisiaj tam już na pewno nikt nie szuka skarbów. Trudno powiedzieć, ilu ludzi tam już było i jaka szkoda została wyrządzona historii. Przecież jest bardzo dużo różnych ludzi. Nie wszyscy tam przychodzili, żeby tylko obejrzeć. Na pewno byli i tacy, którzy z ciekawości lub dla głupiej zabawy niszczyli zabytek — powiedział Donatas Žvirblis.
Postanowił zająć się tą sprawą, ale chciał wszystko zrobić zgodnie z prawem. Tego samego wieczoru zadzwonił do administracji „Aketonas”, która jest odpowiedzialna za Cmentarz Bernardyński. Tam nic mu się nie udało załatwić. Najzwyczajniej administratorka zrzuciła z siebie odpowiedzialność. Następnie udał się do stołecznego samorządu, gdyż Cmentarz Bernardyński jest spuścizną kulturalną. Tam też nic nie udało się załatwić. Ostatnią nadzieją był Departament Spuścizny Kulturalnej.

— W departamencie uważnie wysłuchano mnie, ale trudno było im zrozumieć, dlaczego osoba z ulicy chce sprzątnąć kaplicę. Po tygodniu otrzymałem pisemne pozwolenie na wyniesienie śmieci, ale pod warunkiem, że będzie współpraca z archeologami. Następnie ponownie udałem się do samorządu, tam też po kolejnym tygodniu czekania otrzymałem pisemne pozwolenie na sprzątanie i zamurowanie dziury w ścianie — powiedział.
W czasie prac na Cmentarzu Bernardyńskim w Głównej Kaplicy pracom przewodniczyła archeolog Justina Kazakaitė z Uniwersytetu Wileńskiego ze studentkami archeologii.

— Wszystko robiliśmy zgodnie z umową. Od razu zaczęliśmy oczywiście od śmieci. Nie pamiętam już, ile ogromnych worków tego było. Do pomocy przyszli znajomi, którzy bardzo pomogli. Następnie zaczęliśmy zbierać szczątki kości, tym zajmowała się archeolog z kolegami po fachu. Rozpoznawali, czyje to są szczątki i układali je do krypt. Sprzątaliśmy tylko z wierzchu, nic nie kopaliśmy — powiedział Donatas Žvirblis.

W kaplicy leżały stare opony, butelki po alkoholu z czasów sowieckich, puste puszki po konserwach, stosy łachmanów Fot. Donatas Žvirblis
image-61791

W kaplicy leżały stare opony, butelki po alkoholu z czasów sowieckich, puste puszki po konserwach, stosy łachmanów Fot. Donatas Žvirblis

Żadna instytucja rządowa, do których zwracał się Donatas Žvirblis z prośbą o pozwolenie na sprzątanie i zamurowanie dziury, nie tylko nie udzieliła, ale nawet nie zaproponowała jakąkolwiek pomoc materialną. Wszystko robił własnym kosztem i siłami oraz z pomocą swoich znajomych.
— Niektórzy myślą, dlaczego i po co to robiłem? Na to pytanie jest trudno odpowiedzieć. Przede wszystkim chciałem to zrobić dla historii, dla przyszłych pokoleń. Moim zdaniem każdy obywatel powinien tak postąpić. Przecież to jest zabytek, o który trzeba zadbać! Nie rozumiem, dlaczego władza pozwoliła, żeby zabytkowa nekropolia była w takim stanie. To skandal! Niestety, nie udało się wyjaśnić, kto za to odpowiada. Samorząd miasta Wilna mówi, że administracja odpowiada za porządek, z kolei ta twierdzi, że samorząd — powiedział wilnianin.
Donatas został poinformowany, że obecnie jest przygotowywany projekt na odbudowę kapliczki. Ale kiedy on zostanie zrealizowany, albo przynajmniej rozpoczęty, tego nikt nie wie.

