Do coraz bardziej lubianej Polski po wielkanocne jajka i nie tylko

Przed świętami do Polski znowu ruszyła fala litewskich pielgrzymów zakupowych. Oczywiście, wiadomo z jakiej przyczyny – niższego o co najmniej 15 proc. VAT-u, ale też z przekornego protestu wobec kreciej polityce rządzących. Chwalą sobie polskie ceny i polską jakość, i tonami wiozą do siebie zapasy jak na czarną godzinę.
Polscy przedsiębiorcy zacierają ręce aż do zdarcia naskórków, bo biznes im pięknie kwitnie jak sakury w Japonii. I wcale nie obawiają się lituanizacji, choć szeroko oferują informację jak wizualną, tak i słowną.
Jak już pisaliśmy, w roku ubiegłym podatkodawcy małej Litwy w 40-milionowej Polsce zostawili… 400 milionów euro!
Ogółem w 2017 roku cudzoziemcy w Polsce zakupili towary i usługi na sumę 41,5 mld złotych, co jest o 6,2 proc. więcej niż w roku 2016.
No, świeci złotem złotówka, która nie zechciała eura. A w Estonii, na Łotwie i na tej ostatniej – jak w bajce o najmłodszym głupim bracie – Litwie, trwa żałoba po narodowych walutach.

I tu na zakończenie komentarza na usta cisnął mi się opis narysowanego – hen lat temu – dowcipu znanego karykaturzysty, Andrzeja Mleczko o dzikusach i jajkach.
Ale się ugryzę w język, bo nie ten efekt poboczny naszych obchodów święta Wielkiej Nocy jest przecież najważniejszy.