Jarosław Tomczyk: Wyjaśnijmy Czytelnikom na Wileńszczyźnie, czym jest założone przez Błogosławioną Matkę Elżbietę Różę Czacką Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi?
S. Lidia Witkowska FSK: Jest dziełem Triuno [z łac. triūnus – trójjedyny – przyp. red.] na chwałę Trójcy Przenajświętszej, składającym się z trzech grup osób, niewidomych, świeckich i nas, sióstr. Wszyscy razem, na jednym terenie, pracujemy z niewidomymi i dla niewidomych. Można powiedzieć, że Róża Czacka wyprzedziła o ponad 40 lat Sobór Watykański II, pokazując drogę do świętości ludziom świeckim. Najpierw, w 1911 r. powstało Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, a siedem lat później Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, by służyć niewidomym. To jest miejsce otwarte, nikogo w Laskach nie pyta się o to jakiego jest wyznania czy pochodzenia.
Jak wyglądała droga młodej, zamożnej hrabianki do stworzenia tego dzieła?
Róża sama była widząca, lecz do utraty przez nią wzroku przyczynił się upadek z konia, kiedy miała 22 lata. Wożono ją do różnych sław okulistycznych z Niemiec czy Francji, ale nic to nie dało. Spotkany w Warszawie doktor Bolesław Gepner powiedział jej: „Hrabianko, proszę nie dać wozić się po lekarzach, zostały pani dwa, trzy miesiące widzenia, proszę zająć się niewidomymi”. Po tej diagnozie Róża zamknęła się w swoim pałacowym pokoju na trzy dni i trzy noce. Przerażeni bliscy martwili się, co będzie, a ona po trzech dniach wyszła i powiedziała do swoje służącej: „Ruszamy w świat, najpierw ja nauczę się żyć w ciemności, a potem będziemy uczyć innych”.
Podjęła wieloletnie przygotowanie do pracy z niewidomymi. Korzystała z międzynarodowego dorobku tyflologii – nauki o niewidomych – m.in. w Niemczech, Szwajcarii, we Francji i Włoszech. Z Francji przywiozła alfabet Braille’a i transponowała go na język polski. Alfabet w układzie Róży Czackiej funkcjonuje do dzisiaj. Jej wędrówka, z przerwami, trwała mniej więcej dziesięć lat. Po zdobyciu doświadczeń założyła w Warszawie Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Królestwie Polskim.

Co działo się potem?
Róża otrzymała zaproszenie na Pierwszą Komunię Święta od swojego bratanka na Wołyniu. Wybrała się w długą podróż, sądziła, że na krótko, ale był rok 1915, toczyła się I wojna światowa i przez trzy lata nie mogła wrócić do Warszawy. Na Ukrainie spotkała młodego księdza, prof. Władysława Krawieckiego. Zwierzając mu się, powiedziała, że dać niewidomemu jeść to za mało, że chciałaby dać mu zrozumienie tajemnicy Krzyża, tak jak sama go zrozumiała.
Ksiądz wyraził zgodę na założenie zgromadzenia i w roku 1918 Róża wróciła do Warszawy już nie jako hrabianka, ale siostra Elżbieta od Krzyża. Nie wszystkim się to podobało, były osoby, które ją zostawiły, ale przyszły inne. Pojawił się m.in. Antoni Daszewski, który ofiarował jej pięć morgów ziemi w Laskach koło Warszawy i na niej w roku 1922 powstało dzieło Lasek, zwane dziełem Triuno, o czym mówiliśmy.
Czacka założyła habit w wieku dojrzałym, miała już 41 lat. Jak rodziło się to powołanie?
Jako dziecko Róża była bardzo wrażliwa, przez to płaczliwa. Najbardziej pomagał jej ojciec, który uczył ją rzeczy wykraczających na tamten czas poza to, czego uczyło się panienki z dobrego domu, takich jak ekonomia czy kierowanie gospodarstwem. To później jej się przydało.
Niezwykłą rolę odgrywała też ukochana babunia – Pelagia z Sapiehów Czacka. Dawała odpocznienie od sytuacji w domu, od wymagającej, trochę chłodnej mamy, i uczyła Różę samodzielności, jakby przewidując, że utraci wzrok, bo rodzina miała problemy genetyczne w tym zakresie. Uczyła ją też karności, prawdomówności, dyskrecji, dotrzymywania słowa, tego, by nie sądzić pochopnie drugiego człowieka, a przede wszystkim zasad wiary. Te wszystkie rzeczy, kiedy już określiła swoją drogę życia, Róża przeniosła do zgromadzenia. Rzeczy niby elementarne, a dzisiaj można powiedzieć: wielkie. O życiu zakonnym myślała już w Paryżu, ale dopiero spotkanie ks. Krawieckiego było tu przełomem.

