Po wydarzeniu mieliśmy okazję porozmawiać z Evaldasem Vyčinasem o znaczeniu tych instrumentów, ich symbolice, współczesnych interpretacjach muzyki tradycyjnej oraz o tym, dlaczego powrót do korzeni jest dziś tak ważny.
Ilona Lewandowska: Jest Pan z wykształcenia altowiolistą. Jak to się stało, że swoje życie poświęcił Pan etnomuzykologii, a wielu nazywa Pana „ojcem folkloru” czy też prekursorem postfolkloru na Litwie?
Evaldas Vyčinas: Rzeczywiście, w szkole i na studiach grałem na altówce, ale miałem szczęście już od 16. roku życia doświadczyć czegoś zupełnie wyjątkowego – jeszcze w czasach szkolnych zacząłem brać udział w ekspedycjach poświęconych etnokulturze, które wówczas się odbywały. Te wyjazdy miały na mnie ogromny wpływ. Uczestniczyłem w nich najpierw jako uczeń, potem jako student – dwa razy do roku, latem i zimą.
To, co mnie urzekło, to niezwykły klimat tych wypraw. Spotykali się na nich przedstawiciele różnych dziedzin sztuki – nie tylko muzycy, ale także malarze czy rzeźbiarze. Tworzyła się bardzo naturalna wspólnota. Idę przez wieś, po drodze spotykam malarzy, którzy akurat tworzą obraz, rozmawiamy, jest czas, żeby wykąpać się w jakiejś rzeczce czy jeziorze. Po prostu bardzo dobre doświadczenie twórczości, przyrody i wspólnoty jednocześnie. Nic dziwnego, że te ekspedycje tak mnie zachwyciły, że brałem w nich udział, chociaż nie musiałem – studenci mojego kierunku nie mieli takiego obowiązku.
Zaczęło się to na początku lat 70. Jeździliśmy po wioskach, nagrywaliśmy lokalnych muzyków w ich domach lub w okolicy, w dość prymitywnych warunkach technicznych. Nie mieliśmy sprzętu, który umożliwiłby nagranie większego zespołu – tylko magnetofon na baterie i mikrofon. Jestem bardzo wdzięczny mojemu przyjacielowi, kompozytorowi Mindaugasowi Urbaitisowi, który sprawił, że techniczna jakość tych nagrań jest znośna, choć oczywiście odbiega od ideału.

W swoich ekspedycjach nie ograniczył się Pan jedynie do badania folkloru uważanego za ściśle litewski. Jak to się stało, że dotarł Pan również na Wileńszczyznę i nagrał Pan polskich cymbalistów?
Jeden z moich studentów, Mindaugas Karčemarskas, pisał pracę magisterską „Cymbały na Litwie”. Postanowiliśmy więc – wraz z innymi pracownikami Instytutu Muzykologii Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru – objechać i zarejestrować wciąż żyjących, nadal grających muzyków. Pomyślałem, że warto odwiedzić również cymbalistów z Wileńszczyzny, którzy byli kojarzeni bardziej z polską lub białoruską kulturą.
Osobiście byłem ciekawy, czy ich technika gry lub repertuar różnią się od tych, które poznałem wśród muzyków wykonujących litewski folklor. Okazało się, że różni ich właściwie tylko język wykonywanych pieśni. Oczywiście każdy cymbalista miał własny styl, pewne różnice występowały, ale zasadnicze elementy były takie same. Cymbaliści ze wschodniej Litwy wykonywali zarówno pieśni religijne, jak i popularne tańce – mazurka, polkę czy walca. Repertuar był zróżnicowany, lecz dominowały melodie taneczne charakterystyczne dla pogranicza litewsko polsko-białoruskiego.
Cymbały pełniły różne funkcje: prowadziły melodię, wtórowały lub akompaniowały śpiewakom i innym instrumentom. Wschodniolitewska technika gry wyróżniała się jednoczesnym prowadzeniem melodii prawą ręką i akompaniamentu lewą. To wymagało wysokiego poziomu gry i nie wszyscy muzycy go osiągali. Tak mógł grać tylko ktoś, kto codziennie poświęcał grze na cymbałach sporo czasu. Muzycy grali mocno, tłumiąc struny pałeczkami lub dłonią, choć niektórzy stosowali luźniejszy chwyt, uzyskując długie tremolo.
W czasie jednego z wyjazdów odwiedził Pan również Rudominę.
Tak. Mieszkał tutaj Piotr Kaczanowski, który wówczas należał do bardziej znanych cymbalistów. Bardzo się cieszę, że mamy nagranie wideo z tego spotkania, a nie tylko sam dźwięk. Bo cymbalista to nie tylko muzyka – to osobowość, temperament, sposób, w jaki kontaktuje się ze słuchaczami. Trochę z tego udało nam się uchwycić podczas nagrania. Graliśmy razem chyba z półtorej godziny, bez żadnego przygotowania (ja na skrzypcach). Pod koniec powiedział, że jeszcze ze trzy dni takiego grania i możemy razem iść grać na weselu.
