Żeby komisarz referendum zarządził, potrzeba było co najmniej 10 proc. podpisów uprawnionych do głosowania mieszkańców, czyli ponad 58 tys. Inicjatorzy referendum na ich zebranie mieli 60 dni. Na ponad dwa tygodnie przed ich upływem mieli ich już ponad dwa razy więcej, niż potrzebowali.
To bynajmniej nie oznacza, że krakowski prezydent i krakowscy rajcy zostaną odwołani. Głosów za będzie zapewne więcej niż przeciw, bo zwolennicy urzędującego głosować nie pójdą. Kluczem do osiągnięcia zamierzonego przez inicjatorów rezultatu jest bowiem frekwencja. By referendum było ważne, wedle polskiego prawa co najmniej 3/5 wyborców biorących udział w wyborze prezydenta miasta w II turze (ta odbyła się 21 kwietnia 2024 r.) musi pójść do urn. W Krakowie oznacza to, że minimalna wymagana frekwencja w przypadku wniosku o odwołanie Miszalskiego to 158 555. Warto w tym miejscu przypomnieć, że w październiku 2013 r. odbyło się referendum w sprawie odwołania ówczesnej prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Za jej odwołaniem było 94,86 proc. głosujących, ale ponieważ w referendum wzięło udział zbyt mało uprawnionych, jego wyniki nie zostały uznane za wiążące.
Nie zamierzam być w tym miejscu ani adwokatem, ani też oskarżycielem krakowskiego prezydenta, którego inicjatorzy referendum krytykują m.in. za: podwyżkę cen biletów komunikacji miejskiej, wprowadzenie w Krakowie Strefy Czystego Transportu oraz wydłużenie okresu płatnego parkowania i wprowadzenie opłat za parkowanie w niedziele; zarzucają mu też „kolesiostwo”, nadmierne zadłużanie miasta oraz prowadzenie urzędu w sposób niegodny (!). Zwrócić chcę uwagę na trend, który rozwija się w polskiej polityce. W społeczeństwie raczej apatycznym i niechętnie angażującym się w sprawy społeczne i publiczne referenda samorządowe zaczęły w ostatnich miesiącach wyrastać niczym grzyby po deszczu. W tej kadencji samorządu (2024–2029) odbyło się już 31 lokalnych referendów. W 30 z nich próbowano odwoływać wójtów, burmistrzów, prezydentów oraz rady gmin lub miast.
Kolejne głosowania przed nami, Kraków nie jest jedyny, praktycznie co tydzień gdzieś otwierane są lokale wyborcze. Prezydenta tą drogą zmieniono na razie tylko w Zabrzu, wszędzie indziej frekwencja była niewystarczająca. Koszty ponieśli wszyscy, ale masowe zbieranie podpisów odbywa się w wielu kolejnych miejscowościach.
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 14 (39) 11-17/04/2026

