1
„Tu nie rosną mango, kiwi” – ukazał się tomik wierszy Jana Rożanowskiego

 

Człowiek musi siebie realizować, każdy robi to na swój własny sposób Fot. Marian Paluszkiewicz

„Śpiewnie zaciągam od urodzenia/ wilniuków wada wymowy taka/ poprawny polski znam i doceniam/ tylko że gwarą milej się gada…” – wyznaje Jan Rożanowski w jednym ze swych utworów. Jego żartobliwe wiersze, pisane w wileńskiej gwarze a zamieszczane w internecie, zyskały mu tysięczne rzesze wielbicieli na Facebooku.

Po tym, jak bardziej natarczywi czytelnicy zaczęli coraz mocniej domagać się publikacji wierszy nie w necie, lecz wydanych na papierze, zrządzeniem losu otrzymał propozycję znajomego drukarza, który namówił go do wydania tomiku. Pierwszy, próbny i unikatowy nakład w liczbie dziesięciu (sic!) egzemplarzy zniknął błyskawicznie, więc wynikła znowu paląca potrzeba wznowienia nakładu.

Skąd pomysł na tytuł książki? Jak mówi autor, miał z tym dylemat, częściowo chciał skłonić czytelnika do stawiania pytań i szukania odpowiedzi w książeczce.

– W każdym tytule jest głębsze dno, myślę, że każdy czytelnik odnajdzie swoje własne odpowiedzi – mówi Jan Rożanowski.

„Tu nie rosną mango, kiwi” przeplatają mi się dziwnie z Adamowym wyznaniem, iż woli deptać litewskie trzęsawice niż „rubinowe morwy, złote ananasy”. „Nam swój las bardziej zielony/ i mokrzejszy własny strumień…/ Że lubimy swoje strony,/ może kiedyś ktoś zrozumie” – wyznaje Jan.

Pisze wiersze, odkąd pamięta. Pierwsze próby poetyckie miał za sobą już w szkole początkowej w Tietiańcach w rejonie solecznickim. Tamte wiersze z „przedlodowcowej” epoki wędrowały do szuflady, kilka z nich zostało później opublikowanych w „Magazynie Wileńskim”. Potem były studia w szkole politechnicznej w Wilnie, która poza solidnym kształceniem zawodowym dawała również głębszą znajomość literatury. Miało to swój sens w przypadku młodych, niezdecydowanych ludzi, szukających jeszcze swej drogi życiowej. Potem trochę pracował w zawodzie, w Polsce, również w Wilnie. Przez całą młodość próbował uciekać z domu jak najdalej, ale stale powracał. Za te powroty dziś dziękuje losowi. Obecnie nie może już opuścić swego domu w Miżanach z racji na chorą mamę, która jest w starszym wieku i z powodu przerwanego stażu (musiała odchować 4 dzieci) otrzymuje mizerną emeryturę.

„Wierszoholik”, „grafomania” – pisze o sobie i swojej twórczości.

– Bo tak jest – śmieje się. – Pisanie wierszy kojarzy mi się z takim wybrykiem, przekorą. Nie jest to jakaś poważna poezja, która miałaby jakieś określone cele, dla mnie jest to przede wszystkim taka zabawa. Dobrze, jeżeli się przy tym bawi również czytelnik – mówi. Nawet nagrodę przyznaną mu za

III miejsce w konkursie poetyckim polsko-amerykańskiej Akademii Poetów uznaje za żart.

– To jest tak, że ja lubię sobie pożartować, pewnie akademia też sobie lubi pożartować – tłumaczy.

W najnowszym tomiku znalazł się wiersz „Kresowa mowa”, „O Marszałku na wesoło”, „Oda do cepelinów”, wiersz o kresowej „Bani” czy o litewskim czarnym „Chlebie powszednim”, ale też utwór poświęcony niejakiej „Miss ryneczku Ejszyszek”. Również poważniejsze tematy, poruszone m.in. w wierszach „Kresy”, „Być Wilniukiem”, „Do Wilna wchodzim Ostrą Bramą” zostały ujęte lekko i żartobliwie.