Jaka była Róża jako osoba dojrzała?
Matka była bardziej człowiekiem czynu. Kiedy traciła wzrok, powiedziała zdanie świadczące, że błyskawicznie dochodziła do niesamowitej wręcz dojrzałości: „Jaki Pan Jezus dobry, kiedy świat mi się najwięcej podobał, kiedy zaczęłam do niego lgnąć, zabrał mi go”. Jednocześnie dostrzegła w nim, że świat mógł ją pochłonąć, i wewnętrznie zgadzała się z wolą Bożą. Jej bracia zauważyli, że ta płaczliwa Róża, dojrzewając w cierpieniu, zaczęła promieniować. Bardzo szybko po utracie wzroku stała się olbrzymim autorytetem dla rodziny, przyjaciół, znajomych, szukano u niej rady.
Ksiądz Krawiecki, jej pierwszy kierownik duchowy, umarł młodo na nowotwór mózgu. To jedyny moment zachowany we wspomnieniach, gdy ktoś widział Matkę płaczącą. Ona sama też zaczęła chorować, w 1921 r. miała operację nowotworu kręgosłupa, rok później guza piersi.
Lasek nie ominęły różne trudne doświadczenia. Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI, zaprzyjaźniony z Matką Czacką, zasugerował jej kapłana odpowiedniego dla Lasek; był nim, dzisiaj sługa Boży, ks. Władysław Korniłowicz. Ksiądz ściągnął do Lasek całą międzywojenną inteligencję. Charyzmatem zgromadzenia stała się służba niewidomym na ciele i duszy. Matka Czacka bardzo chciała, by niewidomi stali się apostołami wśród widzących. To jest dla nas pierwszoplanowe. Zachowania naszych podopiecznych mają pobudzać widzących do dostrzeżenia, że jest coś więcej niż to, co można zobaczyć oczami.
Ksiądz Korniłowicz, ojciec duchowy Stefana Wyszyńskiego, stoi też za relacjami Matki z przyszłym prymasem?
Tak, ale ks. Wyszyńskiego bardzo cenił też nuncjusz apostolski, to on pociągnął go za sobą do Lasek. Ksiądz Wyszyński był bardzo ważną postacią nie tylko dla Lasek, lecz także zgrupowania Armii Krajowej, kapelanem wojennym w latach 1942–1944. Dom rekolekcyjny stał się wówczas szpitalem, kaplica – salą operacyjną. Ksiądz Stefan pracował na równi z siostrami, chodził do chorych, robił opatrunki. Kiedy młodemu człowiekowi miano amputować nogę bez znieczulenia, zgodził , pod warunkiem że ks. Wyszyński będzie go trzymał za rękę.
Inna znana historia zdarzyła się, gdy Warszawa płonęła. Nadfruwały z niej nadpalone resztki papierów; ks. Stefan szedł do kaplicy, żeby odprawić nabożeństwo, podniósł jedną z nich, a na niej były tylko dwa słowa: „Będziesz miłował”. To stało się jego programem, ale też przesłaniem dla nas wszystkich. Jak ważna była dla niego Matka Czacka, świadczy fakt, że gdy prymas przebywał internowany w Komańczy, miał przy sobie zdjęcie Matki Częstochowskiej, matki rodzonej i poprosił o zdjęcie Matki Czackiej.