Czym wyróżniał się jako cymbalista?
Był człowiekiem bardzo otwartym. Lubił grać, ale także opowiadać o muzyce i życiu, żartować. Kiedy prosiłem go o jakieś techniczne wyjaśnienia, natychmiast to demonstrował.
Najbardziej charakterystyczną częścią jego występów była gra na cymbałach przykrytych tkaniną. Na ludziach robiło to ogromne wrażenie – wyglądało, jakby potrafił grać, nie widząc strun. W rozmowie wyjaśnił mi jednak, że dla niego ma to znaczenie przede wszystkim podczas ćwiczenia w domu. Oczywiście granie bez patrzenia na struny przydaje się w czasie występów, ale podczas gry w domu dźwięk jest spokojniejszy, nieco stłumiony – po prostu mniej męczący dla domowników i samego grającego.
Spotkanie „Brzmienia korzeni. Opowieść o kanklės i cymbałach” w Centrum Kultury w Rudominie, w którym wziął Pan udział wraz z żoną, poświęcone było obu instrumentom. Wydają się podobne. Co tak naprawdę je różni?
Tak naprawdę różnią je całe epoki w historii muzyki. Tradycyjne kanklės to instrument bardzo stary i bardzo prosty. Te moje mają osiem strun, pudło rezonansowe – i to właściwie wszystko. Oczywiście z tego instrumentu można sporo wydobyć, ale nie jest to instrument do wielkich sal. Świetnie sprawdza się przy rodzinnym muzykowaniu jako akompaniament do śpiewu, wprowadza – powiedziałbym – medytacyjny nastrój. Czasem używano go do tańca, ale wówczas najczęściej tańczono boso. Kanklės mogą wypełnić dźwiękiem większy pokój, ale nie salę koncertową.
Cymbały to instrument znacznie późniejszy i bardziej zaawansowany. Można na nim wykonać bardziej skomplikowane utwory, świetnie sprawdza się zarówno w kapelach, ale też jako instrument solowy. Poza tym oczywiście różni je sposób gry – na kanklės gra się palcami, a na cymbałach pałeczkami. Najważniejszą różnicą są jednak okresy historyczne, z których się wywodzą. Oba instrumenty głęboko zakorzeniły się w kulturze Litwy, jednak podczas gdy kanklės były popularne na północy, cymbały – bardziej na południu.

Kanklės, które Pan przywiózł, znacznie odbiegają od tych, które widzimy podczas koncertów litewskich zespołów ludowych. Dlaczego?
Warto zauważyć, że instrumenty używane przez zespoły muzyczne na koncertach nie są kanklės w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, co znajduje odzwierciedlenie również w międzynarodowej klasyfikacji instrumentów muzycznych. Kanklės na Litwie zaczęły się zmieniać już dość dawno – pod koniec XIX w. i w XX stuleciu. Zmieniały się, ponieważ zmieniała się sama muzyka, a aby sprostać nowym potrzebom, zaczęto wyposażać je w większą liczbę strun oraz zwiększać ich napięcie – służyły temu dwa dodatkowe metalowe wsporniki.
Korpus instrumentu zaczęto wykonywać z oddzielnych elementów, a nie wydrążać z jednego kawałka drewna, ponieważ kanklės stawały się znacznie większe. Wszystkie te zmiany były inspirowane instrumentami pokrewnymi – cytrą czy cymbałami. Stopniowo doprowadziły one do powstania zupełnie innego instrumentu.
Podobną ewolucję w innych krajach przeszły cymbały. O ile na Litwie instrument zachował swoją oryginalną formę, o tyle np. na Węgrzech wprowadzono wiele udoskonaleń (np. pedał służący do tłumienia strun) tak znaczących, że jest to niemal zupełnie inny instrument.
Niezależnie od tych zmian fakt, że zarówno gra na kanklės, jak i na cymbałach przetrwała, jest zasługą konserwatyzmu miejscowej ludności. Cymbały czy instrumenty podobne do kanklės były znane w bardzo wielu krajach, ale wyparły je inne instrumenty. To, że kanklės pozostały na Litwie, a cymbały w Polsce, świadczy o kulturowym konserwatyzmie, który utrudniał wyparcie starych zwyczajów przez nowe.
Jeśli chodzi o moje kanklės – powstały na podstawie instrumentu muzealnego. Moje zainteresowania dawnymi instrumentami nieuchronnie doprowadziły mnie do tego, że zacząłem je wykonywać. Zobaczyłem takie w jednym z muzeów, byłem ciekawy, jak brzmią, więc je zrobiłem.
Mam również stuletnie cymbały, które kupiłem od Władysława Wołodkiewicza. To bardzo ciekawy instrument, bo wykonany inaczej, niż przyjęto. Zwykle spód cymbałów robi się z twardego drewna – klonu lub buku – a górną część ze świerku. Te są całe świerkowe. Mają piękny dźwięk do dzisiaj, czas im nie zaszkodził.