Nie lubi mocnych wykrzykników, unika patosu, pięknie brzmiące słowa są dla niego zbyt górnolotne („Uczuć do kraju, nacji, języka/ nie mam zwyczaju w hasła zamykać”). Woli swojskie, bliskie wyrazy, zabarwione gwarą wileńską, pisze, jak widzi i czuje.

Wena, inspiracje? To różnie.

– Człowiek musi siebie realizować, każdy robi to na swój własny sposób. Nie każdy ma możliwość osiągania szczytów, ale każdy chciałby zostawić swój ślad, coś powiedzieć („Zostawiamy wszyscy ślad/ mały… duży… z płaskostopiem…”). Ludzie różnie odbierają te zabawy wierszem, nieraz pojawiają się również komentarze negatywne. Moje wiersze wywołują różne emocje, a gdzie są emocje, to znaczy, że coś w tym jest – tłumaczy.

Jak przychodzą wiersze?

– Coś musi mnie poruszyć, dotknąć, coś, z czym się nie zgadzam. Dotyka mnie ciągle, choć staram się nie ujawniać uczuć. Bardzo mnie boli nawet nie wyludnianie, lecz – wymieranie – Wileńszczyzny. Młodzież wyjeżdża, skala tego zjawiska jest przerażająca. Wyludniają się całe wsie, widok to raczej ponury, ale staram się to przekazać czytelnikowi tak, żeby nie szokować, a raczej nakłonić może kogoś do pozytywnych działań – mówi.

Trzeba po prostu powracać do miejsc, z których się pochodzi – mówi poeta Fot. Marian Paluszkiewicz

W sposób lekki i z pewnym dystansem mówi o rzeczach trudnych. „ Wszystkom zrobił śmiechu wartym/ żal, tęsknotę, gniew i miłość” – pisze w wierszu „Podwileński wierszoholik”.

Żal mu zaprzepaszczanych szans na szersze rozwijanie agroturystyki – takiej, jak mówi, naturalnej, agro i turystyki. Żal pejzażu nad Wersoką, także innych, prawdziwych, widoków, których turysta nie zobaczyłby z hotelowego okna. Żal ziemi, niszczonej przez agresywne, nastawione na biznes, rolnictwo.

Jak mówi, zachowało się jeszcze sporo rolników „dinozaurów”, którzy chcą uprawiać rolę w sposób naturalny, nieszkodliwy dla przyrody.

– Poznałem sporo takich pozytywnie zakręconych rolników w Polsce, którzy sobie dobrze radzą i nie uciekają na Zachód. Dzisiaj rolnictwo jest nastawione na biznes i wyciskanie pieniędzy za wszelką cenę, nie zawsze uczciwą, bo zatruwa się ziemię 15 razy do roku. Serce boli, prawdziwy rolnik tak by nie zrobił – mówi.

W jednym z wierszy pojawiają się dwaj stratedzy z dziedziny gospodarki – premier Morawiecki i podmiot liryczny: „W Polsce autostrady, kolej/ załatwiwszy władza nowa./ Ja na swojej drodze w dole/ jamy żwirem wyrównował./ (…) Produkuje się poniekąd / w Polsce wszystko, co chce człowiek/ A i u mnie jajka, mleko,/ obrodziwszy mocno owies…”.

Podborze, Miżany, Ejszyszki – w wierszach Jana pojawiają się częste odniesienia do tych miejscowości. „Szumią drzewa pochylone/ tak, że aż za serce wzięło./ Przez to miasto po koronę/ jechał niegdyś kniaź Jagiełło” – pisze w wierszu „Ejszyszki”. Fragment historii utrwalił w wierszu „Królewska droga”: „Jak już ochrzczono na Litwie pogan,/ szła przez Podborze Królewska droga/ i przez Ejszyszki koło Majaku/ Łączyła ona Wilno i Kraków”.

– Wszystko dokładnie się zamyka w określeniu „mała ojczyzna”. To takie miejsce, w którym wszystko się zaczęło, z którego próbowałem uciekać, ale zawsze z wielką radością powracałem. Tu jest wszystko najważniejsze. Tu pojawiły się pierwsze marzenia, skojarzenia. Często ludzie uciekają daleko, potem piszą, że nie ma powrotu do tego, co było, ale myślę, że ten powrót zawsze jest możliwy i nie warto się odcinać od korzeni, nie tylko emocjonalnie, ale też fizycznie. Trzeba po prostu powracać do miejsc, z których się pochodzi – mówi poeta.