— Udało się posprzątać, poukładać szczątki zmarłych na miejsce. Uważam, że zrobiliśmy wszystko co mogliśmy. Pozostało zamurować dziurę, żeby nikt już tam nie łaził. Nie udało się nam tego zrobić, gdyż wyjechałem z misją „Sibiras” — wyjaśnił Donatas.
Jak mówi, zamurowanie tej dziury zajmie zaledwie kilka godzin, a kosztować to będzie około 30 litów. Jest bardzo zajętą osobą, ale w dzisiejszych czasach wszyscy ludzie są zabiegani. Zdarza się, że nie ma nawet kilku wolnych chwil. Dlatego wyłom w kaplicy jest jeszcze nie zamurowany, ale postara się to zrobić już wkrótce, gdy znajdzie tylko na to czas. Jak mówi, smutek ogarnia widząc jak niszczeje historia. Niestety, ani administracja, ani samorząd nie chcą na siebie wziąć tej odpowiedzialności. Osobiście uważa, że te dwie instytucje powinny być bliżej siebie i wreszcie zacząć rozmawiać i coś robić, bo inaczej smutno się skończy.

— My to wszystko robimy z dobrej woli, nie jesteśmy żadną organizacją, nie jesteśmy też zobowiązani, ani nie mamy określonej daty, do kiedy musimy wszystko zrobić. Niestety ci, którzy są zobowiązani, tego nie robią. Moim zdaniem, to co my robimy jest naturalne. Każdy człowiek, który zobaczy rzucony papierek, powinien go podnieść. To samo jest z kaplicą. To jest zwyczajny ludzki instynkt — zauważył Donatas.
Nasz rozmówca jest osobą, która długo nie może usiedzieć w jednym miejscu, potrzebuje ciągle szukać coś nowego, podróżować.
— Kocham historię. To dziwne, bo w szkole nie należała do moich ulubionych przedmiotów. Ja muszę ją czuć, dotknąć, zobaczyć, a nie przeczytać z książek. Najbardziej lubię odwiedzać stare, opuszczone, zanikające już obiekty. Ciekawi mnie to, co było kiedyś — podkreślił.
Studiował na wileńskim VGTU informatykę, ale bardzo szybko zrozumiał, że to nie jest dla niego. Następnie zaczął studiować projektowanie graficzne, obecnie pracuje w tej branży.

— Historia, odwiedzanie starych zapuszczonych obiektów nie tylko w kraju, ale i za granicą oraz fotografie — to moje hobby. Wszystko, co odkryłem w kraju i za granicą, mam opisane i uwiecznione na zdjęciach, to wszystko zamieszczam na własnym portalu www.niekonaujo.lt. Tam można naprawdę dowiedzieć się i zobaczyć wiele bardzo ciekawych, a może nawet nigdzie niewidzianych rzeczy — powiedział Donatas Žvirblis.
Podczas prac na Cmentarzu Bernardyńskim czynny udział brał także wilnianin Dariusz Malinowski.
— O tym wszystkim dowiedziałem się od kolegi. Najpierw nie mogłem w to uwierzyć, nie mieściło mi się w głowie, jak można w taki sposób zbezcześcić zwłoki?! I dlaczego władza nie reaguje na to. Gdy Donatas opowiedział mi o swoich planach, od razu postanowiłem mu w tym pomóc — powiedział „Kurierowi” Dariusz Malinowski.

Po wyjeździe Donatasa zamurowaniem wejścia właśnie miał się zająć Darek.
— Z tego samego powodu co i koledze nie udało mi się tego zrobić. Najzwyczajniej brakuje na wszystko czasu, ale jak już mówił Donatas, to, co zaczęliśmy robić, postaramy się zrobić do końca w najbliższym czasie. Mamy na to wszystkie pisemne pozwolenia, siły roboczej nie brakuje no i 30 litów też znajdziemy — powiedział Dariusz.

Tymczasem przedstawiciele spółki „Aketonas”, w której gestii jest Cmentarz Bernardyński, twierdzi, że oni są odpowiedzialni tylko za uporządkowanie terenu cmentarza. Natomiast kaplice są zabytkami i to, co tam się dzieje, już nie należy do ich kompetencji.
— Pamiętam, że zgłaszał się mężczyzna z prośbą o pozwolenie na sprzątanie tej kaplicy. Dałam mu namiary do Departamentu Spuścizny Kulturalnej, bo to właśnie jest w ich kompetencji. Do nas należy sprzątanie terytorium, a co dotyczy kaplic, musi być specjalny projekt, pozwolenie, żebyśmy mogli coś zacząć robić z budynkami. Dopóki nie mamy żadnych wskazówek, nie możemy nic zrobić, gdyż to jest spuścizna kulturalna — powiedziała „Kurierowi” Nijolė Minasianienė, administratorka cmentarzy na Rossie i Bernardyńskim, przedstawicielka spółki „Aketonas”.