W tradycji było przyjęte, że muzyk sam wykonuje instrumenty, bo po prostu nie można było ich kupić. Zresztą Piotr Kaczanowski również wykonywał cymbały. Kiedy zapytałem, ile kosztują, po prostu policzył, ile trzeba na struny, ile na drewno, ile za pracę itd.
Czy istniał jakiś standard budowy cymbałów czy kanklės? Czy te instrumenty różniły się w poszczególnych regionach?
Zasadnicze elementy były takie same, jednak istniała pewna dowolność, np. w liczbie strun. Wiedzę o tym, jak wykonać dobry instrument i jakie drewno najlepiej się sprawdzi, przekazywano z pokolenia na pokolenie.
Zwykle korpus kanklės wykonywano z drewna liściastego, wydrążając go w charakterystyczny trapez. W płycie wierzchniej wycinano otwór rezonansowy. Pokrywa instrumentu była zwykle świerkowa, a wzdłuż korpusu rozciągano od kilku do kilkunastu strun. W poszczególnych regionach miały nieco inną liczbę strun i zróżnicowane kształty. W północno wschodniej Auksztocie wyposażano je w 5–7 strun, na Żmudzi w 9–12, choć zdarzały się instrumenty jeszcze bogatsze brzmieniowo.
Cymbały składają się z solidnego pudła rezonansowego, które tworzą rama i górna płyta rezonansowa; jakość drewna ma kluczowe znaczenie. W płycie wierzchniej wycina się dwa otwory, które często mają dekoracyjne układy. Te dekoracje miały kiedyś również zastosowanie praktyczne – po udanym występie cymbalista zbierał do nich pieniądze, więc zwykle dekorowane rozety były wyjmowane.
Ponieważ napięcie strun silnie obciąża wieko, lutnicy wzmacniają je specjalnymi podstawkami. Po lewej stronie instrumentu znajdują się stalowe sztyfty, do których zaczepia się struny, natomiast po prawej – kołki stroikowe, umożliwiające ich mocowanie i precyzyjne strojenie. I to wszystko, co konieczne. Liczba strun czy wielkość instrumentu mogą się różnić.

W przekazywaniu tradycji gry na cymbałach ogromną rolę odgrywali mistrzowie. Niemal każdy z cymbalistów z Wileńszczyzny miał swoich uczniów, każdy potrafił również wskazać swojego mistrza. Jak to było w Pana przypadku?
Ja jestem uczniem wszystkich mistrzów, których spotkałem. Jako muzyk pozostałem skrzypkiem, choć rzeczywiście moja pasja do instrumentów tradycyjnych to przesłoniła, a cymbały to instrument, który zachwycił mnie od pierwszego momentu, gdy je usłyszałem.
Uczyłem się grać, poznając technikę jako badacz. Odwiedzając cymbalistów, nagrywając ich, zadawałem wiele pytań. A potem przekazywałem to, czego sam się nauczyłem. Tak się złożyło, że najwięcej nagrałem się, ucząc innych. Miałem sporo uczniów, teraz znów więcej gram. Nie uważam się za mistrza takiego, jak ci, którzy uczyli się grać przed wojną. Choć w większości byli analfabetami, grali codziennie. Tylko w taki sposób można dojść do mistrzostwa, które pozwala na wykorzystanie pełnych możliwości tego instrumentu.
Trzeba zaznaczyć, że również nie wszyscy dawni cymbaliści osiągali najwyższy poziom, bo nawet najbardziej popularny muzykant weselny niekoniecznie musi być wirtuozem. Ale prawdziwych mistrzów tego instrumentu udało mi się spotkać – i bardzo się z tego cieszę.
Dzięki Panu tych dawnych mistrzów mogliśmy usłyszeć także podczas spotkania w Rudominie. Czy nagrania, które zebrał Pan czasie lat pracy, są dostępne w internecie? Gdzie możemy je znaleźć?
Na YouTubie prowadzę kanał, na którym znajduje się specjalna playlista poświęcona Jonasovi Lechovickasowi. Znajdą tam Państwo film „Cymbały na Litwie” przygotowany przez archiwum Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru (lit. Lietuvos muzikos ir teatro akademija, LMTA). Zawiera on nagrania wideo 12 cymbalistów – w sumie 15 utworów.
Na stronie Archiwum Folkloru LMTA można odnaleźć nagrania trzech cymbalistów zarejestrowane podczas ekspedycji w Adutiškis w 1972 r.: Klemensa Pundysa, Vaclava Kairysa i Feliksa Lopinia.
W archiwum dźwiękowym LLTI dostępne są również nagrania cymbalistów utrwalone jeszcze przed II wojną światową.
Litewskie Narodowe Centrum Kultury wydało przygotowany przeze mnie zbiór nut na cymbały pt. „Sto melodii na cymbały”. Znalazły się w nim melodie trojga cymbalistów z Wileńszczyzny: Tekli Winciukiewicz, Władysława Wołodkiewicza i Piotra Kaczanowskiego.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 15 (42) 18-24/04/2026







