Skrzydlata wojna. Rozmowa o operacji „Chastise” oraz początkach polskiego lotnictwa

O operacji „Chastise”, powietrznej wojnie niemiecko-sowieckiej i o początkach polskiego lotnictwa oraz zasługach polskich lotników – przy okazji 80. rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na ZSRS – „Kurier Wileński” rozmawia z Łukaszem Sojką, pisarzem, pasjonatem historii lotnictwa bombowego. 

Król Wielkiej Brytanii Jerzy VI wizytuje 617. Dywizjon Bombowy RAF, który dokonał nalotu na niemieckie zapory w Zagłębiu Ruhry
| Fot. mat.pras.

Pańska najnowsza książka „Zatopić III Rzeszę” opowiada o operacji „Chastise”, akcji zbombardowania w maju 1943 r. niemieckich zapór na rzekach Zagłębia Ruhry. Jakie miała ona znaczenie dla losów II wojny światowej?

Dyskusje na ten temat trwają. Czy był to tylko efektowny fajerwerk, czy też operacja, która znacząco wpłynęła na losy wojny? Na te pytania staram się odpowiedzieć w książce, choć nie jest to odpowiedź ani jednoznaczna, ani oczywista.

Operacja była postrzegana jako niezwykle skomplikowana, wręcz niewykonalna. Dlaczego?

Cele nalotu – niemieckie zapory wodne – przez długi czas uważano za praktycznie niezniszczalne. Dopiero wynalezienie specjalnych bomb skaczących Upkeep dało nadzieję na ich zwalenie. Problem polegał na tym, że prawidłowy ich zrzut wymagał od załóg rygorystycznego przestrzegania parametrów podejścia nad cel, dodajmy – bardzo karkołomnego podejścia. Wielki czterosilnikowy bombowiec musiał zejść w górzystym terenie 18 metrów nad wodę i w określonej odległości od zapory, lecąc z określoną prędkością, zrzucić wirującą, ważącą przeszło cztery tony bombę tak, by ta odbijając się od wody jak kaczka przeskoczyła ponad sieciami przeciwtorpedowymi i zatonęła w kontakcie ze ścianą zapory. Oczywiście to wszystko musiało się odbywać w nocy, trudno bowiem wyobrazić sobie, by 19 bombowców przedarło się w biały dzień niemal 300 km w głąb wrogiego terytorium.

Z jakiego powodu zapory w Zagłębiu Ruhry uchodziły za ważne strategicznie?

Gromadziły wodę, bezcenny surowiec, bez którego przemysł nie był się w stanie obejść. Woda była potrzebna nie tylko do produkcji stali i setek innych procesów technologicznych, zużywało ją każde gospodarstwo domowe. Zapory pozwalały gromadzić wodę z wiosennych roztopów. Zapora Möhne – główny cel ataku – gromadziła blisko połowę całego jej zapasu.

Proszę w skrócie opisać przebieg operacji.

Wszystko odbywało się podczas pełni księżyca, by zapewnić załogom widoczność terenu. Bombowce leciały bowiem na wysokości wierzchołków drzew, a czasem poniżej, by uniknąć namierzenia przez radary. Ceną za to było narażenie na ogień małokalibrowych działek przeciwlotniczych, które już w drodze nad cele zaczęły zbierać krwawe żniwo.

Czy Niemcy dali się zaskoczyć Brytyjczykom?

Owszem. Do samego końca Niemcy nie zdawali sobie sprawy z tego, co jest celem ataku. Dzięki temu bombowce mogły bezkarnie krążyć nad zalewami Möhne, Eder i Sorpe, nieniepokojone przez myśliwce. Niestety, mimo elementu zaskoczenia nie udało się uniknąć strat. Z 19 bombowców, które wystartowały wieczorem 16 maja 1943 r. ze Scampton w Anglii, do bazy nie wróciło osiem maszyn. Z zestrzelonych bombowców uratowało się tylko trzech członków załóg, którzy trafili do niewoli. Pozostali zginęli.

Cofnijmy się nieco w czasie. 22 czerwca będziemy obchodzili 80. rocznicę napaści hitlerowskich Niemiec na ZSRS. Która ze stron dysponowała przewagą w powietrzu?

Jeśli weźmiemy pod uwagę same liczby, przewagę – i to miażdżącą – miało lotnictwo sowieckie. Nie było to też lotnictwo przestarzałe, choć często tak się je przedstawia. Trzeba pamiętać, że to właśnie w ZSRS powstał pierwszy na świecie jednopłat myśliwski z chowanym podwoziem, a do sowieckich konstrukcji należała cała seria rekordów lotniczych. Problem polegał na tym, że na czas przed wybuchem II wojny światowej przypadł szczyt stalinowskiego terroru, który nie mógł nie odbić się na przygotowaniach do wojny.