Swoistą formą protestu przeciwko ograniczaniu i narzucaniu jest ironiczny wiersz „Bženčiščikevičius”: „Nie chcą nam Brzęczyszczykiewicz/ wpisać do pasasa(…) /Polak, co żyje w New Jersey/ ma „sz” i „cz” w komplecie/ tu od nazwisk w polskiej wersji/ kraj ma się rozlecieć”).

– Pomijając fakt, że odgórnie nam się zniekształca nasze polskie imiona i nazwiska, nie potrafię zrozumieć, że ktoś z własnej woli dodaje do nazwiska litewskie końcówki – zauważa Jan Rożanowski.

Jak przyznaje, na kształtowanie się każdego człowieka istotny wpływ wywiera zarówno klimat domu rodzinnego, jak też piękne okolice, otoczenie natury. Wychowanie patriotyczne, które wyniósł z domu, nadal ma duże znaczenie.

Wiersz „Brakowało tylko śledzia” wbrew prozaicznemu tytułowi opowiada rodzinną historię, opartą na prawdziwych wydarzeniach, z okresu II wojny światowej i głośnej w tych miejscowościach łapanki. Dziadkowi udało się ukryć przed enkawudzistami i choć przeżył straszne chwile, zawsze wspominał o tym wydarzeniu żartobliwie. „Nie zapomnę tamtej daty/ wigilijny cud prawdziwy/ kamandir w sień wyszedł z chaty,/ a wasz dziad z łapanki żywym./ Ten wylazłszy już z podwała/ jak się cieszyć ma, nie wiedział./ Ech, wigilia smakowała!/ Brakowało tylko śledzia.”

– Obracanie strasznych przeżyć w żart widocznie pomagało przetrwać grozę tamtych chwil. „Brakowało tylko śledzia” są jednym z wielu takich opowiadań dziadka o wydarzeniach, które pozostawiły mocny ślad w mojej pamięci, a które chciałbym też utrwalić w wierszach – opowiada Jan.

Wilniuk – to dla Jana szczególny status. „Być Wilniukiem, przyznać muszę,/ znaczy być też piękna fanem,/ mieć wrażliwą mocno duszę/ losem gęsto podrapaną” – pisze.

– Dla mnie wilniuk to nie tylko mieszkaniec Wilna, ale również mieszkaniec Wileńszczyzny. Wilniucy mają inną mentalność, patriotyczną świadomość, nie zawsze głośno deklarowaną – uważa poeta.

– Wilniucy przez całe życie mieszkali w środowisku wielokulturowym, wielonarodowościowym, doznawali wielu różnych wpływów („Los splótł figla, żyć nam kazał / między Wschodem a Zachodem”). Odcięcie się od tego wszystkiego byłoby ograniczeniem, zubożeniem. Wszystko to było nasze, wspólne. Przez to, że wilniuk umiał to wszystko przyjąć z różnych kultur, stawał się bogaty. Umiał też się tym dzielić. Język wilniuków też nie jest jednolity, inaczej mówi mieszkaniec Turgiel, Bujwidz czy Ejszyszek. Chodzi tylko o to, aby go świadomie nie zubażać rusycyzmami czy lituanizmami – dodaje na koniec.

„Tu nie rosną mango, kiwi,/ same żyta sine dali…/ Najwyraźniej ktoś się zdziwi,/ żeśmy stąd nie wyjechali…”.

 

Tomik wierszy Jana Rożanowskiego „Tu nie rosną mango, kiwi” jest do nabycia w redakcji „Kuriera Wileńskiego”

Jedna odpowiedź do „Tu nie rosną mango, kiwi” – ukazał się tomik wierszy Jana Rożanowskiego

  1. Dorota mówi:

    Od lat czytuję wiersze Pana Jana na Faceeboku, urzekły mnie pięknem i prostotą.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.