Natomiast dyrektorka spółki „Aketonas” Valia Šakalienė twierdzi, że to właśnie ich spółka sprzątała Główną Kaplicę na Cmentarzu Bernardyńskim, ale niestety nie pamięta dokładnej daty, kiedy to było robione.
— To, co należy do nas, robimy wszystko. Terytorium jest sprzątnięte. Natomiast wszystkie budynki znajdujące się na terytorium cmentarza, to są już zupełnie inne obiekty, które nie należą do naszej gestii. Ale co roku sprzątamy wnętrze którejś kaplicy znajdującej się na terytorium cmentarza. Zazwyczaj do nas zwracają się, albo samodzielnie wybieramy, którą kaplicę sprzątnąć — powiedziała „Kurierowi” Valia Šakalienė.

Jak mówi, każda nawet najmniejsza praca, potrzebuje funduszy, a spółka „Aketonas” nie jest instytucją charytatywną.
— Wszystkie prace wykonujemy na zlecenia i usługi świadczymy według cennika. Ale raz do roku wybieramy jeden budynek, który sprzątamy własnym kosztem. Właśnie wtedy i była sprzątana Główna Kaplica na Cmentarzu Bernardyńskim, ale jeszcze raz mówię — nie pamiętam dokładnej daty, musiałabym przejrzeć dokumenty — powiedziała dyrektorka.
Zaznaczyła też, że kłódka, która była złamana na początku listopada na kratach do wejścia kaplicy, od razu została naprawiona.
— Gdy tylko zostaliśmy powiadomieni o zerwanej kłódce, natychmiast majster ją naprawił. Załatać dziurę w ścianie bez pozwolenia nie możemy, ponieważ to jest zabytek kulturalny. Aby uzyskać pozwolenie, należy  na to poświęcić sporo czasu, to ogromna biurokracja — powiedziała Valia Šakalienė.

5 odpowiedzi to Wilnianie swoimi siłami porządkują makabrę na Cmentarzu Bernardyńskim

  1. schlange mówi:

    dobrze, że są wśród nas ludzie o złotych sercach, tacy ludzie jak Pan Donatas i Pan Dariusz.

  2. Jurgis mówi:

    Sprawą zabezpieczenia i konserwacji Cmentarza Bernardyńskiego koniecznie powinien być zainteresowany Ambasador RP w Wilnie oraz Ministerstwo Kultury w Warszawie.Są tu dwie strony tej żenującej sytuacji: po pierwsze bezczeszczenie zwłok i wandalizm złodziei,po drugie niszczenie pamiątek kultury. Sam Cmentarz jest unikalnym monumentem polskiej kultury sakralnej [z pochowanymi tu luminarzami kultury – profesorami Uniwersytetu Stefana Batorego],ze szczególnie pięknym miejscem usytuowania na Zarzeczu nad Wilenką.

  3. Piast 1000 mówi:

    Lietuva nie dba o Wilno.

  4. Lubomir mówi:

    Litwini nic nie dbają o swoją reputację. Nie przeszkadza im najwidoczniej jak inni nazywają ich ‘wandalami’, ‘barbrzyńcami’, ‘dzikusami’, ‘rasistami’, ‘szowinistami’, ‘terrorystami’, ‘ekstremistami’ czy ‘ultrasami’. A przecież w przeszłości Litwa była kolebką i twierdzą – twórców, krzewicieli i obrońców kultury. Czyżby rozbiory, germanizacja i sowietyzacja spowodowały takie spustoszenie i zezwierzęcenie w wychowaniu Litwinów?. Pewnie tak. Przecież w tych tragicznych okresach zamykano uniwersytety i likwidowano szkoły, wmawiając Litwinom, że analfabytyzm to znakomita forma wolności, to odrzucenie zniewolenia nauką.

Leave a Reply

Your email address will not be published.