Matka swój krzyż niosła całe życie. Mówiliśmy o nowotworach, we wrześniu 1939 r. była ranna, po wojnie przyszedł udar, potem paraliż…
Jeśli Bóg kogoś miłuje szczególnie, wybiera go sobie, to są jakby kolejne etapy wchodzenia w tajemnice Krzyża. W 1939 r., w czasie bombardowania Warszawy, Matka została trafiona odłamkiem w oko, które trzeba było usunąć, oczywiście bez znieczulenia. Po latach napisała, że już nigdy później nie cierpiała fizycznie tak bardzo jak wówczas.
Matka już bardzo wcześnie mówiła, że życie z wiary, choć szare i nudne, w rzeczywistości jest pełne treści i światła, że trzeba mieć światłe oczy, by chwytać życie takie, jak Bóg daje. Pisała, by w swoich obowiązkach widzieć wyraz woli Bożej. Uważała, że człowiek ma jasno wytyczoną drogę, nie powinien się oglądać na względy ludzkie, a przeciwności, wszelkie cierpienia, uważała za szczeble, po których człowiek wznosi się do Boga. Laski są świadectwem tego, ile może uczynić człowiek opierający się całkowicie na Bogu. Stąd wypływa cała idea jej siły i oddziaływania apostolskiego wśród widzących.
Laski to dziedzictwo Matki, jak ono dzisiaj wygląda?
Podstawą tego miejsca jest ośrodek szkolno-wychowawczy. Mamy 170 uczniów, edukacja zaczyna się od wczesnego wspomagania, turnusów dla rodziców z najmniejszymi dziećmi, nowo narodzonymi, żeby nauczyli się funkcjonować prawidłowo od początku w tej sytuacji. Jeśli rodzice są zainteresowani dalszą edukacją, mogą zostawić tu dziecko w przedszkolu, a później są: szkoła podstawowa, zawodowe szkoły branżowe i liceum, czyli pobyt w Laskach kończymy maturą. Mamy też szkołę muzyczną, bo dla Matki muzyka była bardzo istotna, uważała, że rozwija wyobraźnię, robi wiele dobrego. Mamy dzieci z całej Polski, ale też jedną Wietnamkę i 46 uczniów z Ukrainy. Gdyby zgłosiły się dzieci z Wileńszczyzny, też nie byłoby problemu, by je przyjąć.

Wasza działalność wykroczyła jednak daleko poza Laski.
Laski to nasze centrum, ale domy mamy jeszcze nad morzem, w Gdańsku-Sobieszewie, gdzie jest ośrodek wypoczynkowo-rehabilitacyjny, wczesne wspomaganie dziecka niewidomego i szkoła podstawowa. Mamy też „Dom Nadziei” w Żułowie w Lubelskim dla niewidomych kobiet i oddział szkoły podstawowej w Rabce. Na Starym Mieście w Warszawie jest nasz generalny dom zakonny. Laski rozwinęły się znacznie dalej niż tylko w Polsce. Od 1989 r. mamy kilka domów i szkół w Indiach. Mamy dwa domy w Rwandzie, gdzie pracują już lokalne siostry i dwa domy na Ukrainie. Wszędzie pracujemy dla niewidomych i z niewidomymi.
Z czego tak rozległa działalność się utrzymuje?
Dotyka pan mojej najsłabszej strony. Założeniem Matki Czackiej było, aby dzieło utrzymywało się z Opatrzności Bożej, to było dla niej najważniejsze. W Laskach nigdy nie starczało na wszystko i nadal tak jest. W dużej mierze ratują nas ofiarodawcy, choć jest ich coraz mniej. Oczywiście są jakieś podstawowe opłaty dla rodziców, ale często rozpatrywane indywidualnie; i mamy też dotację oświatową od państwa.