Wielu najwybitniejszych konstruktorów pracowało w specjalnych, więziennych biurach konstrukcyjnych, kultura produkcji była niska, a kadry oficerskie lotnictwa – jak całej Armii Czerwonej – zostały przeorane przez wielką czystkę. Niemcy na tym etapie wojny nie korzystali jeszcze masowo z niewolniczej siły roboczej, więc kultura produkcji lotniczej była na wysokim poziomie. Luftwaffe dysponowała też doświadczoną i wypróbowaną w linii kadrą oficerską oraz personelem latającym i naziemnym. Straty poniesione w czasie wojny z Polską, a później inwazji na Francję oraz Bitwy o Anglię udało się w większej części nadrobić, choć pozostawienie niepodbitych Wysp Brytyjskich miało się srodze zemścić na III Rzeszy. W 1941 r. Hitler był jednak przekonany, że poziom rozkładu ZSRS pod rządami Stalina jest tak duży, że operacja „Barbarossa” będzie kolejnym szybkim i wyjątkowo spektakularnym zwycięstwem.

Jaką strategię wojny w powietrzu stosowały strony?

Uogólniając, zarówno Luftwaffe, jak i WWS (Wojenno-Wozdusznyje Siły) operowały dość podobną doktryną wiążącą użycie lotnictwa w ścisłym związku z operacjami wojsk lądowych czy marynarki wojennej. Choć w dwudziestoleciu międzywojennym powstała w ZSRS cała seria ciężkich bombowców, to jednak nigdy nie produkowano ich na dużą skalę ani nie opracowano doktryny ich użycia, tak jak to miało miejsce w krajach zachodnich, gdzie istniało dość powszechne przekonanie, że kolejna wojna światowa szybko zamieni się w wojnę pozycyjną, a o jej losach zadecydują flotylle bombowców niszczące przemysł i duże ośrodki miejskie nieprzyjaciela. W przypadku ZSRS ostatnią dużą wojną były zmagania z Polską w 1920 r., podczas których młode polskie lotnictwo mocno dało się we znaki Armii Czerwonej. Polacy udowodnili wówczas, że nawet stosunkowo niewielkie siły, ale dysponujące przewagą techniczną są w stanie pokonać dużo liczniejszego przeciwnika.

Jak zmieniała się rola lotników w trakcie całej wojny niemiecko-sowieckiej?

W chwili agresji III Rzeszy na ZSRS lotnicy obu krajów mieli za zadanie przede wszystkim zapewnić panowanie w powietrzu nad frontem, wspierać działania wojsk lądowych oraz izolować pole walki. Działania o charakterze strategicznym były na froncie wschodnim raczej marginesem, choć oczywiście się zdarzały. Taka rola lotnictwa funkcjonowała praktycznie od początku operacji „Barbarossa” aż do zdobycia Berlina, choć o 180 stopni odwróciły się tu role. Na początku Luftwaffe gromiła sowieckie lotnictwo w sposób wręcz niewiarygodny, jednak później to WWS zdominowały niebo na wschodzie.

W Pana książce znajduje się teoria wiążąca operację „Chastise” z wojną na wschodzie. Proszę się nią podzielić.

Od chwili ataku Niemiec na ZSRS Stalin stał się kluczowym sojusznikiem Wielkiej Brytanii. Sojusznikiem niezmiernie kłopotliwym. Jeszcze niedawno ZSRS i III Rzesza ramię w ramię dokonały rozbioru Polski, więc oba kraje alianci traktowali jako wrogie mocarstwa. Sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała, gdy do wojny przystąpiły Stany Zjednoczone i Churchill zdał sobie sprawę, że to Stalin ma być głównym partnerem, z którym prezydent Roosevelt zamierza meblować powojenny świat. Sam Stalin oczywiście skwapliwie wykorzystywał każdy rozdźwięk pomiędzy aliantami, by zmarginalizować pozycję Wielkiej Brytanii. Przedstawiał ZSRS jako jedyny kraj „naprawdę” walczący z Niemcami, podczas gdy Anglicy „chowali się” na swojej wyspie.

