Wizerunek Polaków wśród Litwinów drastycznie się poprawia. Jednak można odnieść wrażenie, że coraz mniejszy jest u Polaków na Litwie nacisk na poziom, coraz większy na „identytet”, tożsamość. Temat „Pulaków z Wilni” nie jest nowy – i dobrze, o sobie trzeba rozmawiać otwarcie. Taką nazwę nosił dawny blog i fan page na Facebooku, który istniał dość intensywnie ponad dekadę temu. Nazwa nawiązuje do typowego dla naszej gwary „ukania”, czyli przerabiania „o” na „u”.
Portal ten tworzony był z dużą dozą dystansu, doczekał się wielu słów krytyki, podobnej zresztą do tej, która spadła na powieść Bartosza Połońskiego „Robczik”. A to nie tak ukazane, a to przekoloryzowane, a to niedomówione – itd., itd.
Lubimy odkrywać rowery na nowo
Znowu przeżywamy renesans wileńskości i to bardzo cieszy. To jest dobry moment, aby opisać paru demonów tej naszej odkurzanej tożsamości.
Wynika to z tego, że przez Związek Sowiecki skutecznie zatraciliśmy to, co już o swojej gwarze i tożsamości wileńskiej wiedzieliśmy, jeszcze z międzywojnia. A przecież problemy Wileńszczyzny były na przestrzeni wieków dość podobne.
Niewielu fascynatów gwary wileńskiej wie o istnieniu „Fanaberii Ciotki Onufrowej”, spisywanych przez Melchiora Wańkowicza rozmowach czy nawet o wileńskich słowach u samego Adama Mickiewicza czy Czesława Miłosza – którzy bardziej stali się dla nas „literacko-szkolni” niż „swoi”.
Na pewno swoje piętno odcisnęło także zachłyśnięcie się internetem, który udowodnił ostatecznie, że problemem nie jest brak dostępu do informacji, ale brak zainteresowania posiadaną informacją. Niechęć przed podjęciem wysiłku poznania.
Rzadko o tym wspominamy, ale nawet gdy Wilno było w granicach Polski w latach 1922–1939, to występowały liczne napięcia na linii Wilno–Warszawa. Postulat autonomii Wilna z 1922 r. nie został wysłuchany. Część problemów, można odnieść wrażenie, nie straciła aktualności przez ponad 80 lat.
Na Wileńszczyźnie lubimy odkrywać rowery na nowo, na nowo postulować stworzenie „słownika gwary wileńskiej”, na nowo „odkrywać prawdziwą wileńskość”. Choć to wszystko już dawno odkryte, tylko właśnie nieodkurzone. Co jakiś czas widzę nowy projekt, nową inicjatywę, która chce stworzyć „słownik gwarowy”, który ląduje znów na tym samym śmietniku zapomnienia, aby za kilka lat można było na nowo postulować to samo.
Za jakiś czas widzę nową „debatę o gwarze wileńskiej”, na której padają te same, wcale nie nowe twierdzenia, jakoby poprawna polszczyzna miała w jakiś sposób rugować z nas gwarę wileńską, że wileńskość trzeba celebrować (z czym się zgadzam), że w sumie jest super i nie trzeba wiele zmieniać, na odwrót – trzeba zdjąć ograniczenia w postaci „poprawnego polskiego”. Gadających głów coraz więcej, piszących i o zgrozo czytających – coraz mniej. Opinie coraz odważniejsze, ale dążenie do wiedzy uprawniającej do tych opinii coraz skromniejsze.
Rzadko trafiam na rozmowy, w których oprócz kiwających do siebie zgadzających się głów widzę faktyczną rozmowę o problemach. Chociaż, na szczęście, takie się zdarzają.

Ma być otwarcie? To będzie otwarcie
Skoro już na wstępie zapowiedziałem otwartość w tezach i pytaniach, to będę tego się trzymał, choć z pewnością wielu to oburzy. Przysypywanie pudrem jest bardziej szkodliwe niż bezpośrednie wypowiedzenie – byle nie pomylić bezpośredniości z chamstwem. Liczę, że noga mi się nie powinie.
Nasza „wileńskość” jest wrzucana do jednego gara ze zruszczeniem. Zjawisko to już dawno opisywał Romuald Mieczkowski, wydawca kwartalnika „Znad Wilii”: „Ich mowa [zrusyfikowanych Polaków – przyp. red.], jeśli mówią po polsku, nie ma nic wspólnego z dawną gwarą wileńską, że nie poruszę kwestii znajomości historii, literatury czy sztuki ojczystej, skomplikowanego problemu mentalnego”.