Ile osób zajmuje się niewidomymi w samych Laskach?
Nauczycieli i wychowawców jest ok. 300, sióstr mniej więcej 70 – to nasze największe centrum, ale wiele już z racji wieku nie pracuje w dziele. Coraz więcej z nas spoczywa na naszym cmentarzu, który się tu znajduje, a niestety, nie pojawiają się ostatnio nowe powołania. Laski wciąż przypominają, że nie tylko oczy stanowią o odkrywaniu piękna. Obiektywne piękno jest inne niż to, co możemy zobaczyć oczami. Myślę, że Matka Czacka stała się widzącą inaczej, ponieważ wyszła poza granice ludzkiego oglądu i wpatrywała się w to, co wieczne. Mówiła również dużo o ślepocie duchowej, o tym, by mieć światłe oczy duszy, bo inaczej niczego nie zobaczymy. Dzieło niewidomej Matki Czackiej poczęło się z nadmiaru miłości i ono uczy współczesnych widzących ludzi, że Jezus Chrystus Odkupiciel wkroczył w życie człowieka, jest w samym środku jego zmagań, w sercu i czeka na jego otwarcie, na wpuszczenie Bożego światła, aby duchowo przejrzał i napełnił się łaską.
Przykładem może być niezwykła historia Krystyny Hryszkiewicz, urodzonej tuż przed wojną w Oszmianie w ówczesnym województwie wileńskim.
Pojawiła się w Laskach w latach 50. jako 14-letnia dziewczyna, która nie widziała, nie słyszała i nie mówiła. O tej, która przezwyciężyła ciszę, ciemność, dając nadzieję innym pogrążonym w ciemnościach, warto obejrzeć krótki filmik na YouTubie, wpisując: „Krystyna Hryszkiewicz”.

Jakie znaczenie ma dla Lasek to, że w 150-lecie urodzin Róży Czackiej Senat ustanowił ją Patronką Roku 2026?
Senat RP zrobił nam niesłychaną niespodziankę. Matka stała się jeszcze bardziej znana, dostajemy wiele zaproszeń na spotkania, nawet do Stanów Zjednoczonych czy Paryża, możemy nieść jej idee. Dzieje się bardzo wiele inicjatyw, ogromnie cieszymy się, że i na Wileńszczyźnie to dostrzeżono.
Co można zobaczyć w Muzeum i Zakątku Błogosławionej Matki Czackiej, po którym siostra oprowadza?
Muzeum powstało po beatyfikacji Matki przed pięcioma laty. Mamy jej zdjęcia, w tym jedyne zdjęcie 15-letniej hrabianki, na którym ona jeszcze widzi. Są też zdjęcia rodzinne, jest statut założycielski Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Królestwie Polskim, jest replika pokoju Matki Czackiej, są jej rzeczy osobiste, różaniec, modlitwy w Braille’u, habit i włosienica. W części multimedialnej można oglądać i słuchać świadectw osób, które znały Matkę, a także wysłuchać jedynego nagrania oryginalnego głosu i błogosławieństwa Matki.

Żyją jeszcze w Laskach osoby pamiętające Matkę Czacką?
Jest jeszcze kilka, które pamiętają Matkę Założycielkę i ją wspominają.
Matka wymyśliła oryginalny rodzaj witania i żegnania się w Laskach. Powiedzmy o nim na zakończenie naszej rozmowy.
Zwykle witamy się i żegnamy słowami: „Szczęść Boże” albo „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Matka zostawiła nam: „Przez Krzyż – do Nieba”. To nie tylko słowa powitania, ale przede wszystkim życiowe credo Lasek, które przypomina, że każdy ludzki trud, cierpienie i fizyczna ciemność, przyjęte z wiarą i miłością, stają się drogą prowadzącą do wiecznego światła i zjednoczenia z Bogiem.

Siostra Lidia Witkowska
Franciszkanka służebnica Krzyża z Lasek. Studiowała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie uzyskała doktorat z teologii duchowości. Pracowała w Bibliotece Wiedzy Religijnej w Warszawie oraz jako katechetka dzieci i młodzieży niewidomej w Laskach. Obecnie pracuje w Muzeum „Ślady obecności” poświęconym bł. Elżbiecie Róży Czackiej. Pasjonatka fotografii przyrodniczej, literatury i poezji. Opublikowała m.in.: „Znani i nieznani Ludzie Lasek” (t. I–II, współautorka) oraz „Ciemność i cisza przezwyciężone”.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 42 (122) 24-30/10/2026