Takiej narracji Churchill starał się przeciwstawić działania Bomber Command, jednak najpierw nie było żadnych namacalnych dowodów na skuteczność brytyjskich nalotów, później zaś, gdy skuteczność nalotów wzrosła, brakowało spektakularnych sukcesów na miarę bitwy stalingradzkiej. Operacja „Chastise” okazała się kołem zamachowym angielskiej propagandy i choć jej bezpośrednie skutki okazały się znacznie mniejsze, niż oczekiwano, to z punktu widzenia wojennego PR była idealnym materiałem na opowieść podnoszącą morale zmęczonego wojną narodu, a także podnoszącą notowania u sojuszników. Jak się później okazało, miała też istotny wpływ na przebieg wojny.

W ubiegłym roku świetne recenzje zebrała pańska debiutancka książka o historii polskich lotników bombowych. Proszę powiedzieć, jak rodziło się polskie lotnictwo bombowe, kim byli pionierzy, jak wyglądały początki?

Właściwie początek polskiego lotnictwa bombowego i początki polskiego lotnictwa wojskowego zaczynają się w tym samym punkcie, bowiem pierwszy lot bojowy polskiego samolotu był zarazem lotem na bombardowanie. Działo się to podczas walk o Lwów, 5 listopada 1918 r., a więc jeszcze przed datą uznawaną dziś oficjalnie za narodziny II Rzeczypospolitej. Celem były oddziały Strzelców Siczowych wyładowujących się na stacji Persenkówka, a załogę stanowili Stefan Bastyr i Janusz de Beaurain, którzy zdobyli niemałe doświadczenie w lotnictwie Austro-Węgier.

Tak też wyglądały początki polskiego lotnictwa: maszyny przejęte po zaborcach i lotnicy wywodzący się z sił powietrznych trzech różnych krajów, reprezentujących różne podejścia do lotnictwa. Dołóżmy do tego jeszcze francuskie samoloty i początkowo również personel przybyły wraz z Armią Hallera, i mamy pełny obraz tygla, w jakim rodziło się polskie lotnictwo. Tym większy podziw należy się jego pionierom, którzy potrafili z tej zbieraniny maszyn i ludzi stworzyć siłę, która miała niebagatelny wkład w obronę granic młodego państwa.

Czy doszukamy się w historii polskich pilotów bombowców jakichś ciekawych wątków wileńskich?

Podczas tzw. buntu Żeligowskiego w wojskach Litwy Środkowej znalazł się również kontyngent lotniczy, miał nawet swoje własne znaki rozpoznawcze, mające wyraźnie odróżniać go od polskiego lotnictwa, jednak o jego działaniach wiemy niewiele. Z kolei we wrześniu 1939 r. Wilno znalazło się z dala od rejonów, gdzie operowały polskie bombowce. Gdy miasto broniło się przed nadciągającymi ze wschodu wojskami sowieckimi, polskie lotnictwo było już w Rumunii.

Polscy lotnicy zasłynęli na frontach II wojny światowej. Proszę wskazać ich największe zasługi.

Nie bez powodu najbardziej znanym epizodem z udziałem polskich lotników jest Bitwa o Anglię, toczona w drugiej połowie 1940 r. Wprowadzenie do boju polskich dywizjonów w krytycznej fazie bitwy z pewnością pomogło przechylić szalę na korzyść aliantów. Warto jednak pamiętać o tym, że w tym samym czasie polskie dywizjony bombowe brały udział w „bitwie o barki”, dziś już niemal zapomnianej kampanii bombowej zmierzającej do zniszczenia jak największej ilości sprzętu desantowego, który III Rzesza gromadziła we francuskich, belgijskich i holenderskich portach w ramach przygotowań do inwazji na Wyspy Brytyjskie.

Polscy bombowcy wzięli też udział w Bitwie o Atlantyk, tropiąc U-Booty w Zatoce Biskajskiej. Podczas walk o Normandię w 1944 r. to polski dywizjon 305 zniszczył 13 mln litrów paliwa zgromadzonego przez Niemców. W alianckie zwycięstwo mieli też swój wkład polscy inżynierowie i oblatywacze.


| Fot. archiwum prywatne

Łukasz Sojka

(ur. w 1978 r. w Pszczynie) studiował filozofię na Uniwersytecie Śląskim. Autor opowiadań publikowanych w miesięczniku społeczno-literackim „Śląsk”, scenariuszy przedstawień dla dzieci i tekstów piosenek, gitarzysta i wokalista zespołu Hard Rockets.

W ostatnim czasie wydał dwie bardzo dobrze oceniane książki historyczne: „Skrzydlata husaria. Historia polskich lotników bombowych” i „Zatopić III Rzeszę”.


FOT. MAT.PRAS., UDOSTĘPNIONE PRZEZ WYDAWNICTWO ZNAK


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 25(72) 19-25/06/2021