Tę dyskusję chciałbym zostawić na kiedy indziej. To wszystko już było. Jest inny problem – „wileńskość” staje się sztuką cyrkową, „polskość” staje się obowiązkiem dla wybranych, a dla reszty zostaje dryfowanie ku rosyjskości przez obojętność. Albo jeszcze gorzej, swoiście pojmowana „wileńskość” staje się usprawiedliwieniem dla bylejakości, dla niedbalstwa językowego i jako argument, żeby nie wysilać się, poszerzając swoje horyzonty – wszak wystarczą takie, jakie są.
Obalmy kilka mitów
Nim się Czytelnik na mnie oburzy, chciałbym się rozprawić z paroma mitami.
Polacy w okresie sowieckim, jak i Litwini, chętnie oddawali dzieci do rosyjskich szkół i to niestety jest fakt. Z kolei polskie szkoły, które lubią wymieniać zwolennicy tez „za sowietów było lepiej”, prezentowały bardzo różny poziom. Było ich więcej, ale w miastach… mniej. Nie była to polityka przypadkowa.
Jak zapytamy dzisiaj większość naszych polskich działaczy, jakie ukończyli szkoły, to były szkoły rosyjskie – i trudno ich za to winić. Miało to miejsce nawet w rodzinach akowskich, gdyż liczono, że po takiej szkole kariera jest pewniejsza. Trudno z tą pragmatyką się kłócić. O tym też wspomniany Mieczkowski wcześniej pisał: „Byli tacy, co rodziców namawiali, by »nie marnowali dziecka« i nie ograniczali mu możliwości zdobywania wykształcenia w języku Puszkina”. Do tego przypomnijmy, że polskie i litewskie szkoły miały wymóg 11 klas, gdy rosyjskie tylko 10. Gdyby dzisiaj od Polaków na Litwie wymagano 13, zamiast standardowych 12 klas, nasze szkoły byłyby pustsze.
Kolejny mit – dzieci tych rodziców, którzy ukończyli polską szkołę, zawsze wracają do polskiej szkoły. Niestety, tak nie jest. W moim bliskim środowisku wielu Polaków oddaje dzieci do szkół… rosyjskich. Choć nie ma już rozróżnienia pod względem długości nauki, rosyjska szkoła nie gwarantuje lepszej kariery… Tak dzieje się często mimo faktu, że i ojciec, i matka są Polakami. Dlaczego tak się dzieje? To jest temat na odrębny artykuł, ale część Czytelników odpowiedź na to pytanie zna. Podpowiem, że z tej samej przyczyny wielu Polaków na Litwie ma w telefonie ustawiony właśnie język rosyjski.
Nie tylko rusyfikacja
No i mit ostateczny, aby mi nie zarzucono, że się czepiam tylko rusyfikacji – Polacy litewscy, którzy obracają się w wyłącznie litewskim środowisku, wcale nie zachowują swojej tożsamości przez dekady. Taki luksus mają tylko najambitniejsi, najwytrwalsi i ci, którzy też mają zasoby czasowe, aby podtrzymywać także tę „nieopłacalną tu i teraz” tożsamość, także językową. Mamy wiele przykładów, gdy po trafieniu do litewskiego środowiska ktoś wciąż czyta polskie gazety, uczęszcza na polskie spotkania, szczyci się z polskości. Mamy też niestety wiele przykładów całkiem odwrotnej postawy.
Na koniec mocny zarzut – w polskich szkołach na Litwie polskość jest literacka, tożsamość wileńska jest wypierana przez kulturę rosyjską, nawet Mickiewicz staje się odległy, „warszawski”. W polskich szkołach nie ma polskiej prasy (przywołuję z przykrością cytat dosłowny: „mnie gazety nienużne, ja wszystko w telefonie smotriu”, powiedziała matka dziewczynki chodzącej do jednej z polskich szkół na Litwie), nie ma polskiej telewizji. Choć byłbym nieuczciwy, fatalizując – powracają szkolne gazetki, a w jednej ze szkół powstaje niemal od zera radiowęzeł, który będą prowadzili uczniowie. Takim inicjatywom trzeba przyklasnąć.

Co mają wileńscy Polacy do Masajów?
No ale o co chodzi z tą Afryką, którą wspomniałem na początku? Miałem na myśli plemię Masajów, chociaż nie są wyodrębnieni w tym zjawisku. Gdy ich świat został opisany przez podróżników, często podkolorowujących masajskie tradycje, to te tradycje… zaczęły się zmieniać. Masajowie zaczęli dostosowywać swoje tradycje do tego, czego oczekiwali turyści. Granica między autentycznością a pewnym „zagospodarowaniem” tej tożsamości zachwiała się.
Te wszystkie powyższe twierdzenia, jakkolwiek nieprzyjemne, zostawiam tobie, Czytelniku, pod rozwagę. Jestem bardzo szczęśliwy za każdym razem, gdy mogę rozmawiać z Czytelnikami i wchodzą w dyskusję, nie zawsze się ze mną zgadzając. Za każdym razem z takiej rozmowy wychodzę bogatszy o lepsze zrozumienie naszego newralgicznego położenia jako Polaków na Litwie.
Wspominałem na początku „słowniki gwary wileńskiej” i że wszystko to już jest opracowane. Chociaż poznania siebie nigdy za wiele, to faktycznie nasze bogate słownictwo gwarowe cieszy się całkiem niezłym rozpoznaniem. Tutaj mogę polecić Czytelnikowi pozycje – co prawda naukowe i nie zawsze przyjemne w odbiorze – Zofii Kurzowej, a także naszych rodzimych wileńskich językoznawców: Barbary Dwilewicz, Kingi Geben czy Krystyny Rutkowskiej.
Dużo też wniósł pochodzący z Wilna polski językoznawca i indoeuropeista, prof. Leszek Bednarczuk (zmarł w listopadzie 2025 r. w wieku 89 lat). Również Halina Turska, która ukończyła przecież wileńskie Gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej w okresie międzywojennym.
Wiedza to jedno, ale jej upowszechnienie to drugie
I tu dochodzimy do innego problemu. Skoro te wszystkie słowniki już są, skoro wszystko zostało opracowane, to dlaczego nadal szukamy odpowiedzi, które już padły? Z tej samej przyczyny, dlaczego polskie szkoły na Litwie z trudem dochodzą samodzielnie do tych samych rozwiązań wieloletnich problemów – zamiast podzielić się rozwiązaniami i oszczędzić sobie wynajdowania roweru na nowo.
Popularyzacja i integracja, czyli upowszechnienie posiadanej wiedzy. O popularyzacji dokonań badaczy mówili nasi przedstawiciele nauk socjalnych i humanistycznych – m.in. prof. Jarosław Wołkonowski, dr Andrzej Pukszto, dr Barbara Jundo-Kaliszewska.
Ostatnia publikacja na temat gwary wileńskiej na łamach „Kuriera Wileńskiego” pokazała, że jest to temat potrzebny naszym Czytelnikom. Szkoły pytały, czy będą tego publikacje jeszcze się pojawiały, „bo o tej polityce to już wszystko wiemy, ale ot więcej naszej gwary, więcej!”. Wychodzimy więc z odpowiedzią na tę prośbę i popularyzujemy.
Zechcę skupić się na tych słowach, które powoli zanikają. Z różnych przyczyn, czasem obiektywnych – bo opisywane zjawisko zaczęło zanikać wraz ze zmianą czasów, nie potrzebuje więc już słowa, aby je opisać.
| Minisłowniczek gwary wileńskiej Ajer. „Na ajerze chleb piekci trzeba”, można było kiedyś usłyszeć na Wileńszczyźnie. Chleba w domach już się tak powszechnie nie piecze, ale słowo jest nadal powszechne. Oznacza tatarak. Ale to słowo bardzo ciekawe, warto mu się przyjrzeć bliżej. „Ajer” przywędrował z języka ruskiego (dziś białoruski i ukraiński) od… Tatarów, od słowa „ağir” (wymowa: ajir). Z kolei w Polsce trawa ta jest nazywana właśnie „tatarakiem”. Zatoczyliśmy koło, od Tatarów daleko nie uciekniemy! Kałupać, kropsztać. Czyli dłubać. Żaden z badaczy nie podaje dokładnej etymologii „kałupania”, ale wydaje się, że do innych języków jeśli trafiało, trafiało z Wileńszczyzny? Może „kałupać” to prawdziwy król wileńskiej gwary? W przypadku „kropsztania” sprawa prostsza. Z języka litewskiego „krapštyti”. Występuje też w gwarze wileńskiej języka białoruskiego. Kocić się. Czyli po prostu „toczyć się”, białorutenizm. Wileńszczyzna to taka fantastyczna kraina, gdzie na Wielkanoc jajka właśnie kocą się. Tymczasem kotki kwitną na wierzbach… Człowiek całkiem może w tym wszystkim pogubić się. Oj, przepraszam – zakantopić się. Obsadka. Tego słowa nikomu wyjaśniać nie trzeba. W szkołach używane do dziś – oznacza długopis. Słowo pochodzi od „rylca obsadzonego w drewnie”, którym kiedyś się pisało, przed erą długopisów i wiecznych piór. Rejsta. To samo co „rojst”. „Rojst” w pewnym momencie wszedł do języka ogólnopolskiego. W ostatnim czasie nawet powstał bardzo popularny w Polsce serial sensacyjno-kryminalny pt. „Rojst”. To lituanizm, od słowa „raistas”, czyli bagno. Skierdź. Czyli to samo, co gdzieś indziej na Wileńszczyźnie występujący czaban. To po prostu pastuch. O ile „czaban” jako słowo przyszło od Tatarów, o tyle „skierdź” jest z języka litewskiego (lit. skerdžius). Prócz Wileńszczyzny słowo to używane jest też na Suwalszczyźnie, w zależności od „wysp językowych”. Do dziś mamy takie okolice, gdzie już wioskę dalej mówią w innym języku. Sklep. Na Litwie Polacy często na sklep (taki, w którym można coś kupić) powiedzą z rosyjskiego „magazyn”. To oczywiście jest niepoprawne, ponieważ słowo „magazyn” istnieje, ale jego desygnat służy do przechowywania rzeczy, a nie sprzedawania. Tymczasem gwarowe stare określenie „sklep” oznacza… magazyn. W dosłownym znaczeniu – jako pomieszczenie do przechowywania. Najczęściej jednak oznacza piwnicę na zapasy. Sklut, szklut. To słowo ma dwa znaczenia. Albo topór ciesielski, siekierka, albo rękojeść takiego toporka. Na Wileńszczyźnie bywa też używane jako wyraz obraźliwy wobec kogoś. To lituanizm od słowa „skliùtas”. Do języka polskiego przeszedł jednak najprawdopodobniej z języka białoruskiego, który zapożyczył to od litewskiego. Sporysz. To słowo wyszło z użycia, ponieważ Wileńszczyzna nie jest już związana z rolnictwem tak jak kiedyś. Słowo to oznacza podwójny płód rolny, zrośnięty ze sobą. Językoznawczyni Zofia Kurzowa definiuje „sporysz” jako „dwa zrośnięte z sobą ziarna lub owoce”. Traktiernik. Również jest to znak czasów. Kiedyś, gdy podróże były znacznie dłuższe, przy traktach znajdowały się karczmy i zagrody, w których można było zjeść i spędzić noc, aby rano kontynuować podróż. Prowadzący taką przyjezdną karczmę nazywał się właśnie „traktiernikiem” (właśnie od słowa „trakt”). Trybuchy. Kto bywał na wsi, ten wie, że po odarciu ryby z łusek trzeba też wyjąć trybuchy. Czyli wnętrzności. Można tak mówić także na wnętrzności zwierzęcia „mniej wodnolubnego”, np. świni. Badacze przywołują takie zdanie: „i mnie trybuchi rozpaliło od jego gadaniny”. Wierówka. Słowo to jest wciąż całkiem zrozumiałe, bo jest używane na co dzień. Prawdopodobnie jest to białorutenizm, od białoruskiego „wiarouka”. Wikswa. Kojarzycie takie zjawisko, gdy staw czy jeziorko długo pozostawione bez opieki zaczyna zarastać wysoką ostrą trawą, ale wciąż pod tą trawą pozostaje głęboką wodą? To właśnie nazywamy wikswą. W Polsce na to nie mają określenia, a my mamy! Żergać. Słowo dziś również mniej popularne, ale starsze pokolenie je zna. Słyszałem na wsi, jak dostojny gospodarz mówił: „ja przeżergawszy już osiemdziesiątka, ale czujam się młody”. „Przeżergać”, czyli „przekroczyć”, od litewskiego słowa „žergti”, co oznacza m.in. „szeroko kroczyć” czy „rozstawiać nogi”. |






